Chyba wszyscy Lestrange byli ulepieni z tej samej gliny: nie lubili się zwierzać ze swojego życia, ze swoich problemów, nawet jeśli to sprawiłoby, że zrobiłoby im się lżej na sercu. Louvain źle oceniał Victorię, bo może i przyjaźniła się z Cynthią od pierwszego roku w Hogwarcie, ale rodzice wychowali ją tak, jak należy – to rodzina była na pierwszym miejscu. Ale byli uparci, prawda? Woleli kisić w sobie rzeczy, zamiast poszukać pomocy i Victoria była kropka w kropkę taka sama. Milcząca, zdystansowana, nie dzieląca się swoimi problemami, które były znacznie większe od tego, że miała tak zimne ciało. Aż dziw, że Rodolphus sam wyciągnął do niej rękę, kiedy potrzebował pomocy, kiedy potrzebował porozmawiać, i tego też nie zamierzała nikomu mówić.
Spojrzała na Louvaina nieco pobłażliwie po jego zaczepce, a potem jak gdyby nigdy nic cmoknęła, jakby wysyłała mu buziaka w powietrzu i lekko uniosła jeden kącik ust w wyrazie rozbawienia. Tak chciał się bawić? Chciał jej dopiec? Nie wiedziała i nie rozumiała, ale postanowiła na ten moment dopasować się do sytuacji. Otaksowala go zresztą wzrokiem od góry do dołu, a potem odwróciła głowę w kierunku ich celu, może nawet nieco leniwie i zmrużyła oczy.
– No cóż, pozory zaniedbanego i porzuconego domu sprawiają bezbłędnie – odezwała się po chwili, nim na nowo przeniosła spojrzenie na kuzyna, chociaż przez kilkanaście boleśnie długich sekund taksowała spojrzeniem „opuszczony” domek, a potem zrobiła ciche „hmmm”. – Raczej mało kto zwraca uwagę na takie szczegóły, dobra robota – pochwaliła Louvaina, tylko na chwilę ponownie koncentrując na niego uwagę. Jeśli myślał, że nie była zdolna do takich słów, to też bardzo się mylił, bo uważała, że takie rzeczy należy wyciągać i chwalić. Mężczyźni byli naprawdę prości w obsłudze pod tym względem, a Victoria nie miała ochoty dzisiaj użerać się z charakterem Louvaine, z którego przecież słynął. Zamierzała go więc ugłaskać… na ile było to w ogóle możliwe.
A potem nagle się wyprostowała i przekrzywiła głowę w kierunku jednego ze swoich ramion, westchnęła nieco głośniej.
– Zwykle w takich sprawach idę na żywioł. Ludzie są zbyt nieprzewidywalni, żeby bawić się w wielki plan od a do z, gdzie po drodze może się zmienić absolutnie wszystko – skrzywiła się leciutko, powracając wspomnieniami do Beltane – o gdyby tam mieli plan, to mogliby go sobie koncertowo wyrzucić do śmietnika już na samym starcie. Nie pytała Louvaina o to, jak stoi z pojedynkowaniem się, bo przecież widziała, a że był członkiem klubu pojedynkowego… – Proponuję zakraść się tam od tylu, takie domy zwykle mają jakieś tylne wejście i dostać się tam tamtędy, nie od głównego wejścia, bo to może wzbudzić za dużo podejrzeń – zwłaszcza jak ktoś będzie szedł ulicą, a tu wyrąbane drzwi, nie. Nie potrzebowali tak oczywistej uwagi, tym bardziej, że tu mogli się kręcić mugole. Nawet o tej godzinie. – No chyba, że nie będzie żadnego takiego wejścia… Wtedy trzeba będzie wejść głównymi drzwiami, ale w takim wypadku lepiej będzie, jeśli będzie się dało je zamknąć. Mniej powodów do tłumaczenia się później – jeszcze raz westchnęła i kiwnęła głową, wskazując Louvainowi, że mogą iść, jeśli jest gotowy i mu to wszystko pasuje.
Martwiło ją w tym wszystkim jedno: te nieszczęsne nielegalne świstokliki, przez które trzeba będzie bardzo uważać, co dotykają, żeby przypadkiem nie przenieść się gdzieś… gdzieś, gdzie bardzo nie chcieliby się znaleźć.