03.01.2025, 16:17 ✶
Porozumienie między nimi nie wymagało w zasadzie słów. Nikt się nie dowie, nic się tu nie stało, cały wieczór grzecznie siedzieli pod progiem laboratorium i pili kompot.
Za kilka lat nie będzie już tak zgodnie. Jak na Longbottomów przystało, będą startować z równych pozycji w konkursie na najświętszego męczennika. Staną do licytacji o to, czyje życie najlepiej będzie poświęcić w razie potrzeby (każdy oczywiście gotów zaoferować w pierwszej kolejności swoje własne). W Warowni chowali się bowiem sami najprzedniejsi kandydaci na ofiarę, na czele z Morpheusem, który od małego wróżoną miał śmierć. Doprawdy napawająca optymizmem zgraja.
Wujek może i sprawiał wrażenie, jakby zawsze wiedział, co zrobić, lecz tak naprawdę potrafił jedynie sprawnie improwizować kolejne kroki. Nie zawsze z zadowalającym skutkiem, bo od dumania nad konsekwencjami i trasami przyszłości był ten drugi brat. Clemens Longbottom specjalizował się w doraźnym gaszeniu pożarów, bez przydługiego dumania nad tym, jakie będą długofalowe skutki decyzji. Nie na wszystko były w końcu w tej pracy konkretne procedury, raczej dysponowali ogólnymi wytycznymi postępowania. A nawet jeśli już na coś były procedury, to… cóż, litera prawa nie jest świętością; trzeba być elastycznym.
Na namalowanie strzałki chociażby procedur nie było, a mogła się okazać rzeczywiście przydatna, na co Woody nie wpadł. Bo przecież mogli się stąd w każdej chwili deportować… prawda?
— Stąd nie ocenimy. — Czarodziej wzruszył ramionami i podszedł do ciała, nie opuszczając różdżki. — Przekonajmy się.
Nie patyczkował się z tym, bo choć oczywiście sprawa zgonu zawsze jest poważna, to nie było jego pierwsze rodeo (wręcz przeciwnie: jedno z ostatnich). Pierwsze, co zwróciło jego uwagę, to brak zapachu. Jako że jego interwencje ze zwłokami nie dotyczyły w większości morderstw, a wypadków bardziej przyziemnych — samotnych starszych ludzi, którzy od paru dni nie odbierali prenumeraty porannego Proroka — to spotkanie z trupem kojarzył przede wszystkim ze smrodem kilkudniowego rozkładu. Ten tutaj musiał być świeży.
Detektyw przykucnął i obrócił człowieka na plecy. Choć bezwładna twarz szczupłego staruszka, która się im ukazała, była nienaturalnie blada, brakowało oznak tężenia tkanek. Woody sprawdził puls w szyi, szukał go dłuższą chwilę uparcie, po czym pokręcił głową.
— Nic.
Od razu pomyślał o samobójstwie. Rozbili doktorkowi szajkę, wszystko skończone. Nie byłby pierwszym, dla którego lepiej wyglądała śmierć niż Azkaban. Samobójstwo albo porachunki, tak, na pewno coś z tego. Raczej samobójstwo, nie było widać gołym okiem żadnych obrażeń na ciele, a na podłodze ani śladu różdżki, która powinna towarzyszyć pojedynkowi.
Longbottom szturchnął bezradnie starca, lecz równie dobrze mógłby szarpać szmacianą lalę. Trudno, sam tu już nic dalej nie będzie kombinował. Nie był przecież koronerem. Wstał i cmoknął wyraźnie niezadowolony z tak rozczarowującego rozwoju wypadków.
— Do tego to już trzeba od ręki ściągać z powrotem ekipę — zawyrokował, patrząc ku klapie prowadzącej na górę. — Będziesz mieć chwilę na niego oko czy pójdziesz puścić sowę?
Pewnie nie powinien zadawać tego pytania, tylko wyznaczyć jej kategorycznie rolę posłańca i samemu zostać przy zwłokach, ale… co tam było mówione o nieprzemyślanych decyzjach?
