31.12.2024, 18:34 ✶
Faye zastanowiła się, zawieszając wzrok na chwilę na piórze i pergaminie. Czy byłaby w stanie odtworzyć tę drogę? Znała Knieję, lecz nie jak własną kieszeń. Miała dobrą pamięć, lecz może... Uniosła głowę, by wlepić spojrzenie w mężczyznę. W jej oczach czaił się strach, którego przed chwilą nie było.
- Nie chcę tam wracać - szepnęła cicho, blednąc odrobinę. Mocniej zacisnęła dłonie na blacie stolika. - Tam było okropnie, nic dziwnego, że zamknęliście Knieję. Ja... Wiem, że chcecie wiedzieć, gdzie są te kamienie, ale proszę, Hugo, ja naprawdę nie chcę tego znowu przeżywać. Może... Może ja wam to narysuję? Albo zobaczycie drogę w moich wspomnieniach. Nie każ mi tam wracać, tam czają się te stworzenia.
Na samo wspomnienie o tych pokracznych stworach poczuła przejmujące zimno i machinalnie oplotła się ramionami.
- Tam jest niebezpiecznie, nie chcę tam wracać - powtórzyła, ignorując z początku pytanie o swoją wiarę. Nie znała na nie odpowiedzi i nie wiedziała, co miałaby mu powiedzieć. Nie była filozofem, nie była też kapłanką. Wierzyła w to, co widziała. - Wierzę że Matka nad nami czuwa. Nie da się zaprzeczyć jej istnieniu.
Odpowiedziała zgodnie z prawdą, ciaśniej oplatając swoje ramiona dłońmi. Na wieść o tym, że wspomnienia byłyby bezcenne, na twarzy Faye na moment odmalowała się ulga. To nie było do niej podobne, żeby się bała - a jednak ten pierwotny lęk został z niej wydarty niemalże siłą. To wszystko stało się jeszcze dzisiaj, wspomnienia były cholernie świeże, a wrażenie, jakie pozostawiły widma, wciąż odbijało się na jej psychice i ciele. Kiwnęła głową na znak, że poczeka. Nie zamierzała nigdzie uciekać. Obawa o to, czy o cokolwiek ją oskarżą, odeszła w niepamięć, lecz na jej miejsce wskoczyła nowa.
Co, jeżeli każą jej tam wracać? Czy dadzą radę tym dziwnym stworzeniom? Czymkolwiek one były. W ludzkiej postaci była tam tylko przez chwilę, lecz w obu swoich postaciach czuła tę rozpacz, ten chłód i smutek. Nie chciała tego przeżywać po raz kolejny. Jedno było pewne: dobrowolnie do Kniei Godryka nie wróci, o to mogli być spokojni.
Gdy Hugo wrócił, Faye wcale nie wydawała się spokojniejsza, lecz nie zachowywała się tak, jakby jej było zimno. Nie obejmowała się już rękoma, nie skubała już skórek wokół paznokci. Kropelka krwi zaschła, nie niepokojona przez nikogo. Na widok mężczyzny kobieta nawet zdobyła się na lekki uśmiech.
- Tak, dziękuję - słodziła i to całkiem sporo. Lubiła cukier w różnej postaci, chociaż wiele osób uważało to za potwarz i splunięcie w twarz tradycji. Może Hugo też tak uważał, gdy Faye wsypała do herbaty aż dwie czubate łyżeczki białej śmierci? - Dzień dobry. Chyba.
Dodała nerwowo, wyciągając dłoń w kierunku rysownika. Na moment zamilkła, pozwalając mu się rozłożyć, samej otulając filiżankę dłońmi. Zamknęła oczy, jakby chciała sobie lepiej przypomnieć to, co zaszło kilka godzin wcześniej.
