26.01.2025, 17:03 ✶
- Mmmmh, jakoś za tydzień powinienem już dopiąć to, czym muszę się zająć, zanim wrócę do życia. Mam swoje bagaże w porcie, muszę się z nimi przeprawić na Isle of Dogs, a dopiero później dostanę się z nimi na Aleje. - Więc ta cierpliwość była wskazana. - Nie pisałem o tym, żeby nikt się o mnie nie martwił, ale niespodzianka jest taka, że Foka zatonęła. Wróciłem nie swoją łajbą, a tamtego wraku nawet nie mam jak sprowadzić do domu, będzie zaśmiecał dno oceanu. - Zastanowił się nad czymś głębiej. - Kapitanowi nic nie jest. - Mówił, rzecz jasna, o swoim kocie.
Nieobecność przez tak długi czas miewał swoje zalety. Dægberht czuł się wykluczony z wielu sporów do dzisiaj wywołujących trwogę w innych. Miał też nieco niepoprawną teorię, że długie oczekiwanie na ponowne spotkanie osładzało uśmiechy i pocałunki, które miały dopiero nadejść. I jakież to było wygodne - oni tu przeżywali dramat za dramatem, życie w Londynie toczyło się tak szybko i hałaśliwie - on zaś wolno poruszał się po falach. Płynął i płynął... ah, ale to miało też wady. To chociażby, że coraz mniej rozumiał o tym, co się z jego znajomymi działo.
- Bez przesady, żeby wymienili cię z nazwiska? - Zaśmiał się, ale to przecież nie było już wcale takie dziwaczne. Twarz Victorii, o czym miał przekonać się w następnych dniach, ozdabiała teraz strony kilku wydań bardzo popularnej w Brytanii prasy.
A ten afrodyzjak? Cóż, charyzmatyczny był, ale to była charyzma płynąca z bycia człowiekiem czarującym i gadtliwym, a nie z udawania kogoś, kim nie jest. Mężczyzna zgiął się lekko, unikając jej spojrzenia.
- Tak, ja... znalazłem tego potwierdzenie w... nieważne. Czasami zapominam, że nie muszę mówić wszystkiego. - Chętnie skorzystał z tego zaproszenia na balkon i wyszedłszy na niego, obadał osoby stojące teraz na ulicy. Kilka zmieszanych spojrzeń zetknęło się z tym jego. On jednak nie speszył się tym bardziej, niż tymi świeczkami - oparł łokcie o barierkę i zadarł głowę do góry. Spoglądał w niebo. Niemalże puste.
- Vivi? - Zapytał nagle, po dłużej ciszy, chociaż normalnie gęba mu się nie zamykała. - Dużo ludzi zginęło na tych sabatach? - I znów cisza, ale coś tak wisiało w powietrzu, jakby chciał coś dodać i nie należało mu przerywać. - Wybacz zmianę tematu. Księżyc jest w sierpie. Znowu go nie widać. Podczas Lithy musiał być widoczny prawie cały... - Pokręcił głową i powtórzył się. - Wybacz. - To nie był czas i miejsce. - Nie złapałem tego ducha do pojemnika, więc może kiedyś wrócić. Powinienem go spalić w ogniskach Samhain, żeby zamknąć jego rozdział.
Nieobecność przez tak długi czas miewał swoje zalety. Dægberht czuł się wykluczony z wielu sporów do dzisiaj wywołujących trwogę w innych. Miał też nieco niepoprawną teorię, że długie oczekiwanie na ponowne spotkanie osładzało uśmiechy i pocałunki, które miały dopiero nadejść. I jakież to było wygodne - oni tu przeżywali dramat za dramatem, życie w Londynie toczyło się tak szybko i hałaśliwie - on zaś wolno poruszał się po falach. Płynął i płynął... ah, ale to miało też wady. To chociażby, że coraz mniej rozumiał o tym, co się z jego znajomymi działo.
- Bez przesady, żeby wymienili cię z nazwiska? - Zaśmiał się, ale to przecież nie było już wcale takie dziwaczne. Twarz Victorii, o czym miał przekonać się w następnych dniach, ozdabiała teraz strony kilku wydań bardzo popularnej w Brytanii prasy.
A ten afrodyzjak? Cóż, charyzmatyczny był, ale to była charyzma płynąca z bycia człowiekiem czarującym i gadtliwym, a nie z udawania kogoś, kim nie jest. Mężczyzna zgiął się lekko, unikając jej spojrzenia.
- Tak, ja... znalazłem tego potwierdzenie w... nieważne. Czasami zapominam, że nie muszę mówić wszystkiego. - Chętnie skorzystał z tego zaproszenia na balkon i wyszedłszy na niego, obadał osoby stojące teraz na ulicy. Kilka zmieszanych spojrzeń zetknęło się z tym jego. On jednak nie speszył się tym bardziej, niż tymi świeczkami - oparł łokcie o barierkę i zadarł głowę do góry. Spoglądał w niebo. Niemalże puste.
- Vivi? - Zapytał nagle, po dłużej ciszy, chociaż normalnie gęba mu się nie zamykała. - Dużo ludzi zginęło na tych sabatach? - I znów cisza, ale coś tak wisiało w powietrzu, jakby chciał coś dodać i nie należało mu przerywać. - Wybacz zmianę tematu. Księżyc jest w sierpie. Znowu go nie widać. Podczas Lithy musiał być widoczny prawie cały... - Pokręcił głową i powtórzył się. - Wybacz. - To nie był czas i miejsce. - Nie złapałem tego ducha do pojemnika, więc może kiedyś wrócić. Powinienem go spalić w ogniskach Samhain, żeby zamknąć jego rozdział.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr