11.12.2024, 20:06 ✶
Wydawało mu się czy byli blisko tego, żeby ze sobą flirtować? Miał wrażenie, że mimowolnie zbacza w tym kierunku. Nachyla się ku Geraldine, ona również się ku niemu pochyla. Słowa stawały się coraz bardziej wieloznaczne, spojrzenie Ambroisa nieświadomie się przeciągało. Patrzył na nią miękko, uśmiechając się nieznacznie, ale coraz bardziej kocio, znacznie bardziej niewymuszenie gładko.
Chciał przekroczyć te granice. Już je odsuwał. Nie mógł się jednak poddać. Zbyt wiele dla niego znaczyła. Przyjaźń, która ich łączyła była zbyt cenna, by ryzykował jej utratę. Ale podniecenie, które czuł krążyło w jego żyłach jak alkohol, łaskocząc zmysły i podsycając pragnienia, o których nie chciał myśleć. Ale myślał, szczególnie wtedy, kiedy na niego patrzyła.
- Jesteś strasznie tajemnicza - stwierdził przypatrując się dziewczynie.
Wydawało mu się czy się zarumieniła? W tym świetle i przy makijażu ciężko było stwierdzić czy rzeczywiście to zrobiła. Wiele by dał, żeby zyskać odpowiedź na to pytanie, aby ta chwila wyzwoliła w Geraldine dokładnie taką reakcję, bo wtedy... ...może wtedy? By coś w stosunku do niego zmieniła? Spojrzałaby na niego inaczej, uświadamiając sobie to, w jaki sposób na nią spoglądał?
- W porządku. Zachowaj swoje sekrety - stwierdził, wzruszając ramionami. - Tylko pamiętaj, że wobec tego ja też nie podzielę się swoimi - nie to, że zamierzał.
Przynajmniej nie wszystkimi. Niektórych nie mógł jej powiedzieć, nie ryzykując zbyt dużymi konsekwencjami. To było cholernie trudne, popieprzone, ale prawdziwe. Wkopał się w coś nieprzemyślanymi deklaracjami i teraz naprawdę nie wiedział, jak miałby z tego wybrnąć.
Na twarzy Greengrassa pojawił się uśmiech. Ten ironiczny, który tak często gościł na jego ustach, gdy Ambroise chciał zdystansować się od prawdziwych uczuć. Kiwnął głową, jakby rozważał jej słowa.
Znowu grał. Przytaknął bez słowa, starając się dać Geraldine do zrozumienia, że przyznając mu rację utwierdziła go w przekonaniu, że to na pewno chodziło o to, o czym mówiła. Kwestia oświetlenia, może trochę poblasku lamp odbijających się od kolorowej mgiełki, która przecież miała niebieskawe podtony. O nic więcej.
Bujda. Pierdolenie, ale nie chciał tego kwestionować, bo nie mógł ryzykować, że by się na niego obraziła. Jasne. Kłócili się jak to przyjaciele. Nie zawsze byli dla siebie mili. W dalszym ciągu potrafili sobie dopiec. Nie zgadzali się w całkiem wielu rzeczach, ale to nie była ta chwila.
Teraz było między nimi miło. Może nawet zbyt miło, może coś mu się tylko wydawało. Ona przecież niczym się nie zdradziła. Siedzieli naprawdę blisko siebie. Niby nie bliżej niż zawsze, raczej nie stronili od swojego towarzystwa. Dystans nie był czymś, co naturalnie im pasowało. Tyle tylko, że ostatnio go wprowadzali. Dlaczego? To bywało nawet gorsze od chwil, gdy strzelali w siebie piorunami.
Patrzył na nią przez cały czas, kiedy unosiła rękę do jego policzka. Nie mrugał. Nawet nie zwrócił uwagi na to, że przez bite pół minuty nie zamrugał, czując jak serce bije mu szybciej niż jeszcze przed chwilą. Kiedy dłoń Geraldine delikatnie dotknęła jego policzka, przesunął spojrzeniem po twarzy dziewczyny, wpatrując się w jej oczy. Dopiero wtedy zamrugał.
To było zaskakujące. To jak niewiele dzieliło ich w tej chwili. Milimetry, które mogłyby zadecydować o wszystkim, gdyby tylko zadecydował o tym, żeby dać się ponieść chwili. W jej oczach dostrzegł coś, co mogło być nadzieją, ale jednocześnie lękiem. Może znowu coś sobie wyobrażał? Tak jak to, że tego wieczoru błyszczały jeszcze bardziej niż kiedykolwiek? Nie przełknął śliny.
Nie chciał, aby to uczucie, które teraz poczuł, go zdradziło. Wiedział, że musi być ostrożny. Każde mrugnięcie, każde spojrzenie mogło zdradzić to, czego tak usilnie starał się nie pokazywać.
Zaraz po tym jak opuszki palców Yaxleyówny musnęły jego skórę, uśmiechnął się lekko, próbując zbić napięcie, starając się zdusić impuls, który kazał mu się zbliżyć aż do przekroczenia każdej granicy. Odpowiedzieć na ten gest, wciągnąć ją w ramiona.
