03.01.2025, 18:17 ✶
- To bardzo ważny element kompozycji.- Odpowiedziała na to. Wzrok Lorien wyrażał niemą aprobatę, gdy uważnie oszacowała strój Mulciberówny. Żadnych ręcznie szytych, przesadnie dziecinnych sukieneczek. Czerń zawsze była najszczęśliwszym z kolorów. Wielu uważało, że dziewczętom wychowanym bez matek brakuje tego kobiecego pierwiastka i umiejętności, których tylko matki mogły je nauczyć. Kompletna bzdura. Były z pewnością o wiele mniej straumatyzowane, ale z pewnością niczego im nie brakowało.
W świecie stworzonym po to, by mężczyznom było wygodnie, kobietom o silnym charakterze bywało wyjątkowo ciężko. Mogła tylko mieć nadzieję, że Scarlett pozostanie niesforna wystarczająco długo, aby napsuć niektórym z nich krwi. Społeczeństwo potrzebowało i takich kobiet jak Sophie. Delikatnych, dziecinnie naiwnych, pozwalających się wdzięcznie traktować jak walutę przetargową. Uniknięto zbyt wielu wojen wyrywając tym dziewczętom niewinność i wolność, by krytykować ich poświęcenie.
Ale ta młoda panienka musiała się jeszcze wiele nauczyć. Wiedzieć kogo próśb wysłuchać, o czyją uwagę zabiegać. Ma jeszcze czas. Wystarczyło ją tylko odpowiednio nakierunkować. Wskazać, że nawet w rodzinie byli lepsi i gorsi. Tylko niektórzy zasługiwali na przywileje swojego nazwiska, pochodzenia.
- Mój mąż pod koniec życia topił się w wielu rzeczach, Scarlett. Głównie w alkoholu i własnej bezradności.- Odpowiedziała spokojnie. Jej mąż. Nigdy Robert. Nigdy nawet Mulciber. Zupełnie jakby na jakimś etapie życia ów człowiek stracił przywilej posiadania nawet własnego imienia w oczach Lorien. A może nigdy go nawet nie uzyskał? Już dawno nauczyła się, że imiona miały moc. Przypisywały znaczenie ludziom, sprawiały, że wychodzili poza ramy swoich życiowych ról. Kim był Robert Mulciber nim stał się mężem Lorien Crouch? To nie było dla niej ważne. Nieistotne tak jak nieistotny zdawał się dla niej ten mężczyzna, którego poślubiła tylko dla jego nazwiska. Pozornie mniej wartego w oczach innych niż jej własne, ale dla niej - najcenniejsze na świecie.
A jednak nie okazywała nawet cienia rozbawienia komentarzem dziewczyny. Nie uśmiechała się złośliwie, nie przewracała oczami. Młodość miała swoje prawa, przyznałaby pewnie, przypominając sobie samą siebie, gdy była w wieku Scarlett. Równie niesforna, początkująca aplikantka na przyszłego sędzię Wizengamotu. Miejsce, które jej się zwyczajnie należało z racji urodzenia. Miejsce na które dybało wielu starych, zbyt pewnych siebie mężczyzn, gotowych wytknąć małej, chorej panience każdy najdrobniejszy błąd. Więc nauczyła się ich nie popełniać. Rysowała ostrymi pazurami po szklanym suficie tak długo aż ten nie rozpadł się na milion drobnych kawałeczków. Przechyliła delikatnie głowę przyglądając się przez moment Scarlett. Wdała się w matkę - to dobry znak.
- Twój brat, mia cara, nienawidzi słuchać kobiet. Jest to rozczarowujące, ale niekoniecznie niespodziewane. Ślepy upór i męska duma są chyba jedynym co Mulciberom pozostało po 1960 roku. Daleko ich to nie zaprowadziło wtedy, daleko nie zaprowadzi teraz.
Zamilkła gdy podeszła do nich jedna z kelnerek. Ot młoda mugolka jakich wiele w tej części Londynu.
- Czy mogę przyjąć zamówienie?
