31.12.2024, 16:59 ✶
Faye nie uważała, żeby Ministerstwo było pełne dwulicowych węży. Owszem, nie była durna i wiedziała, że niektórzy byli... Śliscy, lecz nie wniknęła w struktury tej organizacji tak mocno, by wyrobić sobie aż taką mocną opinię. Woody nie przebierał w słowach, ale nie zareagowała na to inaczej niż wzruszeniem ramion.
- Nie wszyscy przecież, jest sporo tam, którzy są fajni. Ale wiesz, te garnitury i odświętne szaty... Mam wrażenie, że nosa poza biurko nie wystawili nigdy, a puszą się, jakby byli panami świata. Ja pracuję w terenie, nie potrafię się dogadać z kimś, kto o magicznych stworzeniach wie tylko z książek. Książki często przekłamują niektóre sprawy, a potem słyszę, że niepotrzebnie coś zrobiłam. Gdyby tak chociaż raz poszli ze mną na polowanie, to by zobaczyli, jak to jest - dopowiedziała, unosząc nieznacznie kąciki ust. Przecież gdyby te wszystkie urzędniki w końcu ruszyły dupska z wygodnych krzesełek za dębowymi biurkami, to albo by się spłakali na widok plamy błota, albo by wciągnęły ich jakieś bagna. O ile w ogóle by na nie dotarli. O znalezieniu jakiegokolwiek stworzenia nie wspominając. Co więc tam robili? Katalogowali, przewracali kolejne stronnice i po prostu ją irytowali. Na wspomnienie o tym, że powinno się kraść, zmarszczyła nieco nosek, lecz grymas ten postanowiła ukryć za winem. Nie było to najlepsze wino, jakie piła, ale też nie było najgorsze. No i było darmowe, z dobroci serca, a takie było najlepsze. - Niby tak, ale to nie w porządku. To znaczy wiesz... Jak złodziej złodzieja okradnie, to chyba trochę inaczej.
Chyba. Ona nie lubiła złodziei, bo przecież skąd mogli wiedzieć, czy akurat ten jeden jedyny przedstawiciel Ministerstwa nie robił wszystkiego co w jego mocy, żeby polepszyć innym życie? Chciała jeszcze coś dodać, ale Woody już poszedł.
- Ja? Popilnować? - zapytała samą siebie, dla pewności rozglądając się, czy nikomu nagle nie przyjdzie do głowy, żeby do niej podejść. Niby co miałaby zrobić? Wiedziała, że wódkę lało się do kieliszków, a piwo do kufli, ale ile co kosztowało? I na Merlina, a jak ktoś będzie chciał go okraść teraz? Jak ona złapie za rękę, to na pewno jej nie złamie. Trzepnąć to trzepnie, wiadomo, ale nie była co do tego pomysłu przekonana.
Siedziała więc jak trusia, strzelając oczami na prawo i lewo, ale nie mogła powstrzymać się od tego, by nie kierować wzroku w scenę, która rozgrywała się na jej oczach. Widząc wyciągniętą różdżkę aż wciągnęła ze świstem powietrze. Chciała się odwrócić, zachowywać jak inni, z taką samą nonszalancją, ale nie potrafiła. Jej szeroko otwarte oczy obserwowały wszystko z mieszaniną strachu i być może podziwu, bo przecież Woody tak naprawdę nie złamał nic nikomu. Pogroził różdżką, pomachał nią i strzelił w łapska jak mugolską linijką w szkole, a potem po prostu kazał kolesiowi wypierdalać. Ach, brutalnie dotarło do niej, że jednak aparycja była niezwykle ważnym czynnikiem w kontaktach międzyludzkich. Gdyby ona coś takiego zrobiła, to wyśmialiby ją i śmialiby się pewnie tak długo, dopóki nie rozwaliłaby któremuś z nich nosa. Odchrząknęła, widząc że mężczyzna wraca za kontuar, i upiła kolejny łyk darmoszki. A potem zerknęła na fanty, które podsunął jej Woody. Nieco zaskoczona wyciągnęła rękę po sakiewkę.
- To moja. Widzisz? Ma tutaj taką łatkę, naszyłam ją po tym, jak szarpałam się z lichem i przeciął mi kieszeń kolcem - powiedziała, wskazując palcem na krzywo naszytą łatę. - Dlaczego jesteś dla mnie taki miły?