Zamiast tego, skinął głową, udając, że to, co się wydarzyło było tylko kolejną próbą wywołania kontrowersji w towarzystwie. Przesunął wzrokiem w stronę innych osób za plecami dziewczyny, jakby chciał potwierdzić jej słowa. W rzeczywistości jednak myśli wciąż krążyły wokół momentu, w którym jej dłoń dotknęła jego policzka. Zdecydowanie zbyt blisko. Zbyt wiele to dla niego znaczyło.
- Rzeczywiście. Wystarczy, że się tak do ciebie zbliżam i już, kontrowersje gotowe - powiedział cicho, próbując nadać swojemu głosowi beztroski ton. - Aż się prosi, żebyśmy to czasem robili - nie wiedział czemu przytaknął, ale nie.
Cholernie mocno wiedział, czemu. Bo po prostu chciał to robić. To i nie tylko to. Chciał, żeby robili wiele więcej rzeczy. Niekoniecznie na cudzych oczach. Nie tylko pod wpływem chwili, ale również całkowicie świadomie. Żeby wrócili do domu i znowu to wszystko powtórzyli, tyle tylko, że przekraczając granice.
Odsunęła się, a on odetchnął z ulgą, jakby zszedł z krawędzi. Spojrzał na nią, próbując odczytać jej myśli. Czy działała pod wpływem impulsu? Czy żałowała tej chwili? Czy to była wyłącznie strategia, pokazówka, działanie chwili? A może nie? Może wystarczyłoby na powrót zbliżyć się do niej, żeby przekroczyli te niewidzialne granice, skoro już niemalże to zrobili?
Nie mógł odepchnąć od siebie myśli, że gdy się od niego odsunęła, coś stracili. Jakąś szansę. Czuł, że stracił chwilę, którą mógłby wykorzystać, aby pokazać jej coś więcej. To, że wcale nie musieli robić tego dla gawiedzi. Mogli być dla siebie, nie dla oczu innych ludzi. Niemalże byli.
Ale nie mógł. Nie teraz. Żadne z nich nie było gotowe na odkrycie wszystkich kart. To, które mogłoby wszystko zmienić. Zbyt wiele ryzykował. Zbyt wiele dla niego znaczyła, by mógł pozwolić sobie na chwilową słabość. Zamiast tego z powrotem przywołał luźny uśmiech na twarz.
Odsunięcie się od niego było jak kubeł zimnej wody. Dobrze, że to zrobiła, bo niemalże uległ odruchowi. W środku pragnął, by nie oddalała się od niego. Gdyby tylko tego chciała, przyciągnąłby ją do siebie bez wahania. Pod wpływem kłębiących się w nim emocji, ale nie pod wpływem chwili. To było coś więcej. Magnetyczne przyciąganie. Działanie jakiejś siły, której mógłby ulec, aby dłużej nie trzymać się z daleka od dziewczyny. Mogła być blisko jak chciała. Tak jak wtedy, gdy dotknęła go delikatnie.
Jej dłoń delikatnie opadająca z jego policzka, zostawiła na skórze palący ślad, który pulsował intensywnie. Tak jak reszta ciała Greengrassa. Żarem, ogniem, pożądaniem nie do ugaszenia w inny sposób niż ten, który był obecnie niemożliwy. Mógłby być możliwy? Przecież sami mówili, że tego wieczoru mogli nie być tym, kim byli. Tyle tylko, że to zbyt wiele by skomplikowało. Szczególnie, gdy ocknęliby się bladym świtem. Wtedy już by sobą byli.
Nie liczyło się to, co chciałby zrobić w tej chwili. Pragnienie, żeby ją przyciągnąć do siebie, zamknąć w objęciach i po prostu poczuć, że nie ma nikogo innego na świecie. Mogli należeć do siebie. To była kwestia kilku centymetrów, ułamku sekundy, jednego ruchu. I byliby tym, kim jeszcze dla siebie nie byli. Ale wiedział, że nie może. Musiał grać rolę, którą sam sobie narzucił. Musiał być twardy. Byli przyjaciółmi. Tym w istocie byli.
Przez chwilę zapomniał o wszystkim. O przyjaźni, o granicach, które tak pieczołowicie budowali wokół siebie przez ostatnie miesiące. To, co tworzyli mogło łatwo przerodzić się w coś, co oboje mogliby zniszczyć jednym nieostrożnym ruchem. Od kiedy zrobił się taki ostrożny? Wciąż analizował każdy ruch, każdą myśl, obawiając się, że jedna nierozważna decyzja mogłaby zniszczyć ich relację.
Spojrzał w oczy Geraldine zastanawiając się, czy rzeczywiście dostrzegł w nich błysk, który mógłby oznaczać coś więcej. Ale jak miał to zinterpretować? Zamiast cokolwiek powiedzieć, uśmiechnął się lekko, próbując ukryć wewnętrzny niepokój.
Odsunął się nieco, ale nie za daleko, bo wcale nie chciał tracić tej bliskości. Miał nadzieję, że nie zauważyła jego gęsiej skórki. Tego drżenia pod skórą, które zdradzało, że wcale nie był tak obojętny wobec jej obecności, jakby chciał udawać. W jego głowie kłębiły się myśli.
