31.12.2024, 22:32 ✶
Popularność Borginowej bandy o zdecydowanie zawyżonym mniemaniu o sobie nie raz sprawiła, że Slytherin spadł z pierwszego miejsca, tracąc szmaragdy w wielkiej klepsydrze. Byli prawdziwym utrapieniem Victorii pod tym względem, która jako prefekt, wypruwa sobie flaki, żeby piękne barwy domu Salazara Slytherina zawsze były tymi dominującymi. Cyna pomagała jej na tyle, ile mogła — nauka jej zupełnie nie przeszkadzała, ba, godzinami siedziała w książkach, co uważała za znacznie ciekawsze i przydatniejsze, niż latanie na miotle. Gdy były treningi szklone lub mecze, miała dla siebie cały pokój wspólny lub bibliotekę, leniwie skwierczący ogień w kominku i dobrą, mocną kawę. Wiedziała, czego chciała odkąd, tylko skończyła siedem lub osiem lat, praktycznie znajdując swoją ścieżkę chwile po tym, jak zmarła jej matka. I tak się jej trzymała, konsekwentnie i uparcie, nie pozwalając sobie na obranie innego kursu, na chwilę wątpliwości. Głupi podlotek nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo samej sobie zrobiła krzywdę, odbierając słodycz i dziecięcą niewinność na rzecz powagi i odpowiedzialności.
Słyszała o tym, że szaleli. Tak robili chyba wszyscy chłopcy w ich wieku, ciągle pojawiały się nowe plotki lub widziano ich z kolejną dziewczyną. Atreus i Louvain wykorzystywali swoją popularność z drużyny i nawet się z tym nie kryli, co Cynthii wydawało się niedorzeczne. Zazdrościła tym wszystkim dziewczynom, które przelatywały przez ich dłonie? Wcale. Bo była lepsza od nich, nie była łatwa i już na pewno nie chciała być częścią jakichś niedorzecznych statystyk lub rankingów. Trzeba jednak było im oddać, całej czwórce i nawet przyjacielowi Fergusa, którego z nimi czasem widywała, że nie byli brzydcy. Łatwo było się gapić, a oni po prostu umieli to wykorzystać.
To nie była jej bajka, to nie była jej sprawa. Ich towarzystwo nie było niczym dobrym.
I z taką myślą, po tym, jak uratowała klepsydrę ich domu - nie Stanleya oczywiście - usiadła, wracając do swojej książki. A te miała naprawdę ciekawe, ojciec spełniał jej zachcianki i przywoził jej rozmaite dzieła ze swoich podróży, najczęściej ze Stanów Zjednoczonych, gdzie metody nauczania i przerabiany materiał był całkiem inny. Dobrze, że się nie odezwała, nawet jeśli głębokie westchnienie uciekło spomiędzy jej ust, gdy ich spojrzenia się skrzyżowały. Jej palce zacisnęły się na stronach, gdy uszu dobiegł głos. Wyprostowała głowę i odwróciła twarz w jego stronę, nieco zaskoczona. Czy oni w ogóle kiedyś rozmawiali dłużej niż minutę i o czymś innym, niż prace domowe?
- Podręcznik nauczania magii leczniczej z Ilvermorny z zastosowaniem praktycznym alchemii. - odpowiedziała całkiem miło, czym sama była zaskoczona, bo inaczej sobie wyobrażała, że zabrzmi. Uniosła księgę z kolan i pokazała mu granatową okładkę z miękkiej skóry, na której widniały tłoczone litery w srebrnym kolorze. Gdy zaproponował pomoc, poczuła, jak subtelnie się rumieni, więc spojrzała znów na podręcznik, zrywając z nim kontakt wzrokowy. Owszem, zdawała sobie sprawę, że w przeciwieństwie do niej, był naprawdę dobry z magii praktycznej i bojowej. Nigdy nie była fanką pojedynków, wolała zajęcia wymagające delikatności i talentu manualnego, jak eliksiry, zielarstwo czy właśnie uzdrawianie. Przytaknęła jednak, a proste, sięgające końca pleców włosy, zakołysały się leniwie, spływając jej do przodu i przysłaniając drobną, odrobinę bladą buzię o różanych obecnie policzkach. Cholerny Borgin i jego cholerne, ciemne włosy. - Dziękuje, to bardzo miłe z Twojej strony. - odpowiedziała w końcu, unosząc dłoń i odgarniając włosy za ucho, aby na niego zerknąć. Była przede wszystkim damą, dobrą dziewczyną. W jasnoniebieskich oczach pojawiło się zaciekawienie. - Jeśli potrzebowałbyś pomocy z uzdrawiania lub eliksirów, to mogę też Ci pomóc. - zaproponowała, nie chcąc pozostać mu dłużną. Tak było grzecznie, tak należało zrobić. Brenna mówiła, że nigdy nie można było odrzucić pomocnej dłoni. Przymknęła książkę, kładąc ją luźno na nogach, przysłaniając tym samym odsłonięte kolana i oparła się o nią rękoma, odwracając odrobinę w jego stronę. - Wyglądałeś na poirytowanego. - zauważyła, nie chcąc być jednak wścibską, więc dodała zaraz z odrobiną zakłopotania w głosie. - To nie moja sprawa, ale są lepsze sposoby na nerwy, niż papierosy. Dostałbyś szlaban. Słyszałeś, o cukierkach z melisy i hibiskusa?