Zapytała podejrzliwie, nie ośmielając się jeszcze brać sakiewki. Zachowywał się trochę jak dobry wujek, ale postawa, którą prezentował przed chwilą, była zupełnie inna. Jakby miał dwie osobowości.
- Nie wszyscy przecież, jest sporo tam, którzy są fajni. Ale wiesz, te garnitury i odświętne szaty... Mam wrażenie, że nosa poza biurko nie wystawili nigdy, a puszą się, jakby byli panami świata. Ja pracuję w terenie, nie potrafię się dogadać z kimś, kto o magicznych stworzeniach wie tylko z książek. Książki często przekłamują niektóre sprawy, a potem słyszę, że niepotrzebnie coś zrobiłam. Gdyby tak chociaż raz poszli ze mną na polowanie, to by zobaczyli, jak to jest - dopowiedziała, unosząc nieznacznie kąciki ust. Przecież gdyby te wszystkie urzędniki w końcu ruszyły dupska z wygodnych krzesełek za dębowymi biurkami, to albo by się spłakali na widok plamy błota, albo by wciągnęły ich jakieś bagna. O ile w ogóle by na nie dotarli. O znalezieniu jakiegokolwiek stworzenia nie wspominając. Co więc tam robili? Katalogowali, przewracali kolejne stronnice i po prostu ją irytowali. Na wspomnienie o tym, że powinno się kraść, zmarszczyła nieco nosek, lecz grymas ten postanowiła ukryć za winem. Nie było to najlepsze wino, jakie piła, ale też nie było najgorsze. No i było darmowe, z dobroci serca, a takie było najlepsze. - Niby tak, ale to nie w porządku. To znaczy wiesz... Jak złodziej złodzieja okradnie, to chyba trochę inaczej.
Chyba. Ona nie lubiła złodziei, bo przecież skąd mogli wiedzieć, czy akurat ten jeden jedyny przedstawiciel Ministerstwa nie robił wszystkiego co w jego mocy, żeby polepszyć innym życie? Chciała jeszcze coś dodać, ale Woody już poszedł.
- Ja? Popilnować? - zapytała samą siebie, dla pewności rozglądając się, czy nikomu nagle nie przyjdzie do głowy, żeby do niej podejść. Niby co miałaby zrobić? Wiedziała, że wódkę lało się do kieliszków, a piwo do kufli, ale ile co kosztowało? I na Merlina, a jak ktoś będzie chciał go okraść teraz? Jak ona złapie za rękę, to na pewno jej nie złamie. Trzepnąć to trzepnie, wiadomo, ale nie była co do tego pomysłu przekonana.
Siedziała więc jak trusia, strzelając oczami na prawo i lewo, ale nie mogła powstrzymać się od tego, by nie kierować wzroku w scenę, która rozgrywała się na jej oczach. Widząc wyciągniętą różdżkę aż wciągnęła ze świstem powietrze. Chciała się odwrócić, zachowywać jak inni, z taką samą nonszalancją, ale nie potrafiła. Jej szeroko otwarte oczy obserwowały wszystko z mieszaniną strachu i być może podziwu, bo przecież Woody tak naprawdę nie złamał nic nikomu. Pogroził różdżką, pomachał nią i strzelił w łapska jak mugolską linijką w szkole, a potem po prostu kazał kolesiowi wypierdalać. Ach, brutalnie dotarło do niej, że jednak aparycja była niezwykle ważnym czynnikiem w kontaktach międzyludzkich. Gdyby ona coś takiego zrobiła, to wyśmialiby ją i śmialiby się pewnie tak długo, dopóki nie rozwaliłaby któremuś z nich nosa. Odchrząknęła, widząc że mężczyzna wraca za kontuar, i upiła kolejny łyk darmoszki. A potem zerknęła na fanty, które podsunął jej Woody. Nieco zaskoczona wyciągnęła rękę po sakiewkę.
- To moja. Widzisz? Ma tutaj taką łatkę, naszyłam ją po tym, jak szarpałam się z lichem i przeciął mi kieszeń kolcem - powiedziała, wskazując palcem na krzywo naszytą łatę. - Dlaczego jesteś dla mnie taki miły?
Zapytała podejrzliwie, nie ośmielając się jeszcze brać sakiewki. Zachowywał się trochę jak dobry wujek, ale postawa, którą prezentował przed chwilą, była zupełnie inna. Jakby miał dwie osobowości.