Zacisnął wargi, próbując skupić się na czymś konkretniejszym. Na ich planach spędzenia wieczoru, nie na scenie sprzed chwili. Cholernie mocno pragnął, żeby to, co czuł nie było tak intensywne. Żeby mógł po prostu się uśmiechnąć i powiedzieć coś zabawnego, ale każdy żart stawał mu w gardle.
Zamiast tego usiłował zapanować nad emocjami, które mogłyby go zdradzić. W odpowiedzi na jej słowa, skinął głową, jakby to, co mówiła, było dla niego tylko kolejnym luźnym stwierdzeniem. Ot rozmawiali tak jak to robili przyjaciele, koledzy, świetni znajomi i nikt więcej.
Czuł się jak w pułapce, w której jedynym wyjściem była cisza. Patrzył na nią z intensywnością, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że to, co teraz robili nie było wyłącznie niewinną igraszką, zabawą. To nie była tylko gra, nie dla niego, ale nie potrafił się do tego przyznać. Mógł jedynie trwać w tej przyjaźni, cieszyć się chwilami, które łączyli i zamykać swoje uczucia w szafie, do której klucza nigdy nie miał zamiaru oddać. Byli przyjaciółmi. Przyjaciele nie mówili sobie takich rzeczy.
- Wiesz, co o mnie mówią. Możliwe, że mam trochę doświadczenia z królewnami - wzruszył ramionami.
Jego spojrzenie na chwilę zawiesiło się na jej ustach, a potem wróciło do oczu, które nadal tak bardzo błyszczały.
- Od rana - przytaknął odruchowo, unosząc brwi, bo nie do końca kojarzył już, o czym rozmawiali.
Zdecydowanie zbyt mocno uciekł myślami.
- Królewny mają swoje kaprysy - odpowiedział instynktownie, unosząc kąciki ust.
Dłoń, która wcześniej spoczywała wzdłuż jego ciała, a pod którą go trzymała, gdy szli przez ogród, teraz zsunęła się w stronę jej nadgarstka. Chciał jedynie dotknąć skóry dziewczyny. Sprawdzić, czy to, co wydawało mu się, że zawisło w powietrzu na kilka sekund było tylko chwilowym zaćmieniem, czy może czymś więcej.
Na moment zapomniał o obawach. W jego pociemniałych zielonych oczach pojawił się błysk. Ta noc zaczynała być znacznie bardziej skomplikowana niż początkowo zakładał. Każdy dotyk, każda chwila bliskości stawała się dla niego coraz trudniejsza do zniesienia. Mimo tego, nie potrafił się cofnąć. Był czarującym przyjacielem. Z pewnością, ale w głębi serca myślał wyłącznie o tym, by stać się czymś więcej. Jeszcze tego wieczoru, tej nocy.
Może dlatego nie oponował przed tym, żeby jeszcze bardziej się do siebie zbliżyli? Bez zastanowienia oparł głowę na kolanach Geraldine czując bijące od niej ciepło. Zignorował podszept, który mówił mu, że nie mógł się na to zgodzić. Nie w tym momencie, nie z nią. Po prostu to zrobił.
Kiedy jej lewa dłoń wplotła się w jego dłuższe niż zwykle włosy, poczuł dreszcze rozchodzące się po plecach. Każde muśnięcie palców sprawiało, że jego ciało reagowało w sposób, który Greengrassowi trudno było zignorować.
Obserwował ją z nieco przymrużonymi oczami, uśmiechając się półgębkiem. Jej dłoń w jego włosach sprawiła, że poczuł się inaczej, jeszcze bardziej pokomplikowanie, ale jednocześnie cholernie właściwie. To, co robiła było miłe, choć czy właściwe? Może przyjaciele faktycznie zachowywali się w ten sposób? Z nikim innym tego nigdy nie miał, nie w taki sposób.
Czuł jak alkohol rozgrzewa mu krew i odbiera nieco ostrożności, która od jakiegoś czasu towarzyszyła jego zachowaniom, gdy rzeczywiście się reflektował i pilnował. Patrzył na nią. Na uśmiech i błysk w oczach, które sprawiały, że na chwilę zapominał o rzeczywistości. Alkohol sprawił, że jego wyobraźnia zaczęła wędrować w zupełnie innych kierunkach niż powinna.
Myśli o niej wplatającej palce w jego włosy w zupełnie innej sytuacji były cholernie przytłaczające, ale nie potrafił ich od siebie odepchnąć. Nawet jeśli były wręcz nie do zniesienia, raz po raz im ulegał. Wracał do tych obrazów zastanawiając się nad tym, w jaki sposób by to wyglądało, gdyby zdecydowali się wrócić do mieszkania razem w dokładnie ten sposób, jaki mu teraz przychodził do głowy.
Przesunął językiem po górnym rzędzie zębów, wpatrując się w Geraldine, ale patrząc przez nią. Czuł, że z każdą chwilą ta granica, jaką sobie wyznaczyli stawała się coraz bardziej rozmyta. Sam nie wiedział jak długo jeszcze będzie w stanie się powstrzymać, ile jeszcze minie nim da się ponieść wyobrażeniom i pragnieniom.