Za kilka lat nie będzie już tak zgodnie. Jak na Longbottomów przystało, będą startować z równych pozycji w konkursie na najświętszego męczennika. Staną do licytacji o to, czyje życie najlepiej będzie poświęcić w razie potrzeby (każdy oczywiście gotów zaoferować w pierwszej kolejności swoje własne). W Warowni chowali się bowiem sami najprzedniejsi kandydaci na ofiarę, na czele z Morpheusem, który od małego wróżoną miał śmierć. Doprawdy napawająca optymizmem zgraja.
Wujek może i sprawiał wrażenie, jakby zawsze wiedział, co zrobić, lecz tak naprawdę potrafił jedynie sprawnie improwizować kolejne kroki. Nie zawsze z zadowalającym skutkiem, bo od dumania nad konsekwencjami i trasami przyszłości był ten drugi brat. Clemens Longbottom specjalizował się w doraźnym gaszeniu pożarów, bez przydługiego dumania nad tym, jakie będą długofalowe skutki decyzji. Nie na wszystko były w końcu w tej pracy konkretne procedury, raczej dysponowali ogólnymi wytycznymi postępowania. A nawet jeśli już na coś były procedury, to… cóż, litera prawa nie jest świętością; trzeba być elastycznym.
Na namalowanie strzałki chociażby procedur nie było, a mogła się okazać rzeczywiście przydatna, na co Woody nie wpadł. Bo przecież mogli się stąd w każdej chwili deportować… prawda?
— Stąd nie ocenimy. — Czarodziej wzruszył ramionami i podszedł do ciała, nie opuszczając różdżki. — Przekonajmy się.
Nie patyczkował się z tym, bo choć oczywiście sprawa zgonu zawsze jest poważna, to nie było jego pierwsze rodeo (wręcz przeciwnie: jedno z ostatnich). Pierwsze, co zwróciło jego uwagę, to brak zapachu. Jako że jego interwencje ze zwłokami nie dotyczyły w większości morderstw, a wypadków bardziej przyziemnych — samotnych starszych ludzi, którzy od paru dni nie odbierali prenumeraty porannego Proroka — to spotkanie z trupem kojarzył przede wszystkim ze smrodem kilkudniowego rozkładu. Ten tutaj musiał być świeży.
Detektyw przykucnął i obrócił człowieka na plecy. Choć bezwładna twarz szczupłego staruszka, która się im ukazała, była nienaturalnie blada, brakowało oznak tężenia tkanek. Woody sprawdził puls w szyi, szukał go dłuższą chwilę uparcie, po czym pokręcił głową.
— Nic.
Od razu pomyślał o samobójstwie. Rozbili doktorkowi szajkę, wszystko skończone. Nie byłby pierwszym, dla którego lepiej wyglądała śmierć niż Azkaban. Samobójstwo albo porachunki, tak, na pewno coś z tego. Raczej samobójstwo, nie było widać gołym okiem żadnych obrażeń na ciele, a na podłodze ani śladu różdżki, która powinna towarzyszyć pojedynkowi.
Longbottom szturchnął bezradnie starca, lecz równie dobrze mógłby szarpać szmacianą lalę. Trudno, sam tu już nic dalej nie będzie kombinował. Nie był przecież koronerem. Wstał i cmoknął wyraźnie niezadowolony z tak rozczarowującego rozwoju wypadków.
— Do tego to już trzeba od ręki ściągać z powrotem ekipę — zawyrokował, patrząc ku klapie prowadzącej na górę. — Będziesz mieć chwilę na niego oko czy pójdziesz puścić sowę?
Pewnie nie powinien zadawać tego pytania, tylko wyznaczyć jej kategorycznie rolę posłańca i samemu zostać przy zwłokach, ale… co tam było mówione o nieprzemyślanych decyzjach?
piw0 to moje paliwo