02.01.2025, 02:33 ✶
Jutro w istocie miało być lepsze. Tak jak następne godziny, dni, tygodnie, miesiące. Nigdy nie sądził, że powiedziałby to o sobie u czyjegoś boku czy czyimś u jego, ale nagle nie czuł się w żaden sposób źle z tym, aby patrzeć na to w kontekście lat. Nie czegoś jednorazowego, nie krótkotrwałej miłostki pozbawionej wszelkich głębszych uczuć i realnych emocji. Nie.
Jakkolwiek nie zapierałby się przed tym, twierdząc, że go to nie dotyczy, bo przecież miał już bardzo zwarty i ugruntowany plan na przyszłość, teraz nagle to nie było już takie zero jedynkowe. Tak właściwie to nie mógł o tym myśleć w ten sposób już od wielu miesięcy. I może w tym tkwiło sedno sprawy?
W macerowaniu się w wewnętrznej świadomości tego, ile się zmieniło, odkąd zostali swoimi przyjaciółmi. Od kiedy całkowity przypadek pchnął ich ku sobie tamtego wieczoru, później kolejnego podczas zimowego balu, następnie w znacznie cięższej, bardziej parszywej scenerii. Wielokrotnie na przestrzeni wielu miesięcy, podczas których mogli się poznać od niejednej strony.
To było dziwne i zaskakujące, zupełnie nieprzewidziane. To, co narodziło się między nimi i to, ile potrzebowali, aby znaleźć się w tym momencie życia. Teraz, gdy tak właściwie nie było już tak wiele stron, których by u siebie nawzajem nie dostrzegali. Dobrych, złych, średnich, wyśmienitych. Pozytywnych i negatywnych. Tych, które ich łączyły, ale także tych, które swego czasu były w stanie poróżnić ich ze sobą niemalże do szaleństwa.
Cokolwiek było między nimi, nigdy nie dało się zamknąć w zwyczajnych ramach. To nie było zauroczenie - tego mógł być pewien, będąc w stanie poręczyć za to głową, szczególnie że przez ostatnie miesiące i tak czuł się, jakby ją tracił, miotając się w ich niewłaściwym układzie.
To nie tak, że nie mogli być przyjaciółmi. Nie sądził, aby ten element miał ulec jakiejś horrendalnej zmianie. Zwłaszcza, że im dłużej spędzali ze sobą czas jako para (tym razem już właściwie) tym bardziej dało się dostrzec, że od samego początku wcale nie zachowywali się jak całkowicie platoniczni bliscy znajomi. Od samego początku było w tym stanowczo zbyt dużo ukrytych intencji, wieloznacznych gestów, niewypowiedzianych lub zawoalowanych słów.
Niewiele mylił się wtedy, gdy wydawało mu się, że leżenie na płaszczu na trawie z głową na kolanach przyjaciółki, jej palce ostrożnie wplątane w jego włosy, dłoń błądząca po policzku, wzrok uciekający w każdą inną stronę tylko nie na jego oczy... ...to nie było niewinne zaszycie się, by w spokoju popijać alkohol, rozmawiając o wszystkim i niczym, dobrze się bawiąc i tylko przypadkiem dochodząc do wniosku, że wygodnym wyjściem byłoby towarzyszenie sobie nawzajem na kilku następnych przyjęciach.
Zadziwiające, co niepewność i wewnętrzne obawy potrafiły robić z dorosłymi, pozornie poważnymi ludźmi. Jak bardzo niedomówienia i pokrętne interpretację mogły mieszać w życiu, oddalając coś, co było tuż obok, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Na dotyk splecionych palców, w zasięgu wzroku, miękkiego, cholernie szczęśliwego uśmiechu.
Tak, jasne. Być może teraz też wcale nie zachowywali się znacznie bardziej dojrzale, ale w tym momencie miał to głęboko gdzieś. Kiedy wreszcie udało im się opuścić mieszkanie, choć z pewnymi całkiem uzasadnionymi oporami, mury wcale nie wróciły. Nie było dystansu. Nie potrzebowali kryć się z niczym, co ich łączyło. Czymkolwiek to było, bowiem w tej chwili...
...chyba jeszcze nie mógł nazwać tego w ten sposób. Nie miał oporów, aby przyznać, że czuł się przy niej tak właściwie jak tylko mógł się czuć. Że nie spodziewał się, że przy kimkolwiek będzie zachowywać się w taki sposób, w który przy Geraldine robił to niemal bezwiednie, całkowicie instynktownie. Był zakochany, może nawet lekko ogłupiony tym stanem, poniekąd odkrywając to, na co zazwyczaj prześmiewczo machał ręką.
W zaledwie kilka godzin zrobili naprawdę gigantyczny krok w kierunku czegoś, co niektórzy osiągali po co najmniej kilku tygodniach, choć czy aby na pewno? Jednocześnie zajęło im to parę miesięcy. Dzień w dzień. Noc w noc. Wiele godzin wolnego czasu spędzonego razem. Kwiaty na urodziny i bez okazji. Niezobowiązujące spotkania poza domem, które chyba tylko dla kogoś desperacko zachowawczego (o ironio) nie byłyby randkami. Nie, przyjaciele nie zachowywali się w ten sposób.
Wszystko było łatwiejsze, gdy zrzucili okowy wymuszonego statusu. Niemal synchronicznie przeskakując kilka poziomów wyżej. Nie jeden, nie dwa. To było coś więcej. A teraz spędzali ze sobą pierwszy nie do końca weekend w samym środku majowego tygodnia. Poza sezonem, co gwarantowało im ciszę i spokój. Niezliczone możliwości spędzania czasu we dwoje.
Teleportując się w miejsce, które wydawało mu się najlepszą opcją po tamtej rozmowie na plaży, nie puścił dłoni Geraldine nawet po tym, gdy stanęli na piasku. Zamiast tego wolną dłonią zatoczył półokrąg, uśmiechając się przy tym z satysfakcją. Było równie ładnie jak zapamiętał z dawnych wypadów.
Tyle tylko, że teraz był tu ze swoją dziewczyną, nie z kumplami. A to czyniło to miejsce znacznie bardziej atrakcyjnym. Wraz z tym zachodem słońca, spokojną wodą i zadziwiająco ciepłym klimatem, nawet mimo słonej bryzy zawierającej od strony Morza Północnego.
Spodziewał się tego pytania, choć nie spieszył się z odpowiedzią.
- Whitby. Północno-wschodnia Anglia, North Yorkshire - był wyjątkowo informatywny, choć bez wątpienia było w tym coś zabawnego, o czym obecnie nawet się nie zająknął, spoglądając na Yaxleyównę z cwanym uśmiechem. - Najbliżej nam chyba do Newcastle, jakoś podobnie do Leeds, tylko w innym kierunku - wyjaśnił pokrótce, ale już bardziej obrazowo, aby nakreślić jakoś rejon, w którym się znajdowali. - Choć tak właściwie to Whitby jest pierwszym sensownym miasteczkiem, pod które podlegają te rejony. W innym wypadku mówimy o Hawsker... ...Hawsker-cum-Stainsacre - tak, to była ta pięknie niepoważna nazwa, wisienka na torcie dzisiejszych planów.
A mieli ich przecież całkiem wiele.
Jakkolwiek nie zapierałby się przed tym, twierdząc, że go to nie dotyczy, bo przecież miał już bardzo zwarty i ugruntowany plan na przyszłość, teraz nagle to nie było już takie zero jedynkowe. Tak właściwie to nie mógł o tym myśleć w ten sposób już od wielu miesięcy. I może w tym tkwiło sedno sprawy?
W macerowaniu się w wewnętrznej świadomości tego, ile się zmieniło, odkąd zostali swoimi przyjaciółmi. Od kiedy całkowity przypadek pchnął ich ku sobie tamtego wieczoru, później kolejnego podczas zimowego balu, następnie w znacznie cięższej, bardziej parszywej scenerii. Wielokrotnie na przestrzeni wielu miesięcy, podczas których mogli się poznać od niejednej strony.
To było dziwne i zaskakujące, zupełnie nieprzewidziane. To, co narodziło się między nimi i to, ile potrzebowali, aby znaleźć się w tym momencie życia. Teraz, gdy tak właściwie nie było już tak wiele stron, których by u siebie nawzajem nie dostrzegali. Dobrych, złych, średnich, wyśmienitych. Pozytywnych i negatywnych. Tych, które ich łączyły, ale także tych, które swego czasu były w stanie poróżnić ich ze sobą niemalże do szaleństwa.
Cokolwiek było między nimi, nigdy nie dało się zamknąć w zwyczajnych ramach. To nie było zauroczenie - tego mógł być pewien, będąc w stanie poręczyć za to głową, szczególnie że przez ostatnie miesiące i tak czuł się, jakby ją tracił, miotając się w ich niewłaściwym układzie.
To nie tak, że nie mogli być przyjaciółmi. Nie sądził, aby ten element miał ulec jakiejś horrendalnej zmianie. Zwłaszcza, że im dłużej spędzali ze sobą czas jako para (tym razem już właściwie) tym bardziej dało się dostrzec, że od samego początku wcale nie zachowywali się jak całkowicie platoniczni bliscy znajomi. Od samego początku było w tym stanowczo zbyt dużo ukrytych intencji, wieloznacznych gestów, niewypowiedzianych lub zawoalowanych słów.
Niewiele mylił się wtedy, gdy wydawało mu się, że leżenie na płaszczu na trawie z głową na kolanach przyjaciółki, jej palce ostrożnie wplątane w jego włosy, dłoń błądząca po policzku, wzrok uciekający w każdą inną stronę tylko nie na jego oczy... ...to nie było niewinne zaszycie się, by w spokoju popijać alkohol, rozmawiając o wszystkim i niczym, dobrze się bawiąc i tylko przypadkiem dochodząc do wniosku, że wygodnym wyjściem byłoby towarzyszenie sobie nawzajem na kilku następnych przyjęciach.
Zadziwiające, co niepewność i wewnętrzne obawy potrafiły robić z dorosłymi, pozornie poważnymi ludźmi. Jak bardzo niedomówienia i pokrętne interpretację mogły mieszać w życiu, oddalając coś, co było tuż obok, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Na dotyk splecionych palców, w zasięgu wzroku, miękkiego, cholernie szczęśliwego uśmiechu.
Tak, jasne. Być może teraz też wcale nie zachowywali się znacznie bardziej dojrzale, ale w tym momencie miał to głęboko gdzieś. Kiedy wreszcie udało im się opuścić mieszkanie, choć z pewnymi całkiem uzasadnionymi oporami, mury wcale nie wróciły. Nie było dystansu. Nie potrzebowali kryć się z niczym, co ich łączyło. Czymkolwiek to było, bowiem w tej chwili...
...chyba jeszcze nie mógł nazwać tego w ten sposób. Nie miał oporów, aby przyznać, że czuł się przy niej tak właściwie jak tylko mógł się czuć. Że nie spodziewał się, że przy kimkolwiek będzie zachowywać się w taki sposób, w który przy Geraldine robił to niemal bezwiednie, całkowicie instynktownie. Był zakochany, może nawet lekko ogłupiony tym stanem, poniekąd odkrywając to, na co zazwyczaj prześmiewczo machał ręką.
W zaledwie kilka godzin zrobili naprawdę gigantyczny krok w kierunku czegoś, co niektórzy osiągali po co najmniej kilku tygodniach, choć czy aby na pewno? Jednocześnie zajęło im to parę miesięcy. Dzień w dzień. Noc w noc. Wiele godzin wolnego czasu spędzonego razem. Kwiaty na urodziny i bez okazji. Niezobowiązujące spotkania poza domem, które chyba tylko dla kogoś desperacko zachowawczego (o ironio) nie byłyby randkami. Nie, przyjaciele nie zachowywali się w ten sposób.
Wszystko było łatwiejsze, gdy zrzucili okowy wymuszonego statusu. Niemal synchronicznie przeskakując kilka poziomów wyżej. Nie jeden, nie dwa. To było coś więcej. A teraz spędzali ze sobą pierwszy nie do końca weekend w samym środku majowego tygodnia. Poza sezonem, co gwarantowało im ciszę i spokój. Niezliczone możliwości spędzania czasu we dwoje.
Teleportując się w miejsce, które wydawało mu się najlepszą opcją po tamtej rozmowie na plaży, nie puścił dłoni Geraldine nawet po tym, gdy stanęli na piasku. Zamiast tego wolną dłonią zatoczył półokrąg, uśmiechając się przy tym z satysfakcją. Było równie ładnie jak zapamiętał z dawnych wypadów.
Tyle tylko, że teraz był tu ze swoją dziewczyną, nie z kumplami. A to czyniło to miejsce znacznie bardziej atrakcyjnym. Wraz z tym zachodem słońca, spokojną wodą i zadziwiająco ciepłym klimatem, nawet mimo słonej bryzy zawierającej od strony Morza Północnego.
Spodziewał się tego pytania, choć nie spieszył się z odpowiedzią.
- Whitby. Północno-wschodnia Anglia, North Yorkshire - był wyjątkowo informatywny, choć bez wątpienia było w tym coś zabawnego, o czym obecnie nawet się nie zająknął, spoglądając na Yaxleyównę z cwanym uśmiechem. - Najbliżej nam chyba do Newcastle, jakoś podobnie do Leeds, tylko w innym kierunku - wyjaśnił pokrótce, ale już bardziej obrazowo, aby nakreślić jakoś rejon, w którym się znajdowali. - Choć tak właściwie to Whitby jest pierwszym sensownym miasteczkiem, pod które podlegają te rejony. W innym wypadku mówimy o Hawsker... ...Hawsker-cum-Stainsacre - tak, to była ta pięknie niepoważna nazwa, wisienka na torcie dzisiejszych planów.
A mieli ich przecież całkiem wiele.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down