Leżał z głową na jej kolanach, czując ciepło jej ciała, więc to chyba nie było dziwne jego myśli krążyły wokół pragnienia, które narastało w nim z każdą chwilą? Był mężczyzną. Prostym człowiekiem spragnionym kobiecego ciała. Tego konkretnego, jedynie tego ciała. Żarliwych pocałunków, zlanych oddechów, zatracania się w sobie nawzajem.
Alkohol delikatnie rozluźniał jego zmysły. W wyobraźni Ambroisa pojawiały się sceny, które sprawiały, że jego puls mimowolnie przyspieszał. W głowie miał obrazy, w których nie był już tylko przyjacielem, ale kimś więcej. Kimś, kto mógłby wrócić z nią do domu gotów zdzierać z niej gorset ozdobiony kwiatami, zsuwać sukienkę aż ich wspólne chwile przybrałyby dziki, namiętny obrót.
Nie potrafił się powstrzymać. Z każdą chwilą bliskości, z każdym dotykiem jej dłoni w jego włosach, czuł, że to wszystko przestaje mu wystarczać. W przeszłości nigdy nie miał problemu z przełamaniem barier w relacjach damsko-męskich, ale przy niej wszystko wydawało się inne. Zamiast działać instynktownie, jak to zwykle robił, starał się zachować dystans (z pewnością to był doskonały pomysł, leżeć z głową na jej kolanach dystansując się) co tylko potęgowało jego pragnienie.
Pragnął jej bardziej niż kiedykolwiek. Tu i teraz, niedługo, zaraz. Jej ręka błądząca w jego włosach wywoływała w nim fale pragnienia. Egoizm podpowiadał mu, że potrzebował więcej, bo to już nie wystarczało. Chciał być blisko niej w sposób, który do tej pory był im obcy. Poczuł jak jego serce zaczęło szybciej pompować krew, mocząc się w jego piersi, gdy w myślach wracał do scen, gdzie ich ciała spotykały się w sposób, który nie pozostawiał miejsca na wątpliwości. Nie byli przyjaciółmi. Przyjaciel nie chciałby się z nią dziko kochać, nie rozdzierałby jej gorsetu przy pomocy nawet samego spojrzenia.
W myślach przewijały mu się obrazy. Zamiast być przyjacielem, mógłby zatopić się w jej wargach. Utonąć w ramionach, ciało przy ciele. Jak by to było, gdyby mógł poczuć jej gorący oddech na swojej skórze, gdyby mogli przekroczyć tę cienką granicę, która dzieliła ich świat od tego, o którym myślał?
Nie stwierdził, że to głupi pomysł, by pozostać w tej pozycji, mimo wrażenia spadania. Starał się do niej luźno uśmiechać, choć w myślach dostrzegał sceny, w których ona i on przekraczali granice przyjaźni. Marzył o tym, by zabrać ją do domu, gdzie mogliby odkryć nowe, dzikie oblicze ich relacji. Pragnął zedrzeć z niej gorset z tymi wszystkimi kwiatami, by móc poczuć jej nagą skórę pod palcami. Wyobrażenie o tym, jak kochają się namiętnie, wypełniało go gorącym pożądaniem. Falami.
Odnosił wrażenie, że jego ciało reagowało na nią w sposób, który stawał się coraz bardziej oczywisty. Miał ochotę na zbliżenie, zakończenie tego wieczoru dokładnie w taki sposób. Z nią. Tylko z nią. Jego spojrzenie stawało się intensywne, ciemne pełne pożądania.
Jego dłonie, które wcześniej spoczywały spokojnie zaczęły bezwiednie wędrować w stronę rąbka sukienki Geraldine, jakby instynktownie chciały ją przyciągnąć bliżej, choć przecież już byli blisko. Sami. To też niewiele ułatwiało, ale nie przeszkadzało.
Jego oddech stał się głębszy. Klatka piersiowa Ambroisa unosiła się i opadała w rytmie narastającego pożądania. Wyciągnął dłoń w stronę jej uda, ale w ostatniej chwili zatrzymał się, oddychając głęboko przez zaciśnięte zęby. Zmysły przysłoniły mu zdrowy rozsądek, było blisko, by pragnienie go przerosło.
- Zamierzasz zachować wszystko dla siebie? - Odezwał się cicho, starając się zabrzmieć znacznie lżej niż zabrzmiał.
W rzeczywistości to był pomruk. Jego przenikliwe spojrzenie utkwiło w jej oczach. Ciepło sprawiało, że miał ochotę całować każdy centymetr jej ciała. Niezdolny opanować potrzeby, nim się obejrzał przesunął palcami po nodze dziewczyny, czując jak skóra pod jego dotykiem staje się nieco gorętsza.
Zapach perfum Yaxleyówny (a może kwiatów?) go otumaniał. Przyciągał go, ale jednocześnie paradoksalnie przypominał mu o tym, gdzie się znajdowali. Nuta, która wypełniała powietrze wokół była inna niż ta codzienna. Ładna, ale nie ta sama.
