06.01.2025, 03:36 ✶
Miał ochotę... ...sam nie do końca wiedział, na co miał ochotę i to nie z powodu braku możliwości. Wręcz przeciwnie. Odkąd tak wiele zaczęło się zmieniać, miał naprawdę olbrzymi wachlarz opcji. Cały szereg rozwiązań do wyboru. W takich czy w innych sytuacjach. Na jej wywracanie oczami i zarzucanie mu, że nie słucha tego, co mu mówiła.
W istocie może nie do końca to robił? Był omotany, trochę otumaniony, wypełniony tymi wszystkimi odczuciami intensyfikującymi się wraz z każdą kolejną chwilą, w której uświadamiał sobie, że to była rzeczywistość. Naprawdę to wszystko zrobili. W dalszym ciągu szli do przodu.
A teraz miał ochotę albo ją pocałować, albo ugryźć w czubek języka. Przyłożyć usta do jej ust i pociągnąć ją zębami za wargę, ścierając ten wyraz z twarzy Geraldine. Sprawiając, że przestałaby wywracać na niego oczami, zdecydowanie zbyt zajęta czymś innym.
- Oczywiście, że cię słucham. Zawsze cię słucham - on również uniósł wzrok w kierunku nieba, z politowaniem kręcąc głową. - Zadaj mi jakiekolwiek pytanie o cokolwiek, co mi kiedykolwiek powiedziałaś. No, dawaj, skoro rzucasz takimi oskarżeniami - tak, prowokował ją do tego, żeby spróbowała go czymś zagiąć.
No i w istocie bywały przecież udokumentowane momenty (tak jak wtedy podczas jej urodzin), kiedy bez bicia przyznał się, że uciekł gdzieś myślami, ale to nie była ta chwila. I zamierzał jej to udowodnić. Choćby nawet miał się usrać.
- Poza tym dzięki za ostrzeżenie - kiwnął głową, susząc do niej zęby w całkiem szerokim, niezbyt poprawnym uśmiechu. - Będę mieć to na uwadze. Wolałbym, żebyś nie miała szans zbyt daleko mi kiedyś odlecieć - mrugnął do niej całkowicie bez powagi, choć jednocześnie wcale nie planował przestawać robić tego, o czym mu mówiła.
Podobało mu się jej zachowanie. Uskrzydlanie tego, co siedziało w niej gdzieś bardzo głęboko aż prosząc się o to, żeby uwolnić je na powierzchnię. Miała w sobie znacznie więcej potencjału niż sama zakładała. Więcej zawoalowanego czaru, znacznie więcej tego, czymkolwiek mógłby to nazwać, co czyniło z niej kogoś, na kogo od wielu miesięcy nie potrafił patrzeć inaczej niż teraz w tej chwili.
Tyle tylko, że pierwszy raz w naprawdę otwarty i nieskrępowany sposób. Po raz pierwszy bez jakichkolwiek wymuszonych oporów albo refleksji nad tym, że najpewniej nie powinien tego robić, bo może pochopnie coś między nimi popsuć. Nie. Teraz to było nawet wskazane.
Być może to w dalszym ciągu nie było coś, w co łatwo było mu uwierzyć, ale byli tu razem. Nie dało się zaprzeczyć temu, że dosyć łatwo im przychodziło niwelowanie kolejnych sztucznych granic i podejmowanie dalszych decyzji, gdy już doszli do jednorodnych wniosków.
- Myślę, że możemy sobie z tym jakoś poradzić - stwierdził po chwili zastanowienia, drapiąc się przy tym po brodzie i mrużąc jedno oko.
No, niby miała rację, ale za cholerę nie chciał odpuszczać sobie tego koca na piasku, szczególnie że była to opcja nawet na ten wieczór. W końcu już planowali spędzić co najmniej kilka godzin pod gwiazdami a szczerze wątpił, żeby przez ten cały czas mieli wyłącznie patrzeć na niebo. Nieważne jakie miało być ładne. Jego dziewczyna bezsprzecznie była piękniejsza. I przede wszystkim w zasięgu ręki. Teraz już tak.
Mógł położyć głowę na jej kolanach, powracając do tego, co już kiedyś robili, przerywając, bo obawiali się posunąć zbyt daleko. W tym momencie nie musieli już mieć takich obaw. Mógł sięgać ku jej skórze, rysując malutkie kółeczka na łydce albo przesuwać po niej wargami. Wszystko, czego by chcieli. A tu też raczej nie sądził, by zamierzali się miarkować. Nie po tym, co już sobie udowodnili i pokazali.
- Co najwyżej zdejmować - odparł bez mrugnięcia okiem, nie dopuszczając do tego, by zadrżał mu jakikolwiek mięsień na twarzy, więc chyba tylko błysk w oku zdradził kompletny brak powagi kryjący się w tych pozornie poważnych słowach.
