22.12.2024, 02:49 ✶
I bez słów Dolohova Peregrinus doskonale wiedział, że nie mają gwarancji na długo i szczęśliwie. Wróżył temu fiasko już na etapie wyznania, toteż fakt, że znalazł się pod Vakelem i wciąż czuł na ustach widmo pocałunków sprzed chwili, już stanowił przekroczenie jego oczekiwań. W myśl znanej mądrości nastawiał się na najgorsze, więc dalej mogły go czekać jedynie pozytywne zaskoczenia.
— Też nie chcę tego tracić, stworzyliśmy sobie dobrą codzienność. Wiele bym dał, żeby wyjąć tę ciszę poza czas i funkcjonować w niej już zawsze. Niestety, możemy badać prawa czasu, ile chcemy, ale ich nie zmienimy. Za to czas zmienia wszystko. Nasza wczorajsza cisza nie była tą samą, którą dzieliliśmy rok temu. Będzie codziennie inna. Boję się, że jeśli spróbujemy ją przed tym schować i udamy, że stoi w miejscu, wyjdziemy na tym jeszcze gorzej. Ale jeśli myślisz, że to zły pomysł, możemy wrócić do bierności.
Otwierali tę nową odsłonę relacji od końca, jak na jasowidzów przystało. Rozmowa o tym, że wszystko może się rozsypać — choć mogła brzmieć przybijająco — paradoksalnie dostarczyła Peregrinusowi komfortu. Skonfronowanie razem ewentualności gorzkiego finału było warte dla niego więcej niż jakiekolwiek zapewnienia o przeznaczeniu i nieśmiertelnej miłości.
— Dobrze, że czujesz, że masz nad sobą kontrolę. Jeśli zobaczysz kiedyś koniec, pamiętaj o tym, co mi dziś powiedziałeś, Vasilij. Bo nawet jeśli wiatr zmieni kierunek, będziemy mogli to domknąć, jak tylko chcemy.
Może nawet uda nam zamknąć się i powrócić do bycia cicho, pomyślał, lecz wiedział, że to tylko kolejne pobożne życzenie. A tymczasem:
— To nie szkodzi, że się nie zamykasz. Lubię cię i słyszeć, i słuchać.
Lubił nie tylko słyszeć. Podobało mu się patrzenie na te uśmiechy i przygryzione wargi; podobało mu się, gdy poczuł, jak Dolohov zadrżał pod jego palcami. Z satysfakcją obserwował, że potrafi tak na niego zadziałać, mimo że dopiero go odkrywał. A może działał tak właśnie dlatego, że odkrywał go z tą głęboką fascynacją, prowadzony tam, gdzie Vakel go kierował. Mając ruchy ograniczone jego nogą, Trelawney eksplorować mógł jedynie głodnymi rękoma; próba obrócenia się pod nim i wzięcia czegoś więcej tak czy inaczej dostarczyłaby przecież Dolohovowi satysfakcji. Poddał się więc jego dłoni i pociągnął pasek szlafroka. Oderwał się mimowolnie od oczu mężczyzny, aby spojrzeć na ciało, które odsłonił, zsuwając materiał. Mimo że czuł na sobie wciąż ciężki wzrok Vakela, nie próbował ukrywać, że podoba mu się to, co widzi. Oczy Trelawneya przesunęły się więc po Dolohovie pierwsze, jakby otwarcie przed rękami takiej przestrzeni sprawiło, że te nie wiedziały, gdzie iść. W końcu, jak na metodycznego naukowca przystało, zaczął tam, gdzie wcześniej się zatrzymał. Tym razem nie wahał się przed przesunięciem palcami wzdłuż całego uda, minięciem wcześniejszych granic i dotarciem pod same żebra. Uczył się Vakela, wyczuwając twarde kości i lekko zagłębiając palce tam, gdzie ciało było miękkie.
— Bardziej zachwycam się niż sprawdzam. Gdybym sprawdził i odkrył, że nie jesteś prawdziwy, byłbym rozczarowany. — Oderwał się od jego sylwetki i na powrót odnalazł oczy, bez cienia wstydu. — Chcę cię mieć i żałuję, że muszę cię oddać, żeby jutro inni mogli się zachwycić. A przyszedłem przecież po to, żebyś zasnął i skuteczniej czarował publiczność. — Sięgnął jego włosów i wygładził je nieco, jakby chciał dopasować obraz wróżbity do tego, co obejrzą nazajutrz obce oczy. — Tymczasem zdaje się, że to utrudniam. Nie planowałem cię sabotować.
Uśmiechnął się po tych słowach i choć miało to być w jakiś sposób przepraszające, wcale nie widać było po nim skruchy. Ledwie kilka chwil temu chciał życzyć mu dobrego snu i ulotnić się błyskawicznie, a zdawało się, że wydarzyło się to w zupełnie innym świecie. Zmieniło się na przestrzeni minut wiele, również jego odpowiedź:
— Cóż, na pewno nie będę w stanie skupić się na tyle, żeby się teleportować. Zostałby spacer. Nie wycofujesz zaproszenia?