Instynktownie przesunął dłonią wzdłuż jej nogi, dotykając miękkiej tkaniny, co wprawiło go w stan jeszcze większego napięcia. Jego krew zaczęła krążyć szybciej. Myśli Roisa w dalszym ciągu wędrowały do pikantnych scen. W wyobraźni pojawiła się wizja, w której jej dłonie dosięgają każdej części jego ciała. Znacznie bardziej świadomie niż jego to teraz robiły. Mniej dyskretnie.
Chciał przekroczyć te granice. Już je odsuwał. Nie mógł się jednak poddać. Zbyt wiele dla niego znaczyła. Przyjaźń, która ich łączyła była zbyt cenna, by ryzykował jej utratę. Ale podniecenie, które czuł krążyło w jego żyłach jak alkohol, łaskocząc zmysły i podsycając pragnienia, o których nie chciał myśleć. Ale myślał, szczególnie wtedy, kiedy na niego patrzyła.
- Jesteś strasznie tajemnicza - stwierdził przypatrując się dziewczynie.
Wydawało mu się czy się zarumieniła? W tym świetle i przy makijażu ciężko było stwierdzić czy rzeczywiście to zrobiła. Wiele by dał, żeby zyskać odpowiedź na to pytanie, aby ta chwila wyzwoliła w Geraldine dokładnie taką reakcję, bo wtedy... ...może wtedy? By coś w stosunku do niego zmieniła? Spojrzałaby na niego inaczej, uświadamiając sobie to, w jaki sposób na nią spoglądał?
- W porządku. Zachowaj swoje sekrety - stwierdził, wzruszając ramionami. - Tylko pamiętaj, że wobec tego ja też nie podzielę się swoimi - nie to, że zamierzał.
Przynajmniej nie wszystkimi. Niektórych nie mógł jej powiedzieć, nie ryzykując zbyt dużymi konsekwencjami. To było cholernie trudne, popieprzone, ale prawdziwe. Wkopał się w coś nieprzemyślanymi deklaracjami i teraz naprawdę nie wiedział, jak miałby z tego wybrnąć.
Na twarzy Greengrassa pojawił się uśmiech. Ten ironiczny, który tak często gościł na jego ustach, gdy Ambroise chciał zdystansować się od prawdziwych uczuć. Kiwnął głową, jakby rozważał jej słowa.
Znowu grał. Przytaknął bez słowa, starając się dać Geraldine do zrozumienia, że przyznając mu rację utwierdziła go w przekonaniu, że to na pewno chodziło o to, o czym mówiła. Kwestia oświetlenia, może trochę poblasku lamp odbijających się od kolorowej mgiełki, która przecież miała niebieskawe podtony. O nic więcej.
Bujda. Pierdolenie, ale nie chciał tego kwestionować, bo nie mógł ryzykować, że by się na niego obraziła. Jasne. Kłócili się jak to przyjaciele. Nie zawsze byli dla siebie mili. W dalszym ciągu potrafili sobie dopiec. Nie zgadzali się w całkiem wielu rzeczach, ale to nie była ta chwila.
Teraz było między nimi miło. Może nawet zbyt miło, może coś mu się tylko wydawało. Ona przecież niczym się nie zdradziła. Siedzieli naprawdę blisko siebie. Niby nie bliżej niż zawsze, raczej nie stronili od swojego towarzystwa. Dystans nie był czymś, co naturalnie im pasowało. Tyle tylko, że ostatnio go wprowadzali. Dlaczego? To bywało nawet gorsze od chwil, gdy strzelali w siebie piorunami.
Patrzył na nią przez cały czas, kiedy unosiła rękę do jego policzka. Nie mrugał. Nawet nie zwrócił uwagi na to, że przez bite pół minuty nie zamrugał, czując jak serce bije mu szybciej niż jeszcze przed chwilą. Kiedy dłoń Geraldine delikatnie dotknęła jego policzka, przesunął spojrzeniem po twarzy dziewczyny, wpatrując się w jej oczy. Dopiero wtedy zamrugał.
To było zaskakujące. To jak niewiele dzieliło ich w tej chwili. Milimetry, które mogłyby zadecydować o wszystkim, gdyby tylko zadecydował o tym, żeby dać się ponieść chwili. W jej oczach dostrzegł coś, co mogło być nadzieją, ale jednocześnie lękiem. Może znowu coś sobie wyobrażał? Tak jak to, że tego wieczoru błyszczały jeszcze bardziej niż kiedykolwiek? Nie przełknął śliny.
Nie chciał, aby to uczucie, które teraz poczuł, go zdradziło. Wiedział, że musi być ostrożny. Każde mrugnięcie, każde spojrzenie mogło zdradzić to, czego tak usilnie starał się nie pokazywać.
Zaraz po tym jak opuszki palców Yaxleyówny musnęły jego skórę, uśmiechnął się lekko, próbując zbić napięcie, starając się zdusić impuls, który kazał mu się zbliżyć aż do przekroczenia każdej granicy. Odpowiedzieć na ten gest, wciągnąć ją w ramiona.
Zamiast tego, skinął głową, udając, że to, co się wydarzyło było tylko kolejną próbą wywołania kontrowersji w towarzystwie. Przesunął wzrokiem w stronę innych osób za plecami dziewczyny, jakby chciał potwierdzić jej słowa. W rzeczywistości jednak myśli wciąż krążyły wokół momentu, w którym jej dłoń dotknęła jego policzka. Zdecydowanie zbyt blisko. Zbyt wiele to dla niego znaczyło.