W innym wypadku nie okazał tego ani tonem, ani gestem, cały czas bez zażenowania wpatrując się Geraldine prosto w oczy. To w teorii nie było coś, czego jeszcze nigdy by nie robił. Potrafił całkiem bezczelnie wypowiadać równie żenujące i komiczne, celowo tanie kwestie. A jednak przy niej to było inne. Zupełnie, zupełnie inne, szczególnie że jeszcze dzień temu nie byłby w stanie utrzymać przy tym kontaktu wzrokowego i prawdopodobnie zaraz wybrnąłby z tego jakimś głupim tekstem czy machnięciem ręki.
Tym razem nie do końca żartował. Nie mieli robić planów - jasne. O to im chyba chodziło w tym całym impulsywnym wyjeździe. Nie zamierzał nic z góry zakładać, no, może poza pewną wiadomą celowością ich odcięcia się od reszty świata na te cztery dni. Czyli dokładnie tego, o czym jej teraz powiedział. Zdejmowania. Pozbywania się nie tylko ubrań, ale też reszty oporów.
Byli tu razem. Mieli tu być. Po raz pierwszy, później może kolejny i jeszcze jeden, bo to, co zasugerowała Yaxleyówna całkiem mu się podobało. To była kusząca wizja. Ich drobny kawałek świata, pewna tradycja, pierwsze wspólnie odkrywane i zapamiętywane miejsce wraz z poznawaniem siebie nawzajem od zupełnie nowej strony.
Ich i tylko ich. Bez związku z jakimikolwiek klątwami czy innymi czynnikami zewnętrznymi. Jeśli miałby w to obecnie wątpić to cóż raczej nie mógł tego robić. Nie po tym, gdy przeznaczyli naprawdę dużo czasu na zgłębianie tego, co się między nimi wydarzyło. Tych wszystkich nieoczekiwanych odczuć i emocji.
Gdy się nad tym teraz zastanawiał, tak właściwie to całkiem sporo kwestii samo się wyjaśniało. Niektóre nawet wręcz żenująco jasno i klarownie. Tak, że sam już nie do końca dowierzał w to, ile czasu im zajęło dojście do wniosku, że chcą od siebie czegoś więcej niż przyjaźni.
- Może i tak, ale raczej nic nie przebije poszukiwania informacji na temat naszej klątwy, nigdy nie rozmawiając o tym, na czym tak właściwie polega - zauważył z przekąsem, chyba pierwszy raz tak gładko i błahym tonem wspominając o ich wspólnej głupocie.
Musiał, po prostu musiał to teraz powiedzieć. Z niedowierzaniem kręcąc głową. Pewnie sama też zdążyła to zauważyć i dostrzec, ale w ich prywatnej galerii manewrowania wokół tematu związku zamiast przyjaźni, to prawdopodobnie zajmowało naczelne miejsce. Wspólnie poszukiwali odpowiedzi, nie zadając sobie nawzajem najbardziej rzeczowego pytania:
Na co?
I każdego kolejnego sprowadzającego się do prostego:
Tak właściwie to co po tym czujesz?
Mogącego zapewnić im najprostszą możliwą odpowiedź:
Że cię pragnę, nie tylko fizycznie, nie tylko cieleśnie, nie tak jak kogokolwiek innego, zupełnie inaczej, właściwiej. Jakbyś zawsze powinna należeć do mnie a ja do ciebie.
Nie chciał tego już teraz zwalać na klątwy. Nie chciał też mówić przy tym o przeznaczeniu, bo to była ich decyzja. To oni doprowadzili do tego momentu. Oni byli odpowiedzialni za kreowanie rzeczywistości. Za to, po co wyciągali ręce i ramiona, którymi on sam teraz po prostu bez słowa obejmował swoją dziewczynę.
W obliczu tego słodkiego pocałunku niełatwo było mu ją z nich wypuścić. Tak samo jak skupić uwagę na pokonywaniu kolejnych ostrych stopni, gdy był tuż za nią, stanowczo zbyt rozproszony widokiem kołyszących się bioder opiętych skórzanymi spodniami, aby uważać na stawiane kroki. Co prawda nie stracił równowagi, ale panowanie nad sobą było inną kwestią.
Kiedy stanęli przed drzwiami domku, był już zdecydowanie rozkojarzony, dołączając do Geraldine przy jednoczesnym gryzieniu wargi w jednoznacznym uśmiechu. Raczej nie pozostawiał pola do zbyt wielu wątpliwości, nawet jeśli nic przy tym nie mówił.
Zamiast tego wystąpił o krok do przodu, równając się z nią a następnie sięgając do kieszeni.
