Wampiry z całą pewnością MOGŁY mieć nadciśnienie, a to dlatego, że istniał Stanley Borgin - główna przyczyna tragicznej choroby tego gatunku. No, przynajmniej gatunku imieniem Sauriel. Pewnie to było jak z tymi kręgowcami, jaszczurkami, a potem rodzinami zwinek czy jak to tam leciało. Nie wiem, ale się domyślam, a Rookwood się nawet nie domyślał i na tym polegało jego piękno. Gdyby to nadciśnienie było prawdziwe to właśnie pękłaby żyłka na skroni czarnowłosego, kiedy w tym napięciu, naburmuszony, wpatrywał się w człowieka, który kazał mu szukać dębu.
- A ty imponujesz? Gdzie masz koszulkę? - Tę, którą mu przysłał. Może ocierał nią łzy po stracie swojego ojca? To była ta niezręczna sytuacja, gdzie nie wiedział, czy gratulować czy jednak współczuć, nawet jeśli Stanleya znał na wylot. Albo i przelot. Albo i... może sobie to odpuszczę. Głównie dlatego, że w tym terminie jego stary jeszcze żył. W każdym razie złapał za jego fraki i podniósł, szukając swojego prezentu, w który ten powinien był się wystroić. Jak bez koszulki głoszącej "wiara, nadzieja i miłość" mieli wtopić się w chrześcijańską socjete? Pokręcił z niedowierzaniem głową. Każdy inny dostałby teraz w mordę, ale tego GENIUSZA - no nie mógłby! Przynajmniej nie za dąb, bo pewnie za inne rzeczy już by mógł. Teraz jednak prezentacja nowego wdzianka i wizji Joachima rozbrajała mu pięści i jakąkolwiek wolę walki. Albo wolę wkurwiania się. Rozbrajała w sumie both.
- Nie masz wyboru. - Odparł ze śmiertelną powagą na to przekręcanie się kiszek do nazywania go starego. - Daję ci już bojowe zadania, to możesz do mnie i stary mówić... dziecko. - A wszystko to nawet bez mrugnięcia oczkiem. - Zajebisty pomysł - przedstawiać się jako Sauriel do tego pojebanego działania. - Sarknął. Na tyle sobie jego przyjaciel przeskrobał, że chwilowo chwalenie go prawdziwe musiało zostać odsunięte w czasie. Rozłożył ręce, gotów na prawdziwą magię Stanleya... i cyk! Proszę bardzo! Jedno machnięcie i już stał tutaj nowy on - Joachim. Obejrzał samego siebie, przeciągnął dłonią po elegancko przylizanych włoskach, wyglądał nawet jakoś tak zdrowiej...
No i właśnie tutaj ich zastała sama Maeven. Pod dębem. Jeszcze nie w samej zakrystii, ale spokojnie! Tam jeszcze dotrzemy! Tylko nie można za dużego szoku robić sąsiedzkiemu księdzu, a i zresztą wypada ustalić pewną trajektorię tych wydarzeń... Tak, o dziwo Sauriel planował. Z tych planów co wychodziło to wychodziło, ale ustalony plan działania sprawiał, że potem można było go złamać - dlatego wszystko się zgadzało i trudy były warte efektów pracy.
Przynajmniej według listu miało być pod dębem, bo w rzeczywistości właśnie stali pod świerkiem.
- Pochwalony, moje dziecko. - Przywitał ją zamaszystym ruchem ręki, próbując się wczuć w rolę. Ale chyba przesadził, więc zaraz ją cofnął, żeby nie zrobiło się dziwniej, niż już było. Nie żeby Sauriel poznał tutaj słowo "zażenowanie". Nie. Było ono mu obce. - Nie, Stanley rzucił krytycznie dobre zaklęcie. - Odparł z pełną powagą. Przynajmniej wkurwienie mu trochę przeszło. - Od dzisiaj mów mi ojcze Joachim. - Przedstawił się dumnie Maeve. - Plan jest prosty. Dzisiaj Dolina Godryka, jutro Watykan. - Czy oni w ogóle wiedzieli, co to jest Watykan? Nie zadawał takich trudnych pytań. - Powtórzę plan... nie, nie ten z Watykanem... przekonujemy tutejszych frajerów, że polowanie na czarownice dobre, magia be, chrześcijaństwom GórOm. - Spojrzał uważnie po swoich sekundantach. - I nawracamy na wiarę w Boga Jedynego. - O to, co oni wiedzą o Bogu też bał się zapytać. Jakoś to będzie, to się wyklepie. - No i wynosimy, co się da, bo to wiara w Boga wzbogaca, a nie dobra materialne. - Złożył dłonie do modlitwy i spojrzał w niebo.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.