- Rzeczywiście. Wystarczy, że się tak do ciebie zbliżam i już, kontrowersje gotowe - powiedział cicho, próbując nadać swojemu głosowi beztroski ton. - Aż się prosi, żebyśmy to czasem robili - nie wiedział czemu przytaknął, ale nie.
Cholernie mocno wiedział, czemu. Bo po prostu chciał to robić. To i nie tylko to. Chciał, żeby robili wiele więcej rzeczy. Niekoniecznie na cudzych oczach. Nie tylko pod wpływem chwili, ale również całkowicie świadomie. Żeby wrócili do domu i znowu to wszystko powtórzyli, tyle tylko, że przekraczając granice.
Odsunęła się, a on odetchnął z ulgą, jakby zszedł z krawędzi. Spojrzał na nią, próbując odczytać jej myśli. Czy działała pod wpływem impulsu? Czy żałowała tej chwili? Czy to była wyłącznie strategia, pokazówka, działanie chwili? A może nie? Może wystarczyłoby na powrót zbliżyć się do niej, żeby przekroczyli te niewidzialne granice, skoro już niemalże to zrobili?
Nie mógł odepchnąć od siebie myśli, że gdy się od niego odsunęła, coś stracili. Jakąś szansę. Czuł, że stracił chwilę, którą mógłby wykorzystać, aby pokazać jej coś więcej. To, że wcale nie musieli robić tego dla gawiedzi. Mogli być dla siebie, nie dla oczu innych ludzi. Niemalże byli.
Ale nie mógł. Nie teraz. Żadne z nich nie było gotowe na odkrycie wszystkich kart. To, które mogłoby wszystko zmienić. Zbyt wiele ryzykował. Zbyt wiele dla niego znaczyła, by mógł pozwolić sobie na chwilową słabość. Zamiast tego z powrotem przywołał luźny uśmiech na twarz.
Odsunięcie się od niego było jak kubeł zimnej wody. Dobrze, że to zrobiła, bo niemalże uległ odruchowi. W środku pragnął, by nie oddalała się od niego. Gdyby tylko tego chciała, przyciągnąłby ją do siebie bez wahania. Pod wpływem kłębiących się w nim emocji, ale nie pod wpływem chwili. To było coś więcej. Magnetyczne przyciąganie. Działanie jakiejś siły, której mógłby ulec, aby dłużej nie trzymać się z daleka od dziewczyny. Mogła być blisko jak chciała. Tak jak wtedy, gdy dotknęła go delikatnie.
Jej dłoń delikatnie opadająca z jego policzka, zostawiła na skórze palący ślad, który pulsował intensywnie. Tak jak reszta ciała Greengrassa. Żarem, ogniem, pożądaniem nie do ugaszenia w inny sposób niż ten, który był obecnie niemożliwy. Mógłby być możliwy? Przecież sami mówili, że tego wieczoru mogli nie być tym, kim byli. Tyle tylko, że to zbyt wiele by skomplikowało. Szczególnie, gdy ocknęliby się bladym świtem. Wtedy już by sobą byli.
Nie liczyło się to, co chciałby zrobić w tej chwili. Pragnienie, żeby ją przyciągnąć do siebie, zamknąć w objęciach i po prostu poczuć, że nie ma nikogo innego na świecie. Mogli należeć do siebie. To była kwestia kilku centymetrów, ułamku sekundy, jednego ruchu. I byliby tym, kim jeszcze dla siebie nie byli. Ale wiedział, że nie może. Musiał grać rolę, którą sam sobie narzucił. Musiał być twardy. Byli przyjaciółmi. Tym w istocie byli.
Przez chwilę zapomniał o wszystkim. O przyjaźni, o granicach, które tak pieczołowicie budowali wokół siebie przez ostatnie miesiące. To, co tworzyli mogło łatwo przerodzić się w coś, co oboje mogliby zniszczyć jednym nieostrożnym ruchem. Od kiedy zrobił się taki ostrożny? Wciąż analizował każdy ruch, każdą myśl, obawiając się, że jedna nierozważna decyzja mogłaby zniszczyć ich relację.
Spojrzał w oczy Geraldine zastanawiając się, czy rzeczywiście dostrzegł w nich błysk, który mógłby oznaczać coś więcej. Ale jak miał to zinterpretować? Zamiast cokolwiek powiedzieć, uśmiechnął się lekko, próbując ukryć wewnętrzny niepokój.
Odsunął się nieco, ale nie za daleko, bo wcale nie chciał tracić tej bliskości. Miał nadzieję, że nie zauważyła jego gęsiej skórki. Tego drżenia pod skórą, które zdradzało, że wcale nie był tak obojętny wobec jej obecności, jakby chciał udawać. W jego głowie kłębiły się myśli.
Zacisnął wargi, próbując skupić się na czymś konkretniejszym. Na ich planach spędzenia wieczoru, nie na scenie sprzed chwili. Cholernie mocno pragnął, żeby to, co czuł nie było tak intensywne. Żeby mógł po prostu się uśmiechnąć i powiedzieć coś zabawnego, ale każdy żart stawał mu w gardle.