- Chcesz odwrócić wzrok, żeby móc mówić, że nie widziałaś, że nie jest otwarte? - Spytał bez grama powagi, zniżając głos do porozumiewawczego szeptu, choć byli tu sami.
Zupełnie sami. Nareszcie.
W istocie może nie do końca to robił? Był omotany, trochę otumaniony, wypełniony tymi wszystkimi odczuciami intensyfikującymi się wraz z każdą kolejną chwilą, w której uświadamiał sobie, że to była rzeczywistość. Naprawdę to wszystko zrobili. W dalszym ciągu szli do przodu.
A teraz miał ochotę albo ją pocałować, albo ugryźć w czubek języka. Przyłożyć usta do jej ust i pociągnąć ją zębami za wargę, ścierając ten wyraz z twarzy Geraldine. Sprawiając, że przestałaby wywracać na niego oczami, zdecydowanie zbyt zajęta czymś innym.
- Oczywiście, że cię słucham. Zawsze cię słucham - on również uniósł wzrok w kierunku nieba, z politowaniem kręcąc głową. - Zadaj mi jakiekolwiek pytanie o cokolwiek, co mi kiedykolwiek powiedziałaś. No, dawaj, skoro rzucasz takimi oskarżeniami - tak, prowokował ją do tego, żeby spróbowała go czymś zagiąć.
No i w istocie bywały przecież udokumentowane momenty (tak jak wtedy podczas jej urodzin), kiedy bez bicia przyznał się, że uciekł gdzieś myślami, ale to nie była ta chwila. I zamierzał jej to udowodnić. Choćby nawet miał się usrać.
- Poza tym dzięki za ostrzeżenie - kiwnął głową, susząc do niej zęby w całkiem szerokim, niezbyt poprawnym uśmiechu. - Będę mieć to na uwadze. Wolałbym, żebyś nie miała szans zbyt daleko mi kiedyś odlecieć - mrugnął do niej całkowicie bez powagi, choć jednocześnie wcale nie planował przestawać robić tego, o czym mu mówiła.
Podobało mu się jej zachowanie. Uskrzydlanie tego, co siedziało w niej gdzieś bardzo głęboko aż prosząc się o to, żeby uwolnić je na powierzchnię. Miała w sobie znacznie więcej potencjału niż sama zakładała. Więcej zawoalowanego czaru, znacznie więcej tego, czymkolwiek mógłby to nazwać, co czyniło z niej kogoś, na kogo od wielu miesięcy nie potrafił patrzeć inaczej niż teraz w tej chwili.
Tyle tylko, że pierwszy raz w naprawdę otwarty i nieskrępowany sposób. Po raz pierwszy bez jakichkolwiek wymuszonych oporów albo refleksji nad tym, że najpewniej nie powinien tego robić, bo może pochopnie coś między nimi popsuć. Nie. Teraz to było nawet wskazane.
Być może to w dalszym ciągu nie było coś, w co łatwo było mu uwierzyć, ale byli tu razem. Nie dało się zaprzeczyć temu, że dosyć łatwo im przychodziło niwelowanie kolejnych sztucznych granic i podejmowanie dalszych decyzji, gdy już doszli do jednorodnych wniosków.
- Myślę, że możemy sobie z tym jakoś poradzić - stwierdził po chwili zastanowienia, drapiąc się przy tym po brodzie i mrużąc jedno oko.
No, niby miała rację, ale za cholerę nie chciał odpuszczać sobie tego koca na piasku, szczególnie że była to opcja nawet na ten wieczór. W końcu już planowali spędzić co najmniej kilka godzin pod gwiazdami a szczerze wątpił, żeby przez ten cały czas mieli wyłącznie patrzeć na niebo. Nieważne jakie miało być ładne. Jego dziewczyna bezsprzecznie była piękniejsza. I przede wszystkim w zasięgu ręki. Teraz już tak.
Mógł położyć głowę na jej kolanach, powracając do tego, co już kiedyś robili, przerywając, bo obawiali się posunąć zbyt daleko. W tym momencie nie musieli już mieć takich obaw. Mógł sięgać ku jej skórze, rysując malutkie kółeczka na łydce albo przesuwać po niej wargami. Wszystko, czego by chcieli. A tu też raczej nie sądził, by zamierzali się miarkować. Nie po tym, co już sobie udowodnili i pokazali.
- Co najwyżej zdejmować - odparł bez mrugnięcia okiem, nie dopuszczając do tego, by zadrżał mu jakikolwiek mięsień na twarzy, więc chyba tylko błysk w oku zdradził kompletny brak powagi kryjący się w tych pozornie poważnych słowach.
