Wrzesień plecień poprzeplata, trochę pożogi i trochę Piłata. Bo jak Poncjusz zamierzał ją dzisiaj osądzić za wszystkie przewinienia wobec próżnego ludu Jerozolimy, którym było oczywiście jego próżne ego. Jak mogła go tak paskudnie olać przez całe lato. Przecież musiał wiedzieć, że zostawił jej bukiet ciętych gerber, że był przy niej kiedy spała. Bo kiedy się już tam pojawił zrobił przecież niemałe zamieszanie. I to nie z jego winy, tylko z jej pojebaństwa. Czy ona w ogóle pamiętało co się tam stało, co się z NIĄ wtedy stało? Czy jego obecność sprawiła, że na ten moment wybudziła się ze snu bredząc coś niedoszłym lotniku. A może to jego magia rozpraszania tak na nią podziałała? Bo Limbo był już w stanie uwierzyć we wszystko. I weź tu teraz człowieku sklej to wszystko do kupy i nie zwariuj.
On omal nie uronił nad jej parszywym losem łzy, bo przez moment przestraszył się. Wcale się nie uspokoił od tamtej chwili wciąż był na nią wściekły za to co ze sobą zrobiła, za to co z nim zrobiła. Zaraziła go tą swoją słabością, gdzie był moment przy którym gotów był zwątpić we wszystko co do tej pory wierzył, zwątpić w to co zbudował do dnia dzisiejszego. I budować nie zamierzał kończyć. Niech płomień oczyści wszystko co słabe, wszystko co cherlawe i niegodne. Wiedział, że nie pracowała już w brygadach. Szukał jej. W ewidencjach i w spisach. I pewnego dnia nie ujrzał jej personaliów w rozpisce brygadzistów. Powinien się z tego cieszyć, tyle razy jej to sugerował. Jednak teraz czuł bardziej jakby to był tylko kolejny symptom choroby która ją trawiła, od środka. Marność nad marnościami, a w wszystko marność.
Lecz najwyraźniej nie tylko od środka chorowała. Na zewnątrz również coś się jej przytrafiło. Nie poznał jej na weselu i gdyby nie wiedział, że znajdzie ją tutaj, w tym miejscu i o tej godzinie, dzisiaj też by jej nie poznał. Inny człowiek, inna kobieta. To nie mogła być ta sama osobliwość za którą kroczył na kolanach przez szkło. Nie było w tej postaci nic z siły, nic z Mildþryþ. Te włosy, ta koszula, te perły. Piękne. Ohydne. Cudowne. Najgorsze.
Piękna laleczka którą chciałby mieć, ale nie pożądać. Pobawić się na moment, a nie potrzebować więcej.
Kiedy tylko kilka dni wcześniej w jego ręce wpadła lista gości chcących zawitać w Ministerstwie, dostrzegł tylko jedno nazwisko. Na liście było ich więcej, ale on widział tylko jedno. Ktoś tych gości musiał wprowadzić. Wskazać kierunek, ale puścić przodem, by nie spuszczać z nich oczu. Środki ostrożności były wysokie, szczególnie po Baltane. No i jasne, że były mundurowa mogła liczyć na własnego opiekuna. O kogo jak kogo, ale o swoich Ministerstwo pamiętało. Weteranka z Polany Ognisk. Tak o niej teraz mówił. Idiotka z kurwidołka. Tak o niej teraz myślał. Tak więc zaklepał ją sobie, na ten dzień, na tą godzinę. Już teraz mu nie ucieknie, nie miała dokąd. A teraz widział, że nawet nie miała jak w tych, o zgrozo, szpilkach.
Wzdrygnął się na nieprzyjemny dreszcz, który obiegł jego kręgosłup widząc to co się jej stało. Gdyby nie znał jej wcześniej, może i by się zakochał. No godzinę, czy dwie. Jednak wiedział kim była kiedyś, co potrafiła, jakim spojrzeniem władała. Nic z człowieka. Nic z Trelawney. Na jej przywitanie odpowiedział tylko surowym wzrokiem. Podszedł bliżej, w ręce trzymając utwardzany notes. Wyjął z przedniej kieszeni marynarki pióro. - Imię i nazwisko... - zażądał biurokratycznym tonem sprawnej odpowiedzi. Kim ona teraz była? Bo dla niego, teraz, w tym momencie? Kimś zupełnie innym, obcym wręcz. Na moment obdarował ją mniej formalnym wzrokiem, a cwany i pogardliwy uśmieszek sugerował, że on już dobrze ją zlustrował. Nie chciała go znać całe lato, on nie chciał jej poznawać na nowo. Nie teraz. - Oraz cel wizyty. Krótkim pociągnięciem pióra zapisał coś w formularzu. Kolejna porcja Shashimi a'la Lestrange. Zimny i surowy dla każdego kto odrzucił go choć raz. Sprawa była zajebiście prosta. Albo jesteś z nim, albo przeciwko niemu. Nic pomiędzy.