Opuściła dłonie, próbując sięgnąć do kieszeni, które miała wszyte w spódnicy. Grzebała tam chwilę w zamyśleniu, a potem wysunęła dłoń w jego stronę, otwierając ją i pokazując ziołową słodycz w jasnozielonym papierku. Nie odezwała się już, podnosząc jedynie na niego wzrok.
Słyszała o tym, że szaleli. Tak robili chyba wszyscy chłopcy w ich wieku, ciągle pojawiały się nowe plotki lub widziano ich z kolejną dziewczyną. Atreus i Louvain wykorzystywali swoją popularność z drużyny i nawet się z tym nie kryli, co Cynthii wydawało się niedorzeczne. Zazdrościła tym wszystkim dziewczynom, które przelatywały przez ich dłonie? Wcale. Bo była lepsza od nich, nie była łatwa i już na pewno nie chciała być częścią jakichś niedorzecznych statystyk lub rankingów. Trzeba jednak było im oddać, całej czwórce i nawet przyjacielowi Fergusa, którego z nimi czasem widywała, że nie byli brzydcy. Łatwo było się gapić, a oni po prostu umieli to wykorzystać.
To nie była jej bajka, to nie była jej sprawa. Ich towarzystwo nie było niczym dobrym.
I z taką myślą, po tym, jak uratowała klepsydrę ich domu - nie Stanleya oczywiście - usiadła, wracając do swojej książki. A te miała naprawdę ciekawe, ojciec spełniał jej zachcianki i przywoził jej rozmaite dzieła ze swoich podróży, najczęściej ze Stanów Zjednoczonych, gdzie metody nauczania i przerabiany materiał był całkiem inny. Dobrze, że się nie odezwała, nawet jeśli głębokie westchnienie uciekło spomiędzy jej ust, gdy ich spojrzenia się skrzyżowały. Jej palce zacisnęły się na stronach, gdy uszu dobiegł głos. Wyprostowała głowę i odwróciła twarz w jego stronę, nieco zaskoczona. Czy oni w ogóle kiedyś rozmawiali dłużej niż minutę i o czymś innym, niż prace domowe?
- Podręcznik nauczania magii leczniczej z Ilvermorny z zastosowaniem praktycznym alchemii. - odpowiedziała całkiem miło, czym sama była zaskoczona, bo inaczej sobie wyobrażała, że zabrzmi. Uniosła księgę z kolan i pokazała mu granatową okładkę z miękkiej skóry, na której widniały tłoczone litery w srebrnym kolorze. Gdy zaproponował pomoc, poczuła, jak subtelnie się rumieni, więc spojrzała znów na podręcznik, zrywając z nim kontakt wzrokowy. Owszem, zdawała sobie sprawę, że w przeciwieństwie do niej, był naprawdę dobry z magii praktycznej i bojowej. Nigdy nie była fanką pojedynków, wolała zajęcia wymagające delikatności i talentu manualnego, jak eliksiry, zielarstwo czy właśnie uzdrawianie. Przytaknęła jednak, a proste, sięgające końca pleców włosy, zakołysały się leniwie, spływając jej do przodu i przysłaniając drobną, odrobinę bladą buzię o różanych obecnie policzkach. Cholerny Borgin i jego cholerne, ciemne włosy. - Dziękuje, to bardzo miłe z Twojej strony. - odpowiedziała w końcu, unosząc dłoń i odgarniając włosy za ucho, aby na niego zerknąć. Była przede wszystkim damą, dobrą dziewczyną. W jasnoniebieskich oczach pojawiło się zaciekawienie. - Jeśli potrzebowałbyś pomocy z uzdrawiania lub eliksirów, to mogę też Ci pomóc. - zaproponowała, nie chcąc pozostać mu dłużną. Tak było grzecznie, tak należało zrobić. Brenna mówiła, że nigdy nie można było odrzucić pomocnej dłoni. Przymknęła książkę, kładąc ją luźno na nogach, przysłaniając tym samym odsłonięte kolana i oparła się o nią rękoma, odwracając odrobinę w jego stronę. - Wyglądałeś na poirytowanego. - zauważyła, nie chcąc być jednak wścibską, więc dodała zaraz z odrobiną zakłopotania w głosie. - To nie moja sprawa, ale są lepsze sposoby na nerwy, niż papierosy. Dostałbyś szlaban. Słyszałeś, o cukierkach z melisy i hibiskusa?
Opuściła dłonie, próbując sięgnąć do kieszeni, które miała wszyte w spódnicy. Grzebała tam chwilę w zamyśleniu, a potem wysunęła dłoń w jego stronę, otwierając ją i pokazując ziołową słodycz w jasnozielonym papierku. Nie odezwała się już, podnosząc jedynie na niego wzrok.