Heather stała gdzieś koło Brenny. Nie mogła zrozumieć, co się tutaj właśnie wydarzyło. Rookwood bez najmniejszego oporu pokazywał tutaj, jakie ma do wszystkiego podejście. Czyż nie powinni od razu się go pozbyć? Przecież musieliby być ślepi, żeby nie zauważyć, że idealnie pasuje on do profilu osoby, która znęca się nad tymi którzy nie mieli czystej krwi. Wcale tego nie ukrywał.
Wood zacisnęła mocno zęby, próbowała się nie odzywać, powoli zaczynała się denerwować. Jak to mówił Castiel, jesteś w stanie sobie z tym poradzić. W ogóle przestała słuchać, co burczał pod nosem samozwańczy szef, najważniejsze było to, żeby nie wybuchnąć. Jesteś pierdoloną oazą spokoju Heather. Ścisnęła ręce w pięści, poczuła paznokcie które wbijają jej się w wnętrze dłoni, zapewne zobaczy na nich ślady od krwi.
Oczy zaczęły jej błyszczeć, jej rude włosy przypominały ogień, marzyła tylko o tym, żeby jak najszybciej się stąd oddalić. Nie spodziewała się, że przyjdzie jej pracować w miejscu, w którym ludzie są traktowani w ten sposób. Chyba nie powinna na to pozwolić, wiedziała, że jeśli to zignoruje to nic się nie zmieni. Stojący przed nią Rookwood chyba nie miał pojęcia z kim na do czynienia. Jedno było pewne, Wood nie da się traktować w ten sposób, skarga jaką wysmaruje do swojej szefowej na pewno będzie warta przeczytania. Długi staż, czy nie, nic nie uprawniało go to tego, aby zachowywać się jak teraz.
Spojrzała jeszcze na Thomasa i kiwnęła do niego głową, to był chyba odpowiedni moment, aby się stąd wyrwać, tym bardziej, że inni zasugerowali im, żeby spojrzeli na to wszystko z góry.