Uśmiechnęła się do niego ciepło – ona też nie chciała się kłócić, nie o takie rzeczy, nie teraz i nie dzisiaj. Była zmęczona, spędziła całą noc na tańcach na weselu, przespała się kilka godzin i poszła do pracy, i od tamtego momentu nie zmrużyła oka, bo najpierw robiły akcję-włamanie z Brenną, a teraz to… i mogła sobie być przyzwyczajona do braku snu, z bezsennością zmagała się od lat, jednak im dłużej nie spała, tym robiła się bardziej… niecierpliwa, uszczypliwa. A Dægberhta nie widziała przecież długi czas, przyszedł do niej w środku nocy i…
Bogowie, stęskniła się za nim.
– Naprawdę? To teraz będę czekała z niecierpliwością – Victorię było bardzo łatwo udobruchać i sprawić, że uśmiechnie się szczerze od ucha do ucha: wystarczyło dać jej coś od serca. Nawet najtańszy badziew – ona to wszystko trzymała i uśmiechała się, cieszyła jak dziecko. To chyba dlatego, że była tak bogata, że stać było ją na wszystko, więc co zapragnęła, mogła sobie kupić – i wielu jej znajomych wychodziło z takiego właśnie założenia. Więc otrzymanie jakiegoś prezentu, wiedza, że ktoś pomyślał o niej… ach!
– Hym… No cóż, raczeeej… – raczej nie działało wtedy. Ale ona dopiero teraz zauważyła to otwarte okno, zapatrzyła się w nie z kamiennym wyrazem twarzy, aż w końcu wzruszyła ramionami. – No to będą mieli o czym gadać przez następny tydzień. Lestrange i dziwne odgłosy z jej mieszkania, już to widzę – prychnęła i złapała się pod boki, ale zaraz jej twarz wyłagodniała kiedy spojrzała znowu na Dægberhta. Na jego zaczerwienioną, zarumienioną twarz, błyszczące oczy. Victoria lekko przekrzywiła głowę, patrząc na zmieszanie przyjaciela, na to jak się zawiesił – jakby myślał nad odpowiedzią, na to, jak mogłaby mu się odwdzięczyć. Uniosła wyżej brwi, widząc w nim to dziwne napięcie, którego źródła nie potrafiła odpowiednio dopasować, tym bardziej że przyniosła mu herbatę, o którą przecież sam poprosił.
I po chwili nastąpiła pomiędzy nimi dziwna cisza, w której Victoria po prostu patrzyła na Dægberhta, zamrugała kilka razy, nim sens słów dotarł do niej z pełną mocą.
– Tak, mówiłam ci to… – powiedziała najpierw, wolno i ostrożnie, a potem… Potem coś wskoczyło na właściwe miejsce. – Och… Oooch! – jej ciemne oczy rozszerzyły się ze zrozumieniem, kiedy spojrzała na Berhta raz jeszcze, może nieco inaczej niż do tej pory i lekki rumieniec i jej wpełzł na policzki – leciutki, biorąc pod uwagę jej karnację i kiepskie oświetlenie w salonie. – To ja… hmm… To nic – odpowiedziała nieco zmieszana i spojrzała na stolik, gdzie postawiła herbatę i ciasteczka, i pokręciła delikatnie głową. – Nie musisz, sprzątnę to – zrobił dla niej tak wiele, nie musial tu przecież sprzątnąć. – Może… Może chcesz się przewietrzyć? – na balkonie, na który można było wyjść z salonu.