26.12.2024, 22:37 ✶
Wiecie, ile czasu mija pomiędzy pobudką a znalezieniem się przy swoim biurku w Ministerstwie Magii? Nie tak wiele, pięć minut wystarczy. Podstawa to się odlać, dzień od razu nabiera tempa. Druga sprawa to w miarę czyste gacie od munduru. Jak starczy czasu, można też przeczesać włosy i ochlapać twarz wodą, przy wyjątkowo sprzyjających wiatrach: golenie. No, gotowe, trzask prask i do kominka. Kawa i śniadanie? Nie inaczej niż w godzinach pracy.
Tak to mniej więcej wyglądało, gdy ówczesny kadet Longbottom był kawalerem. Zarywał dzielnie nocki, wracał do Warowni w niestandardowych porach, o drugiej nad ranem szedł robić kanapeczki, a w drodze powrotnej do swojego pokoju hałasował i palił światła po korytarzach, wyrywając wszystkich po kolei ze snu (opamiętaj się, będziesz miał swój dom, to se będziesz świecił, kiedy będziesz chciał). Rano ogarniał się byle jak i na służbę.
To było dziesięć lat temu. Od tamtego czasu zdążył dorobić się żony, rangi detektywa i własnego domu. I o domu traktować ma ta historia. Dom był bardzo gorący, nie tylko ogniem pożycia małżeńskiego. Ledwo Woody otworzył oczy, już czuł, że pięć minut nie wystarczy. Po nocy pod tyloma kocami poranny prysznic stawał się obowiązkiem. Za oknem prószył śnieg, sople pod parapetami, szyby zamarznięte, a on mimo to pływał we własnym sosie i nie pomagał nawet fakt, że spał w samych gaciach. Na marginesie, nikt jeszcze nie przeziębił się od dwóch półnagich minutek na mrozie. O morsowaniu Pani słyszała?
Tak czy inaczej: przygnieciono go z każdej strony. Z jednej żoną, którą objął odruchowo ramieniem i przyciągnął do siebie mocniej, częstując ją pierwszym, leniwym cmokiem w czubek głowy. Podejrzanie duży ciężar czuł również na stopach. Poruszył próbnie paluchem, a ciężar wstał, przeciągnął się i zamiauczał.
— Co jeśli chcę się spóźnić? — Longbottom zwrócił się zaczepnie do Tessy, doskonale wiedząc, że żona w życiu mu na coś takiego nie pozwoli i miotłą go z tego łóżka wywali, ledwie wybije godzina. — Wiesz, ile czasu mija pomiędzy pobudką a znalezieniem się przy moim biurku?
Ustalono już, że w tych okolicznościach z pewnością więcej niż pięć minut.
Kot przeszedł w górę łóżka i wdrapał się (dosłownie, Woody poczuł pazury zatopione w swoim ramieniu) na opiekunów, wziął przykład z Tessy i ułożył się na atletycznym bebzonie Longbottoma. Mężczyzna zsunął go z siebie, marszcząc groźnie brwi. To była jego chwila na tulenie żony. Won.
Żonę również z siebie zsunął, lecz tylko po to, aby znaleźć się nad nią i — rozbudziwszy się do reszty — pocałować ją o wiele mniej leniwie niż przedtem. Kot tymczasem zajął pozycję przy drzwiach i rozdzierającym miauknięciem dał sprzeciw tym czułościom.
— Quintesso Longbottom. — Woody przytulił chropowaty policzek do jej policzka. — Co z ciebie za matka? — Pierwszy pocałunek złożony na szyi Tessy; przy nastrojowym akopmaniamencie kocich utyskiwań. — Twoje dzieci płaczą. — Drugi. — Błagają o jedzenie. — Trzeci. — Słyszysz ich udręczone jęki? — Dla dramatycznego efektu uniósł głowę, aby spojrzeć jej w oczy. — Też bym coś przekąsił. — Szlak całusów zakończył się tam, gdzie zaczął: na jej ustach. — Też mam zacząć jęczeć? Ale tak, że ci się nie spodoba. Nie rób sobie nadziei.
Tak to mniej więcej wyglądało, gdy ówczesny kadet Longbottom był kawalerem. Zarywał dzielnie nocki, wracał do Warowni w niestandardowych porach, o drugiej nad ranem szedł robić kanapeczki, a w drodze powrotnej do swojego pokoju hałasował i palił światła po korytarzach, wyrywając wszystkich po kolei ze snu (opamiętaj się, będziesz miał swój dom, to se będziesz świecił, kiedy będziesz chciał). Rano ogarniał się byle jak i na służbę.
To było dziesięć lat temu. Od tamtego czasu zdążył dorobić się żony, rangi detektywa i własnego domu. I o domu traktować ma ta historia. Dom był bardzo gorący, nie tylko ogniem pożycia małżeńskiego. Ledwo Woody otworzył oczy, już czuł, że pięć minut nie wystarczy. Po nocy pod tyloma kocami poranny prysznic stawał się obowiązkiem. Za oknem prószył śnieg, sople pod parapetami, szyby zamarznięte, a on mimo to pływał we własnym sosie i nie pomagał nawet fakt, że spał w samych gaciach. Na marginesie, nikt jeszcze nie przeziębił się od dwóch półnagich minutek na mrozie. O morsowaniu Pani słyszała?
Tak czy inaczej: przygnieciono go z każdej strony. Z jednej żoną, którą objął odruchowo ramieniem i przyciągnął do siebie mocniej, częstując ją pierwszym, leniwym cmokiem w czubek głowy. Podejrzanie duży ciężar czuł również na stopach. Poruszył próbnie paluchem, a ciężar wstał, przeciągnął się i zamiauczał.
— Co jeśli chcę się spóźnić? — Longbottom zwrócił się zaczepnie do Tessy, doskonale wiedząc, że żona w życiu mu na coś takiego nie pozwoli i miotłą go z tego łóżka wywali, ledwie wybije godzina. — Wiesz, ile czasu mija pomiędzy pobudką a znalezieniem się przy moim biurku?
Ustalono już, że w tych okolicznościach z pewnością więcej niż pięć minut.
Kot przeszedł w górę łóżka i wdrapał się (dosłownie, Woody poczuł pazury zatopione w swoim ramieniu) na opiekunów, wziął przykład z Tessy i ułożył się na atletycznym bebzonie Longbottoma. Mężczyzna zsunął go z siebie, marszcząc groźnie brwi. To była jego chwila na tulenie żony. Won.
Żonę również z siebie zsunął, lecz tylko po to, aby znaleźć się nad nią i — rozbudziwszy się do reszty — pocałować ją o wiele mniej leniwie niż przedtem. Kot tymczasem zajął pozycję przy drzwiach i rozdzierającym miauknięciem dał sprzeciw tym czułościom.
— Quintesso Longbottom. — Woody przytulił chropowaty policzek do jej policzka. — Co z ciebie za matka? — Pierwszy pocałunek złożony na szyi Tessy; przy nastrojowym akopmaniamencie kocich utyskiwań. — Twoje dzieci płaczą. — Drugi. — Błagają o jedzenie. — Trzeci. — Słyszysz ich udręczone jęki? — Dla dramatycznego efektu uniósł głowę, aby spojrzeć jej w oczy. — Też bym coś przekąsił. — Szlak całusów zakończył się tam, gdzie zaczął: na jej ustach. — Też mam zacząć jęczeć? Ale tak, że ci się nie spodoba. Nie rób sobie nadziei.
piw0 to moje paliwo