— Też nie chcę tego tracić, stworzyliśmy sobie dobrą codzienność. Wiele bym dał, żeby wyjąć tę ciszę poza czas i funkcjonować w niej już zawsze. Niestety, możemy badać prawa czasu, ile chcemy, ale ich nie zmienimy. Za to czas zmienia wszystko. Nasza wczorajsza cisza nie była tą samą, którą dzieliliśmy rok temu. Będzie codziennie inna. Boję się, że jeśli spróbujemy ją przed tym schować i udamy, że stoi w miejscu, wyjdziemy na tym jeszcze gorzej. Ale jeśli myślisz, że to zły pomysł, możemy wrócić do bierności.
Otwierali tę nową odsłonę relacji od końca, jak na jasowidzów przystało. Rozmowa o tym, że wszystko może się rozsypać — choć mogła brzmieć przybijająco — paradoksalnie dostarczyła Peregrinusowi komfortu. Skonfronowanie razem ewentualności gorzkiego finału było warte dla niego więcej niż jakiekolwiek zapewnienia o przeznaczeniu i nieśmiertelnej miłości.
— Dobrze, że czujesz, że masz nad sobą kontrolę. Jeśli zobaczysz kiedyś koniec, pamiętaj o tym, co mi dziś powiedziałeś, Vasilij. Bo nawet jeśli wiatr zmieni kierunek, będziemy mogli to domknąć, jak tylko chcemy.
Może nawet uda nam zamknąć się i powrócić do bycia cicho, pomyślał, lecz wiedział, że to tylko kolejne pobożne życzenie. A tymczasem:
— To nie szkodzi, że się nie zamykasz. Lubię cię i słyszeć, i słuchać.
Lubił nie tylko słyszeć. Podobało mu się patrzenie na te uśmiechy i przygryzione wargi; podobało mu się, gdy poczuł, jak Dolohov zadrżał pod jego palcami. Z satysfakcją obserwował, że potrafi tak na niego zadziałać, mimo że dopiero go odkrywał. A może działał tak właśnie dlatego, że odkrywał go z tą głęboką fascynacją, prowadzony tam, gdzie Vakel go kierował. Mając ruchy ograniczone jego nogą, Trelawney eksplorować mógł jedynie głodnymi rękoma; próba obrócenia się pod nim i wzięcia czegoś więcej tak czy inaczej dostarczyłaby przecież Dolohovowi satysfakcji. Poddał się więc jego dłoni i pociągnął pasek szlafroka. Oderwał się mimowolnie od oczu mężczyzny, aby spojrzeć na ciało, które odsłonił, zsuwając materiał. Mimo że czuł na sobie wciąż ciężki wzrok Vakela, nie próbował ukrywać, że podoba mu się to, co widzi. Oczy Trelawneya przesunęły się więc po Dolohovie pierwsze, jakby otwarcie przed rękami takiej przestrzeni sprawiło, że te nie wiedziały, gdzie iść. W końcu, jak na metodycznego naukowca przystało, zaczął tam, gdzie wcześniej się zatrzymał. Tym razem nie wahał się przed przesunięciem palcami wzdłuż całego uda, minięciem wcześniejszych granic i dotarciem pod same żebra. Uczył się Vakela, wyczuwając twarde kości i lekko zagłębiając palce tam, gdzie ciało było miękkie.
— Bardziej zachwycam się niż sprawdzam. Gdybym sprawdził i odkrył, że nie jesteś prawdziwy, byłbym rozczarowany. — Oderwał się od jego sylwetki i na powrót odnalazł oczy, bez cienia wstydu. — Chcę cię mieć i żałuję, że muszę cię oddać, żeby jutro inni mogli się zachwycić. A przyszedłem przecież po to, żebyś zasnął i skuteczniej czarował publiczność. — Sięgnął jego włosów i wygładził je nieco, jakby chciał dopasować obraz wróżbity do tego, co obejrzą nazajutrz obce oczy. — Tymczasem zdaje się, że to utrudniam. Nie planowałem cię sabotować.
Uśmiechnął się po tych słowach i choć miało to być w jakiś sposób przepraszające, wcale nie widać było po nim skruchy. Ledwie kilka chwil temu chciał życzyć mu dobrego snu i ulotnić się błyskawicznie, a zdawało się, że wydarzyło się to w zupełnie innym świecie. Zmieniło się na przestrzeni minut wiele, również jego odpowiedź:
— Cóż, na pewno nie będę w stanie skupić się na tyle, żeby się teleportować. Zostałby spacer. Nie wycofujesz zaproszenia?
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie