30.12.2024, 07:29 ✶
Bawiło ją odrobinę to, jak zdążyła się przyzwyczaić do aktualnej sytuacji. Do perspektywy wizyty Louvaina, która wisiała nad nią już od paru dobrych lat i początkowo faktycznie czuła na tę myśl niepokój, który wiązał jej żołądek w supeł, zaciskający się tylko mocniej, kiedy wreszcie przychodziło jej oglądać jego twarz. Ale potem? Teraz?
Dziadek często mówił, że obcując z różnymi rzeczami, ludzie nie tyle się do nich przyzwyczajali, co ogarniała ich znieczulica. On miał na myśli kurwy zgarnięte z Nokturna, chodzące zwłoki, które niejeden traktował gorzej niż szczury panoszące się po zaułkach, ale Rosie dość szybko zaczęła tę prawidłowość odnosić do innych sytuacji. Tak samo jak nie mrugała okiem na dziejący się w Kościanym Zamtuzie nierząd i swąd czarnej magii, tak czuła niesprecyzowaną pustkę kiedy myślała o Louvainie. Była tam złość, ale przykryta warstwą codziennych obowiązków, problemów i niechęci. Skrywająca się pod goryczą co i rusz łamanego serca i ostatnim mętlikiem w głowie, jakie ciągnęło za sobą Wesele i Windermere.
Lestrange, o zgrozo, był jedną z najbardziej stabilnych rzeczy w jej dotychczasowym życiu, jakby nieświadomie wślizgując się na miejsce Alexandra i czasem, bardzo rzadko, Ambrosia zastanawiała się co stanie się, kiedy go zabraknie. I nie przyznawała się nawet przed samą sobą, że chyba odrobinę bała się tego momentu.
Bo czymże był Louvain, jeśli nie głównym wyznacznikiem tego, jak bardzo oddana była najważniejszemu mężczyźnie w jej życiu? Tym, jak wielka była jej miłość, ale i egoistyczna, przeżerająca ją na wskroś chęć posiadania go tylko dla siebie, a jeśli nie mogła tego mieć... wtedy był on miarą tego, jak mocno mogła nienawidzić.
Nic mu nie mówiła, bo powszechnie znaną prawdą było, że kiedy się o czymś nie rozmawiało, wtedy nie miało to miejsca. Nie istniało to w jej małym wszechświecie, w którym tego typu zdrada nie powinna nigdy mieć miejsca. Louvain nie rozumiał - a najgorsze było dla niej to, że ona rozumiała czemu tak było. Sama siebie nazwałaby skończoną idiotką, gdyby znajdowała się na jego miejscu. I sama sobie chciałaby wyznaczyć za to wykroczenie adekwatną karę.
Nie drgnęła, kiedy cichy dzwonek zawieszony nad drzwiami wejściowymi zabrzęczał, informując ją o pojawieniu się nowej osoby. Zamiast tego, z tak samym promiennym uśmiechem przyczepionym do twarzy, sięgnęła po niewielki pakunek i wcisnęła go w dłonie ostatniego klienta, zanim ten pośpiesznie pokiwał głową, podziękował i udał się do drzwi wyjściowych. A potem zielonkawe spojrzenie prześlizgnęło się w bok, od pleców wychodzącego mężczyzny do sylwetki nowego gościa i uśmiech kobiety natychmiastowo zgasł, jak płomień świeczki, sprawnie zgaszony przez nią palcami w tym samym momencie.
W pomieszczeniu unosił się silny zapach kadzideł, tak typowy dla tego miejsca, nawet jeśli przeprowadzone w wakacje drobne remonty pomogły w odcięciu się od płynących z ulicy charakterystycznych dla Nokturnu zapachów. I przez moment McKinnon bardzo chciała jakimś cudem rozpłynąć się w sinym dymie, unoszącym się niemrawo z kadzideł i dogaszanych na stoliku świeczek. Czując ciepło płomyków na opuszkach palców mimowolnie pomyślała o wieczorze kiedy Louvain ją poznał.
Jej spojrzenie stwardniało i jeśli wcześniej było w nim jakieś zawahanie czy wycofanie, teraz zniknęło w wyćwiczony sposób kogoś, kto na życie zarabiał odgrywając przed ludźmi najlepszą na Nokturnie wróżkę i kto potrafiła siłą zmusić zjawy do przejścia przez zasłonę. - Zmień na zamknięte, jeśli nie chciałbyś mieć publiki w postaci przypadkowych klientów - rzuciła z przekąsem, niedbałym gestem ręki wskazując na drzwi.