Zamiast tego usiłował zapanować nad emocjami, które mogłyby go zdradzić. W odpowiedzi na jej słowa, skinął głową, jakby to, co mówiła, było dla niego tylko kolejnym luźnym stwierdzeniem. Ot rozmawiali tak jak to robili przyjaciele, koledzy, świetni znajomi i nikt więcej.
Czuł się jak w pułapce, w której jedynym wyjściem była cisza. Patrzył na nią z intensywnością, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że to, co teraz robili nie było wyłącznie niewinną igraszką, zabawą. To nie była tylko gra, nie dla niego, ale nie potrafił się do tego przyznać. Mógł jedynie trwać w tej przyjaźni, cieszyć się chwilami, które łączyli i zamykać swoje uczucia w szafie, do której klucza nigdy nie miał zamiaru oddać. Byli przyjaciółmi. Przyjaciele nie mówili sobie takich rzeczy.
- Wiesz, co o mnie mówią. Możliwe, że mam trochę doświadczenia z królewnami - wzruszył ramionami.
Jego spojrzenie na chwilę zawiesiło się na jej ustach, a potem wróciło do oczu, które nadal tak bardzo błyszczały.
- Od rana - przytaknął odruchowo, unosząc brwi, bo nie do końca kojarzył już, o czym rozmawiali.
Zdecydowanie zbyt mocno uciekł myślami.
- Królewny mają swoje kaprysy - odpowiedział instynktownie, unosząc kąciki ust.
Dłoń, która wcześniej spoczywała wzdłuż jego ciała, a pod którą go trzymała, gdy szli przez ogród, teraz zsunęła się w stronę jej nadgarstka. Chciał jedynie dotknąć skóry dziewczyny. Sprawdzić, czy to, co wydawało mu się, że zawisło w powietrzu na kilka sekund było tylko chwilowym zaćmieniem, czy może czymś więcej.
Na moment zapomniał o obawach. W jego pociemniałych zielonych oczach pojawił się błysk. Ta noc zaczynała być znacznie bardziej skomplikowana niż początkowo zakładał. Każdy dotyk, każda chwila bliskości stawała się dla niego coraz trudniejsza do zniesienia. Mimo tego, nie potrafił się cofnąć. Był czarującym przyjacielem. Z pewnością, ale w głębi serca myślał wyłącznie o tym, by stać się czymś więcej. Jeszcze tego wieczoru, tej nocy.
Może dlatego nie oponował przed tym, żeby jeszcze bardziej się do siebie zbliżyli? Bez zastanowienia oparł głowę na kolanach Geraldine czując bijące od niej ciepło. Zignorował podszept, który mówił mu, że nie mógł się na to zgodzić. Nie w tym momencie, nie z nią. Po prostu to zrobił.
Kiedy jej lewa dłoń wplotła się w jego dłuższe niż zwykle włosy, poczuł dreszcze rozchodzące się po plecach. Każde muśnięcie palców sprawiało, że jego ciało reagowało w sposób, który Greengrassowi trudno było zignorować.
Obserwował ją z nieco przymrużonymi oczami, uśmiechając się półgębkiem. Jej dłoń w jego włosach sprawiła, że poczuł się inaczej, jeszcze bardziej pokomplikowanie, ale jednocześnie cholernie właściwie. To, co robiła było miłe, choć czy właściwe? Może przyjaciele faktycznie zachowywali się w ten sposób? Z nikim innym tego nigdy nie miał, nie w taki sposób.
Czuł jak alkohol rozgrzewa mu krew i odbiera nieco ostrożności, która od jakiegoś czasu towarzyszyła jego zachowaniom, gdy rzeczywiście się reflektował i pilnował. Patrzył na nią. Na uśmiech i błysk w oczach, które sprawiały, że na chwilę zapominał o rzeczywistości. Alkohol sprawił, że jego wyobraźnia zaczęła wędrować w zupełnie innych kierunkach niż powinna.
Myśli o niej wplatającej palce w jego włosy w zupełnie innej sytuacji były cholernie przytłaczające, ale nie potrafił ich od siebie odepchnąć. Nawet jeśli były wręcz nie do zniesienia, raz po raz im ulegał. Wracał do tych obrazów zastanawiając się nad tym, w jaki sposób by to wyglądało, gdyby zdecydowali się wrócić do mieszkania razem w dokładnie ten sposób, jaki mu teraz przychodził do głowy.
Przesunął językiem po górnym rzędzie zębów, wpatrując się w Geraldine, ale patrząc przez nią. Czuł, że z każdą chwilą ta granica, jaką sobie wyznaczyli stawała się coraz bardziej rozmyta. Sam nie wiedział jak długo jeszcze będzie w stanie się powstrzymać, ile jeszcze minie nim da się ponieść wyobrażeniom i pragnieniom.
Leżał z głową na jej kolanach, czując ciepło jej ciała, więc to chyba nie było dziwne jego myśli krążyły wokół pragnienia, które narastało w nim z każdą chwilą? Był mężczyzną. Prostym człowiekiem spragnionym kobiecego ciała. Tego konkretnego, jedynie tego ciała. Żarliwych pocałunków, zlanych oddechów, zatracania się w sobie nawzajem.
Alkohol delikatnie rozluźniał jego zmysły. W wyobraźni Ambroisa pojawiały się sceny, które sprawiały, że jego puls mimowolnie przyspieszał. W głowie miał obrazy, w których nie był już tylko przyjacielem, ale kimś więcej. Kimś, kto mógłby wrócić z nią do domu gotów zdzierać z niej gorset ozdobiony kwiatami, zsuwać sukienkę aż ich wspólne chwile przybrałyby dziki, namiętny obrót.
Nie potrafił się powstrzymać. Z każdą chwilą bliskości, z każdym dotykiem jej dłoni w jego włosach, czuł, że to wszystko przestaje mu wystarczać. W przeszłości nigdy nie miał problemu z przełamaniem barier w relacjach damsko-męskich, ale przy niej wszystko wydawało się inne. Zamiast działać instynktownie, jak to zwykle robił, starał się zachować dystans (z pewnością to był doskonały pomysł, leżeć z głową na jej kolanach dystansując się) co tylko potęgowało jego pragnienie.
Pragnął jej bardziej niż kiedykolwiek. Tu i teraz, niedługo, zaraz. Jej ręka błądząca w jego włosach wywoływała w nim fale pragnienia. Egoizm podpowiadał mu, że potrzebował więcej, bo to już nie wystarczało. Chciał być blisko niej w sposób, który do tej pory był im obcy. Poczuł jak jego serce zaczęło szybciej pompować krew, mocząc się w jego piersi, gdy w myślach wracał do scen, gdzie ich ciała spotykały się w sposób, który nie pozostawiał miejsca na wątpliwości. Nie byli przyjaciółmi. Przyjaciel nie chciałby się z nią dziko kochać, nie rozdzierałby jej gorsetu przy pomocy nawet samego spojrzenia.
W myślach przewijały mu się obrazy. Zamiast być przyjacielem, mógłby zatopić się w jej wargach. Utonąć w ramionach, ciało przy ciele. Jak by to było, gdyby mógł poczuć jej gorący oddech na swojej skórze, gdyby mogli przekroczyć tę cienką granicę, która dzieliła ich świat od tego, o którym myślał?
Nie stwierdził, że to głupi pomysł, by pozostać w tej pozycji, mimo wrażenia spadania. Starał się do niej luźno uśmiechać, choć w myślach dostrzegał sceny, w których ona i on przekraczali granice przyjaźni. Marzył o tym, by zabrać ją do domu, gdzie mogliby odkryć nowe, dzikie oblicze ich relacji. Pragnął zedrzeć z niej gorset z tymi wszystkimi kwiatami, by móc poczuć jej nagą skórę pod palcami. Wyobrażenie o tym, jak kochają się namiętnie, wypełniało go gorącym pożądaniem. Falami.
Odnosił wrażenie, że jego ciało reagowało na nią w sposób, który stawał się coraz bardziej oczywisty. Miał ochotę na zbliżenie, zakończenie tego wieczoru dokładnie w taki sposób. Z nią. Tylko z nią. Jego spojrzenie stawało się intensywne, ciemne pełne pożądania.
Jego dłonie, które wcześniej spoczywały spokojnie zaczęły bezwiednie wędrować w stronę rąbka sukienki Geraldine, jakby instynktownie chciały ją przyciągnąć bliżej, choć przecież już byli blisko. Sami. To też niewiele ułatwiało, ale nie przeszkadzało.
Jego oddech stał się głębszy. Klatka piersiowa Ambroisa unosiła się i opadała w rytmie narastającego pożądania. Wyciągnął dłoń w stronę jej uda, ale w ostatniej chwili zatrzymał się, oddychając głęboko przez zaciśnięte zęby. Zmysły przysłoniły mu zdrowy rozsądek, było blisko, by pragnienie go przerosło.
- Zamierzasz zachować wszystko dla siebie? - Odezwał się cicho, starając się zabrzmieć znacznie lżej niż zabrzmiał.
W rzeczywistości to był pomruk. Jego przenikliwe spojrzenie utkwiło w jej oczach. Ciepło sprawiało, że miał ochotę całować każdy centymetr jej ciała. Niezdolny opanować potrzeby, nim się obejrzał przesunął palcami po nodze dziewczyny, czując jak skóra pod jego dotykiem staje się nieco gorętsza.
Zapach perfum Yaxleyówny (a może kwiatów?) go otumaniał. Przyciągał go, ale jednocześnie paradoksalnie przypominał mu o tym, gdzie się znajdowali. Nuta, która wypełniała powietrze wokół była inna niż ta codzienna. Ładna, ale nie ta sama.
Instynktownie przesunął dłonią wzdłuż jej nogi, dotykając miękkiej tkaniny, co wprawiło go w stan jeszcze większego napięcia. Jego krew zaczęła krążyć szybciej. Myśli Roisa w dalszym ciągu wędrowały do pikantnych scen. W wyobraźni pojawiła się wizja, w której jej dłonie dosięgają każdej części jego ciała. Znacznie bardziej świadomie niż jego to teraz robiły. Mniej dyskretnie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down