Na tym świecie były takie rzeczy, którym warto było sprzedać duszę. Koty należały do tych "rzeczy", przynajmniej dla Sauriela. Powiedzieć, że je lubił to grube niedopowiedzenie. On je kochał. Ubóstwiał. Wielbił. Rozpływał się przy nich i sam miał ochotę mruczeć razem z nimi, brać w ramiona i, o zgrozo, dać im wszystko, czego tylko zapragną, choćby i kawałek nieba! Na szczęście koty nie były aż tak wymagające, żeby chcieć nieba, więc wystarczyły bardziej przyziemne prezenciki. Na przykład - dobre mizianko. Ale po brzuszku nie, oj nie. Brzuch, łapy, ogon - były newralgiczne miejsca, których każdy kot nie lubił, chyba że jego właściciel go od małego do tego przyzwyczaił. Wtedy ewentuaaalnie dawały się czasem w tym miejscu pomiziać. To i tylko uśmiechnął się pod nosem słysząc to upomnienie i widząc, jak pieczołowicie Salem doprowadza miejsce dotknięcia do ładu i składu. To takie kocie. Gadający kot, ale jednak nadal w pełni kot.
- Obawiam się, że moja muzyka nie jest w stanie dorównać kunsztowi kuchni Norki. - Bez przesady, nie uważał się za wybitnego w tym polu. Niezłego - na pewno. Albo inaczej - widziałeś i słyszałeś o wiele gorszych od siebie. Sauriel miał całkiem wyćwiczone paluszki (hihi). Szybkie i sprawne, ot co! Podobno zresztą pasja sprawiała, że wszystko brzmiało i (w tym wypadku) smakowało lepiej. A jeśli o to chodzi to nie dało się nie zauważyć, jaką osobę tutaj Salem obdarzał swoją pasją.
- Taki kot jak ty zasługuje tylko na najlepsze ze słów. - Odpowiedział pomrukiem i wyciągnął dłoń na spotkanie Salema, ale nie po to, żeby go dotknąć, a skąd! Przecież najpierw z kotem należy wymienić uprzejmości i chociaż wcale nie był pewien, czy w przypadku kota gadającego wygląda to tak samo, ale kiedy ruszył jakoś tak zrobił... instynktownie. Wyciągnął paluszek, żeby pozwolić Salemowi poniuchać, tyknąć nosem, zaznajomić się z jego zapachem. Zawsze mu się wydawało, że takie wyjście na spotkanie dłoni człowieka koty traktowały jak swoje kocie powitanie. Kiedy tak przynajmniej obserwował ich zachowania i zwyczaje. Ale najwyraźniej działało to tak samo. - Co za brak manier... Fergusie, słyszałeś? Powinieneś się poprawić. - Spojrzał na moment na przyjaciela, posyłając mu iście smug uśmiech, ale zaraz pełna jego uwaga została na nowo skupiona na Salemie. Szczególnie, że się o niego otarł. Więc zaczął drapanko w nadstawionym dla jego palców miejscu. - Ooo, kto jest takim majestatycznym kocurem, taki piękny... - Mruczał mu komplementy, kiedy Salem mruczał z przyjemności, zupełnie pomijając komentarz, że jest w Salemie zakochany. Ano - był! Był absolutnie! Ołtarzyk mógłby mu zrobić i składać codzienne pokłony włącznie ze składaniem puszeczki tuńczyka u kocich stópek. Tymczasem jednak trzeba się było z tym ślubem obejść smakiem, bo jednak kocie serce należało do Nory. A Sauriel dobrze wiedział, że wbrew obiegowej opinii koty były BARDZO wiernymi towarzyszami osób, które sobie wybrały. I ani myślał się tu wciskać. Po prostu chciał zostać obdarzony łaską możliwości podotykania tego fantastycznie miękkiego futra i odrobiny mruczenia. - Jakie wspaniałe futro, ale musisz o nie dbać, kolego... - Prawdopodobnie Sauriel nigdy nie miał takiego wyrazu twarzy jak w chwilach, kiedy patrzył na takie koty jak Salem.
Niestety życie niejebajka, a te Saurielowe to już szczególnie.
Spokojnie zatrzymał dłoń, kiedy kot go złapał, rozumiejąc, że to miejsce akurat mu nie pasuje. Bez żadnej paniki czy krzyczenia, co najwyżej cichy syk się wydostał z jego wark przez ból, kiedy szpilki jednak przecięły jego skórę. Mógł być niemal niezniszczalny, ale ból odczuwał jak każdy człowiek. Tylko że - no tak. Kiedy kot puścił to krwi nie było. No bo - jak mogła być?
I uśmiech Sauriela zniknął jak ręką odjął. Spojrzał, jak jego skóra się zasklepia i jak nie zostaje po tym ugryzieniu nawet ślad, kiedy przerażony kot stroszył się i syczał. Instynkt. To zawsze był najpierw instynkt. Poruszył palcami i cofnął swoją rękę. Zacisnął zęby tak mocno, że nimi zgrzytnął, a ten wyraz błogiego spokoju i ciepła zastąpiło to, co zazwyczaj widniało na jego twarzy. Innymi słowy: wkurw.
Podniósł się ze stołka i skierował do drzwi wyjściowych. Chociaż wyszedł prawie że z drzwiami. PRAWIE. Nawet się nie obejrzał, czy Fergus idzie za nim. Przekrzywił głowę na prawo i lewo, próbując jakkolwiek zapanować nad napięciem ciała. Dopiero wtedy odszukał fajki w wewnętrznej kieszeni ramoneski i rzucił pudełko Fergusowi.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.