- Nie jestem pewna, czy to byli mugole czy czarodzieje. Było ich kilku, chyba piątka, ale wszystko wydaje mi się zamazane. Jedna kobieta stała najbliżej i krzyczała. Była niska, trochę pulchna. Miała mały, okrągły nos i oczy blisko siebie. Widziałam jej czerwone policzki i burzę blond loków. Miała sukienkę... Albo garsonkę? Była ubrana w kwiatki. Obok niej był mężczyzna, który starał się ją zasłonić. Wysoki, dużo wyższy ode mnie. Szczupły bardzo, miał trochę siwych włosów. Wyróżniały się na tle czerni - mówiła powoli, bardzo dokładnie akcentując każde słowo. Jej oczy latały pod powiekami z prawa na lewo, gdy szukała w pamięci szczegółów, które mogłyby się przydać komukolwiek. - Był ubrany po mugolsku. Jakieś brązowe spodnie, koszulka... Chyba biała. Albo żółta? Kojarzę go, często rozmawia na bazarku z moją ulubioną sprzedawczynią. Nie wiem jak się nazywa, ale ma niski głos, trochę chrypiący. Jakby dużo palił. I wąsy, też siwe. Miał na sobie kapelusz. Reszta... To jakieś plamy.
Zamilkła na chwilę, zaciskając mocniej palce na herbacie. Próbowała sobie przypomnieć jakiś szczegół, jakikolwiek. Pieprzyki na twarzy, jakieś elementy typu marynarka, laska, może kolor butów - ale to na nic. Zrezygnowana otworzyła oczy i spojrzała przepraszająco na rysownika, a potem Brygadzistę.
- Oni stali najbliżej - zrobiła przerwę na upicie dużego łyku herbaty. - Ale ten chłopak, co mi pomógł... Jest animagiem, wiem bo na moich oczach w kręgu zmienił się w niedźwiedzia. Młody, taki średniego wzrostu. Duże zielone oczy, ciemne włosy, krótkie. Ma dwa pieprzyki pod oczami. I miał taki dziwny akcent... Twardy taki. Chyba nie jest stąd, chociaż mówił płynnie po angielsku. Powiedział, że ma na imię Nikolai. To chyba nie jest angielskie imię?
Zwróciła się do brygadzisty, bo sama nie chciała wysnuwać żadnych pochopnych wniosków. Ale pachniał jej kimś ze wschodu.
- Nie chcę tam wracać - szepnęła cicho, blednąc odrobinę. Mocniej zacisnęła dłonie na blacie stolika. - Tam było okropnie, nic dziwnego, że zamknęliście Knieję. Ja... Wiem, że chcecie wiedzieć, gdzie są te kamienie, ale proszę, Hugo, ja naprawdę nie chcę tego znowu przeżywać. Może... Może ja wam to narysuję? Albo zobaczycie drogę w moich wspomnieniach. Nie każ mi tam wracać, tam czają się te stworzenia.
Na samo wspomnienie o tych pokracznych stworach poczuła przejmujące zimno i machinalnie oplotła się ramionami.
- Tam jest niebezpiecznie, nie chcę tam wracać - powtórzyła, ignorując z początku pytanie o swoją wiarę. Nie znała na nie odpowiedzi i nie wiedziała, co miałaby mu powiedzieć. Nie była filozofem, nie była też kapłanką. Wierzyła w to, co widziała. - Wierzę że Matka nad nami czuwa. Nie da się zaprzeczyć jej istnieniu.
Odpowiedziała zgodnie z prawdą, ciaśniej oplatając swoje ramiona dłońmi. Na wieść o tym, że wspomnienia byłyby bezcenne, na twarzy Faye na moment odmalowała się ulga. To nie było do niej podobne, żeby się bała - a jednak ten pierwotny lęk został z niej wydarty niemalże siłą. To wszystko stało się jeszcze dzisiaj, wspomnienia były cholernie świeże, a wrażenie, jakie pozostawiły widma, wciąż odbijało się na jej psychice i ciele. Kiwnęła głową na znak, że poczeka. Nie zamierzała nigdzie uciekać. Obawa o to, czy o cokolwiek ją oskarżą, odeszła w niepamięć, lecz na jej miejsce wskoczyła nowa.