Dziadek często mówił, że obcując z różnymi rzeczami, ludzie nie tyle się do nich przyzwyczajali, co ogarniała ich znieczulica. On miał na myśli kurwy zgarnięte z Nokturna, chodzące zwłoki, które niejeden traktował gorzej niż szczury panoszące się po zaułkach, ale Rosie dość szybko zaczęła tę prawidłowość odnosić do innych sytuacji. Tak samo jak nie mrugała okiem na dziejący się w Kościanym Zamtuzie nierząd i swąd czarnej magii, tak czuła niesprecyzowaną pustkę kiedy myślała o Louvainie. Była tam złość, ale przykryta warstwą codziennych obowiązków, problemów i niechęci. Skrywająca się pod goryczą co i rusz łamanego serca i ostatnim mętlikiem w głowie, jakie ciągnęło za sobą Wesele i Windermere.
Lestrange, o zgrozo, był jedną z najbardziej stabilnych rzeczy w jej dotychczasowym życiu, jakby nieświadomie wślizgując się na miejsce Alexandra i czasem, bardzo rzadko, Ambrosia zastanawiała się co stanie się, kiedy go zabraknie. I nie przyznawała się nawet przed samą sobą, że chyba odrobinę bała się tego momentu.
Bo czymże był Louvain, jeśli nie głównym wyznacznikiem tego, jak bardzo oddana była najważniejszemu mężczyźnie w jej życiu? Tym, jak wielka była jej miłość, ale i egoistyczna, przeżerająca ją na wskroś chęć posiadania go tylko dla siebie, a jeśli nie mogła tego mieć... wtedy był on miarą tego, jak mocno mogła nienawidzić.
Nic mu nie mówiła, bo powszechnie znaną prawdą było, że kiedy się o czymś nie rozmawiało, wtedy nie miało to miejsca. Nie istniało to w jej małym wszechświecie, w którym tego typu zdrada nie powinna nigdy mieć miejsca. Louvain nie rozumiał - a najgorsze było dla niej to, że ona rozumiała czemu tak było. Sama siebie nazwałaby skończoną idiotką, gdyby znajdowała się na jego miejscu. I sama sobie chciałaby wyznaczyć za to wykroczenie adekwatną karę.
Nie drgnęła, kiedy cichy dzwonek zawieszony nad drzwiami wejściowymi zabrzęczał, informując ją o pojawieniu się nowej osoby. Zamiast tego, z tak samym promiennym uśmiechem przyczepionym do twarzy, sięgnęła po niewielki pakunek i wcisnęła go w dłonie ostatniego klienta, zanim ten pośpiesznie pokiwał głową, podziękował i udał się do drzwi wyjściowych. A potem zielonkawe spojrzenie prześlizgnęło się w bok, od pleców wychodzącego mężczyzny do sylwetki nowego gościa i uśmiech kobiety natychmiastowo zgasł, jak płomień świeczki, sprawnie zgaszony przez nią palcami w tym samym momencie.
W pomieszczeniu unosił się silny zapach kadzideł, tak typowy dla tego miejsca, nawet jeśli przeprowadzone w wakacje drobne remonty pomogły w odcięciu się od płynących z ulicy charakterystycznych dla Nokturnu zapachów. I przez moment McKinnon bardzo chciała jakimś cudem rozpłynąć się w sinym dymie, unoszącym się niemrawo z kadzideł i dogaszanych na stoliku świeczek. Czując ciepło płomyków na opuszkach palców mimowolnie pomyślała o wieczorze kiedy Louvain ją poznał.
Jej spojrzenie stwardniało i jeśli wcześniej było w nim jakieś zawahanie czy wycofanie, teraz zniknęło w wyćwiczony sposób kogoś, kto na życie zarabiał odgrywając przed ludźmi najlepszą na Nokturnie wróżkę i kto potrafiła siłą zmusić zjawy do przejścia przez zasłonę. - Zmień na zamknięte, jeśli nie chciałbyś mieć publiki w postaci przypadkowych klientów - rzuciła z przekąsem, niedbałym gestem ręki wskazując na drzwi.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror