- Świecąca szyneczka? - Aż uniósł brewkę, uśmiechnięty pod nosem z tej wesołej wizji kawałka szynki, który zapodany na stół lśni w pełni swojej chwały. I wszyscy się z tego powodu cieszą, bo przecież tak ma być i nikomu przez makówkę nie przechodzi inna wersja wydarzeń. Tymczasem tutaj nie było żadnej radioaktywnej szynki, tylko kot, który patrzył na swoją panią bez cienia zażenowania na swojej mordzie, że właśnie był tak nazywany, mrucząc i mrużąc swoje oczy w kierunku Victorii, by pokazać jej pełną swoją miłość. Kiedy już ucałował ją w czoło to Kwiatuszek zaczął się wiercić, ale zamiast go puścić, po prostu wziął go na ręce. - Fajna kieca. - Objawienie boskie (a ta historia ma swój początek) - Sauriel lubił rzeczy czarne. Lubił też kobiety w jasnych kolorach, przy okazji niekoniecznie sam za nimi przepadał i je nosił, a mimo wszystko lubił. Ta sukienka miała jednak w sobie coś... coś... no coś w sobie miała. Sauriel znał się na modzie jak pawian na stokrotkach, ale nie potrzebował się na niej znać, żeby stwierdzić, że coś mu się podoba, albo nie. A to mu się podobało. Na Victorii. Pasowało do niej - z taką klasą.
- O nie, dzi... - pewnych rzeczy się nie mówi, dlatego to jedno strategiczne słowo bardzo gładko zmieniło się po tym wymsknięciu w - ęęękuję za popilnowanie kota. - Czy to zdanie miało w ogóle sens? Nie. Dlatego, żeby miało większy sens należało działać. - Łap. - I Sauriel rzucił Kwiatuszka do przodu. Nie tak, żeby wpadł na małą, leciutko, żeby wylądował na czterech łapach przed nią. Zadowolony kocur zamruczał i z uniesionym ogonem otarł się o nogi siostry Victorii. - Hej mała, często tutaj przychodzisz? - Uśmiechnął się szelmowsko. - Ay, dzieńdobry wieczór. - Czy coś. Z ciekawością spoglądał na małą - całkiem rezolutną najzwyczajniej, bo wcale się nie bała, stała na tych kilku schodkach... Nie było takiej rzeczywistości, w której Sauriel nie wyglądał podejrzanie, groźnie, szczególnie przy pierwszym spotkaniu, ale była rzeczywistość, w której nie starał się być złym typem spod ciemnej gwiazdy. Wręcz przeciwnie! Dokładnie tutaj był ten moment. Ściągnął ciężkie buciory, niemalże kopnął je pod ścianę i został w samych czarnych spodniach, koszuli i skórze. Standardowy outfit pana Rookwooda jak w jakiejś bajce dla dzieci, gdzie nikt się nigdy nie przebiera. On się przebierał, te koszule różniły się delikatnie krojem, kołnierzykami, niektóre miały jakieś obszycie, ale umówmy się - łapał to, co na niego pasowało i było w jego kolorze. Żadnego większego wyznacznik nie miał. Kiedy miało jakieś kolorowe nitki to traciło parę punktów. Te parę punktów zazwyczaj wystarczyło, żeby to odrzucić.
- O, to zajebista zabawa dla małej damy... Lualunalunaluunaaa! - Małe, psotliwe i nieporadne kocie, które miało aż za dużo energii i za dużo głupich pomysłów, wyglądało jak malowane w rękach małej dziewczynki. - Ale żal, że nie wziąłem aparatu. Wyglądałabyś, Kruszyno, genialnie z tym małym szczurem. - Przynajmniej w tym ustawieniu, w tym świetle, w tym... wszystkim. Takich rzeczy się nie dało powtórzyć! Takiego drugiego razu już nie będzie. Za to mógł być drugi raz podobny. Podobnie inscenizowany! Chociaż Sauriel niekoniecznie lubił robić zdjęcia ludziom. - Wyjeb podręcznik obrony przed czarną magią do kosza, wujek Sauriel cię lepiej nauczy.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.