W innym wypadku nie okazał tego ani tonem, ani gestem, cały czas bez zażenowania wpatrując się Geraldine prosto w oczy. To w teorii nie było coś, czego jeszcze nigdy by nie robił. Potrafił całkiem bezczelnie wypowiadać równie żenujące i komiczne, celowo tanie kwestie. A jednak przy niej to było inne. Zupełnie, zupełnie inne, szczególnie że jeszcze dzień temu nie byłby w stanie utrzymać przy tym kontaktu wzrokowego i prawdopodobnie zaraz wybrnąłby z tego jakimś głupim tekstem czy machnięciem ręki.
Tym razem nie do końca żartował. Nie mieli robić planów - jasne. O to im chyba chodziło w tym całym impulsywnym wyjeździe. Nie zamierzał nic z góry zakładać, no, może poza pewną wiadomą celowością ich odcięcia się od reszty świata na te cztery dni. Czyli dokładnie tego, o czym jej teraz powiedział. Zdejmowania. Pozbywania się nie tylko ubrań, ale też reszty oporów.
Byli tu razem. Mieli tu być. Po raz pierwszy, później może kolejny i jeszcze jeden, bo to, co zasugerowała Yaxleyówna całkiem mu się podobało. To była kusząca wizja. Ich drobny kawałek świata, pewna tradycja, pierwsze wspólnie odkrywane i zapamiętywane miejsce wraz z poznawaniem siebie nawzajem od zupełnie nowej strony.
Ich i tylko ich. Bez związku z jakimikolwiek klątwami czy innymi czynnikami zewnętrznymi. Jeśli miałby w to obecnie wątpić to cóż raczej nie mógł tego robić. Nie po tym, gdy przeznaczyli naprawdę dużo czasu na zgłębianie tego, co się między nimi wydarzyło. Tych wszystkich nieoczekiwanych odczuć i emocji.
Gdy się nad tym teraz zastanawiał, tak właściwie to całkiem sporo kwestii samo się wyjaśniało. Niektóre nawet wręcz żenująco jasno i klarownie. Tak, że sam już nie do końca dowierzał w to, ile czasu im zajęło dojście do wniosku, że chcą od siebie czegoś więcej niż przyjaźni.
- Może i tak, ale raczej nic nie przebije poszukiwania informacji na temat naszej klątwy, nigdy nie rozmawiając o tym, na czym tak właściwie polega - zauważył z przekąsem, chyba pierwszy raz tak gładko i błahym tonem wspominając o ich wspólnej głupocie.
Musiał, po prostu musiał to teraz powiedzieć. Z niedowierzaniem kręcąc głową. Pewnie sama też zdążyła to zauważyć i dostrzec, ale w ich prywatnej galerii manewrowania wokół tematu związku zamiast przyjaźni, to prawdopodobnie zajmowało naczelne miejsce. Wspólnie poszukiwali odpowiedzi, nie zadając sobie nawzajem najbardziej rzeczowego pytania:
Na co?
I każdego kolejnego sprowadzającego się do prostego:
Tak właściwie to co po tym czujesz?
Mogącego zapewnić im najprostszą możliwą odpowiedź:
Że cię pragnę, nie tylko fizycznie, nie tylko cieleśnie, nie tak jak kogokolwiek innego, zupełnie inaczej, właściwiej. Jakbyś zawsze powinna należeć do mnie a ja do ciebie.
Nie chciał tego już teraz zwalać na klątwy. Nie chciał też mówić przy tym o przeznaczeniu, bo to była ich decyzja. To oni doprowadzili do tego momentu. Oni byli odpowiedzialni za kreowanie rzeczywistości. Za to, po co wyciągali ręce i ramiona, którymi on sam teraz po prostu bez słowa obejmował swoją dziewczynę.
W obliczu tego słodkiego pocałunku niełatwo było mu ją z nich wypuścić. Tak samo jak skupić uwagę na pokonywaniu kolejnych ostrych stopni, gdy był tuż za nią, stanowczo zbyt rozproszony widokiem kołyszących się bioder opiętych skórzanymi spodniami, aby uważać na stawiane kroki. Co prawda nie stracił równowagi, ale panowanie nad sobą było inną kwestią.
Kiedy stanęli przed drzwiami domku, był już zdecydowanie rozkojarzony, dołączając do Geraldine przy jednoczesnym gryzieniu wargi w jednoznacznym uśmiechu. Raczej nie pozostawiał pola do zbyt wielu wątpliwości, nawet jeśli nic przy tym nie mówił.
Zamiast tego wystąpił o krok do przodu, równając się z nią a następnie sięgając do kieszeni.
- Chcesz odwrócić wzrok, żeby móc mówić, że nie widziałaś, że nie jest otwarte? - Spytał bez grama powagi, zniżając głos do porozumiewawczego szeptu, choć byli tu sami.
Zupełnie sami. Nareszcie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down