19.12.2024, 14:46 ✶
– Światła reflektorów w tym miejscu lepiej by zrobiły Tobie niż mi, pozwól mi się więc cieszyć Pepino tym, że jest jak jest. – kącik ust drgnął mu nieznacznie, gdy usłyszał lekko zachrypnięty głos aurora. Nie byłoby to dobre dla ich gentlemańskiej umowy, żeby byli widywani razem. Nie spodobałoby się to ani jednej, ani drugiej stronie. Światła reflektorów mogły tylko wszystko skomplikować.
– A co mam? Yule na bis, mój drogi. – cisnął petem, a syk zgaszonego ognika zagłuszony był skutecznie przez nieprzerwanie lejący deszcz. Sięgnął po różdżkę, odwracając się od niego i w kilku krokach dostając do wejścia magazynu. Ryzyko takiego spotkania niosło ze sobą ryzyko, ale nie była to ich pierwsza wspólna "akcja". Obaj mieli interes w tym, aby ta znajomość trwała w takiej formie i Shafiq wierzył, że zwietrzyłby ten moment, kiedy nagle ten interes przestał go obejmować. Z drugiej strony Pepino znał kilka jego grzeszków i nie pociągnął ich dalej. Zaufanie. Najcenniejsza waluta.
Uniósł różdżkę i pieczęć chroniąca magazynu zalśniła na moment przed rozproszeniem.
– Oto mój tegoroczny prezent dla Ciebie druhu. Magazyn, który oficjalnie w dokumentacji stoi pusty, a dostęp do niego mają trzy osoby, z czego jedną z nich jest Szef Oddziału Celnego. – Przeszukanie bez nakazu? Na ile dowody w ogóle brane byłyby pod uwagę jeśli pozyskano je nielegalną drogą? Z drugiej strony świadomość tego czego powinni szukać w dokumentach pomagała dotrzeć do nakazu i zdobycie dowodu. Ktoś tylko musiał pokazać początek tej nici, aby dotrzeć do zgniłego kłębka. Mowa była w końcu o osobie mającej duże plecy. Z drugiej strony... czy do ów pleców jednak nie wliczał się właśnie Shafiq - zastępca szefa Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego, pod którego podlegały urzędy celne?
Wsunęli się do środka i szczęśliwie było tu zdecydowanie bardziej cicho. Runy wygłuszające pomogły na dudniący nad ich głowami deszcz na tyle, że mogli nie tylko słyszeć swoje myśli, ale też prowadzić rozmowę. Tymczasem wewnątrz cuchnęło popiołem i rozkładem. Nikły lumos oświetlił rzędy skrzyń, paczek, kufrów, ale też ciasnych klatek, z których spoglądały na nich orientalne gatunki magicznych zwierząt.
– Nie stoi tu nic, o czym tamten drań by nie wiedział i czego by nie próbował opchnąć cudzymi rękami na czarnym rynku. Od czego masz ochotę zacząć? – zapytał Anthony swobodnie, uśmiechając się wręcz kokieteryjnie, jakby stali nad bufetem na jednym z jego ulubionych snobistycznych przyjęć. W jego wolnej dłoni zalśniła bielą chusteczka, którą przyłożył do nosa. Uśmiech był tylko maską, mężczyzna zdecydowanie odczuwał dyskomfort przebywając tutaj.
And yet... here there were.
– A co mam? Yule na bis, mój drogi. – cisnął petem, a syk zgaszonego ognika zagłuszony był skutecznie przez nieprzerwanie lejący deszcz. Sięgnął po różdżkę, odwracając się od niego i w kilku krokach dostając do wejścia magazynu. Ryzyko takiego spotkania niosło ze sobą ryzyko, ale nie była to ich pierwsza wspólna "akcja". Obaj mieli interes w tym, aby ta znajomość trwała w takiej formie i Shafiq wierzył, że zwietrzyłby ten moment, kiedy nagle ten interes przestał go obejmować. Z drugiej strony Pepino znał kilka jego grzeszków i nie pociągnął ich dalej. Zaufanie. Najcenniejsza waluta.
Uniósł różdżkę i pieczęć chroniąca magazynu zalśniła na moment przed rozproszeniem.
– Oto mój tegoroczny prezent dla Ciebie druhu. Magazyn, który oficjalnie w dokumentacji stoi pusty, a dostęp do niego mają trzy osoby, z czego jedną z nich jest Szef Oddziału Celnego. – Przeszukanie bez nakazu? Na ile dowody w ogóle brane byłyby pod uwagę jeśli pozyskano je nielegalną drogą? Z drugiej strony świadomość tego czego powinni szukać w dokumentach pomagała dotrzeć do nakazu i zdobycie dowodu. Ktoś tylko musiał pokazać początek tej nici, aby dotrzeć do zgniłego kłębka. Mowa była w końcu o osobie mającej duże plecy. Z drugiej strony... czy do ów pleców jednak nie wliczał się właśnie Shafiq - zastępca szefa Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego, pod którego podlegały urzędy celne?
Wsunęli się do środka i szczęśliwie było tu zdecydowanie bardziej cicho. Runy wygłuszające pomogły na dudniący nad ich głowami deszcz na tyle, że mogli nie tylko słyszeć swoje myśli, ale też prowadzić rozmowę. Tymczasem wewnątrz cuchnęło popiołem i rozkładem. Nikły lumos oświetlił rzędy skrzyń, paczek, kufrów, ale też ciasnych klatek, z których spoglądały na nich orientalne gatunki magicznych zwierząt.
– Nie stoi tu nic, o czym tamten drań by nie wiedział i czego by nie próbował opchnąć cudzymi rękami na czarnym rynku. Od czego masz ochotę zacząć? – zapytał Anthony swobodnie, uśmiechając się wręcz kokieteryjnie, jakby stali nad bufetem na jednym z jego ulubionych snobistycznych przyjęć. W jego wolnej dłoni zalśniła bielą chusteczka, którą przyłożył do nosa. Uśmiech był tylko maską, mężczyzna zdecydowanie odczuwał dyskomfort przebywając tutaj.
And yet... here there were.