- Jedno caffe ristretto.- Powiedziała nie patrząc nawet na kartę kaw. Bywała tu dostatecznie często, żeby wiedzieć co zamówić. Identyczne menu wraz z rozpiską deserów leżało przed Scarlett.- Powinnaś spróbować ich szarlotki moja droga.
Splotła dłonie na stoliku, czekając cierpliwie aż dziewczyna zamówi na co ma ochotę.
W świecie stworzonym po to, by mężczyznom było wygodnie, kobietom o silnym charakterze bywało wyjątkowo ciężko. Mogła tylko mieć nadzieję, że Scarlett pozostanie niesforna wystarczająco długo, aby napsuć niektórym z nich krwi. Społeczeństwo potrzebowało i takich kobiet jak Sophie. Delikatnych, dziecinnie naiwnych, pozwalających się wdzięcznie traktować jak walutę przetargową. Uniknięto zbyt wielu wojen wyrywając tym dziewczętom niewinność i wolność, by krytykować ich poświęcenie.
Ale ta młoda panienka musiała się jeszcze wiele nauczyć. Wiedzieć kogo próśb wysłuchać, o czyją uwagę zabiegać. Ma jeszcze czas. Wystarczyło ją tylko odpowiednio nakierunkować. Wskazać, że nawet w rodzinie byli lepsi i gorsi. Tylko niektórzy zasługiwali na przywileje swojego nazwiska, pochodzenia.
- Mój mąż pod koniec życia topił się w wielu rzeczach, Scarlett. Głównie w alkoholu i własnej bezradności.- Odpowiedziała spokojnie. Jej mąż. Nigdy Robert. Nigdy nawet Mulciber. Zupełnie jakby na jakimś etapie życia ów człowiek stracił przywilej posiadania nawet własnego imienia w oczach Lorien. A może nigdy go nawet nie uzyskał? Już dawno nauczyła się, że imiona miały moc. Przypisywały znaczenie ludziom, sprawiały, że wychodzili poza ramy swoich życiowych ról. Kim był Robert Mulciber nim stał się mężem Lorien Crouch? To nie było dla niej ważne. Nieistotne tak jak nieistotny zdawał się dla niej ten mężczyzna, którego poślubiła tylko dla jego nazwiska. Pozornie mniej wartego w oczach innych niż jej własne, ale dla niej - najcenniejsze na świecie.
A jednak nie okazywała nawet cienia rozbawienia komentarzem dziewczyny. Nie uśmiechała się złośliwie, nie przewracała oczami. Młodość miała swoje prawa, przyznałaby pewnie, przypominając sobie samą siebie, gdy była w wieku Scarlett. Równie niesforna, początkująca aplikantka na przyszłego sędzię Wizengamotu. Miejsce, które jej się zwyczajnie należało z racji urodzenia. Miejsce na które dybało wielu starych, zbyt pewnych siebie mężczyzn, gotowych wytknąć małej, chorej panience każdy najdrobniejszy błąd. Więc nauczyła się ich nie popełniać. Rysowała ostrymi pazurami po szklanym suficie tak długo aż ten nie rozpadł się na milion drobnych kawałeczków. Przechyliła delikatnie głowę przyglądając się przez moment Scarlett. Wdała się w matkę - to dobry znak.
- Twój brat, mia cara, nienawidzi słuchać kobiet. Jest to rozczarowujące, ale niekoniecznie niespodziewane. Ślepy upór i męska duma są chyba jedynym co Mulciberom pozostało po 1960 roku. Daleko ich to nie zaprowadziło wtedy, daleko nie zaprowadzi teraz.
Zamilkła gdy podeszła do nich jedna z kelnerek. Ot młoda mugolka jakich wiele w tej części Londynu.
- Czy mogę przyjąć zamówienie?
- Jedno caffe ristretto.- Powiedziała nie patrząc nawet na kartę kaw. Bywała tu dostatecznie często, żeby wiedzieć co zamówić. Identyczne menu wraz z rozpiską deserów leżało przed Scarlett.- Powinnaś spróbować ich szarlotki moja droga.
Splotła dłonie na stoliku, czekając cierpliwie aż dziewczyna zamówi na co ma ochotę.