Co, jeżeli każą jej tam wracać? Czy dadzą radę tym dziwnym stworzeniom? Czymkolwiek one były. W ludzkiej postaci była tam tylko przez chwilę, lecz w obu swoich postaciach czuła tę rozpacz, ten chłód i smutek. Nie chciała tego przeżywać po raz kolejny. Jedno było pewne: dobrowolnie do Kniei Godryka nie wróci, o to mogli być spokojni.
Gdy Hugo wrócił, Faye wcale nie wydawała się spokojniejsza, lecz nie zachowywała się tak, jakby jej było zimno. Nie obejmowała się już rękoma, nie skubała już skórek wokół paznokci. Kropelka krwi zaschła, nie niepokojona przez nikogo. Na widok mężczyzny kobieta nawet zdobyła się na lekki uśmiech.
- Tak, dziękuję - słodziła i to całkiem sporo. Lubiła cukier w różnej postaci, chociaż wiele osób uważało to za potwarz i splunięcie w twarz tradycji. Może Hugo też tak uważał, gdy Faye wsypała do herbaty aż dwie czubate łyżeczki białej śmierci? - Dzień dobry. Chyba.
Dodała nerwowo, wyciągając dłoń w kierunku rysownika. Na moment zamilkła, pozwalając mu się rozłożyć, samej otulając filiżankę dłońmi. Zamknęła oczy, jakby chciała sobie lepiej przypomnieć to, co zaszło kilka godzin wcześniej.
- Nie jestem pewna, czy to byli mugole czy czarodzieje. Było ich kilku, chyba piątka, ale wszystko wydaje mi się zamazane. Jedna kobieta stała najbliżej i krzyczała. Była niska, trochę pulchna. Miała mały, okrągły nos i oczy blisko siebie. Widziałam jej czerwone policzki i burzę blond loków. Miała sukienkę... Albo garsonkę? Była ubrana w kwiatki. Obok niej był mężczyzna, który starał się ją zasłonić. Wysoki, dużo wyższy ode mnie. Szczupły bardzo, miał trochę siwych włosów. Wyróżniały się na tle czerni - mówiła powoli, bardzo dokładnie akcentując każde słowo. Jej oczy latały pod powiekami z prawa na lewo, gdy szukała w pamięci szczegółów, które mogłyby się przydać komukolwiek. - Był ubrany po mugolsku. Jakieś brązowe spodnie, koszulka... Chyba biała. Albo żółta? Kojarzę go, często rozmawia na bazarku z moją ulubioną sprzedawczynią. Nie wiem jak się nazywa, ale ma niski głos, trochę chrypiący. Jakby dużo palił. I wąsy, też siwe. Miał na sobie kapelusz. Reszta... To jakieś plamy.
Zamilkła na chwilę, zaciskając mocniej palce na herbacie. Próbowała sobie przypomnieć jakiś szczegół, jakikolwiek. Pieprzyki na twarzy, jakieś elementy typu marynarka, laska, może kolor butów - ale to na nic. Zrezygnowana otworzyła oczy i spojrzała przepraszająco na rysownika, a potem Brygadzistę.
- Oni stali najbliżej - zrobiła przerwę na upicie dużego łyku herbaty. - Ale ten chłopak, co mi pomógł... Jest animagiem, wiem bo na moich oczach w kręgu zmienił się w niedźwiedzia. Młody, taki średniego wzrostu. Duże zielone oczy, ciemne włosy, krótkie. Ma dwa pieprzyki pod oczami. I miał taki dziwny akcent... Twardy taki. Chyba nie jest stąd, chociaż mówił płynnie po angielsku. Powiedział, że ma na imię Nikolai. To chyba nie jest angielskie imię?
Zwróciła się do brygadzisty, bo sama nie chciała wysnuwać żadnych pochopnych wniosków. Ale pachniał jej kimś ze wschodu.