Jeśli miało się znikomą siłę sprawczą na otaczającą rzeczywistość, to może i faktycznie, nawet nie było co myśleć o zmianie czegokolwiek. Bo przypuszczał, że Chang jedyne o czym mogła decydować na tym świecie to czy wyszcza się do wiadra, czy normalnie jak każdy na Ścieżkach, pod ścianą. Wolna jak wiatr? Prędzej targana niczym liść na wietrze, przesuwana z kąta w kąt, bo nie miała wpływu na nic, nawet na własne życie. W tym swoim ying i yang nie odgrywała żadnej roli, ani konturu, nawet drobnej kreski. Nic. To nawet nie życie, to tylko mizerna wegetacja. Tutaj wypadła matce z piczy jako kolejny dowód, że stara Chang miała więcej kutasów, niż szarych komórek. I tutaj też zdechnie, w kałuży uryny i to na bank z głupią mordą.
A Louvain miał mocne dowody na to by sądzić, że będzie częścią czegoś o wiele większego niż on, czy nawet z nią razem wzięci. Na własne oczy widział jak Czarny Pan złamał prawa natury. Jak siłą własnych zaklęć przeciwstawił się aksjomatom zawartych w złudnej magii Limbo. W ogromną moc Lorda Voldemorta wierzył już znacznie wcześniej. Widząc jednak jak otwiera bramę w zaświatach uwalniając dusze zmarłych z kręgów piekielnych, przestało chodzić już o wiarę. Doświadczył tego na własnych zmysłach. Zresztą nie tylko on, było tam jeszcze kilka innych osób, które próbowały powstrzymać nieuniknione. Bez zaskoczenia, bo bezskutecznie. Ale co ten półmisek glutamino-zjebaństwa mógł wiedzieć o rzeczywistych prawidłach tego świata? Tyle co w tych ich chińskich bajeczkach na dobranoc, niewiele więcej.
Nawet nie zauważył kiedy medalik na łańcuszku ze zdjęciem Loretty w środku wypadł mu z kieszeni. Najwidoczniej tak szybko wyleciał z domu, że zapomniał odstawić go do reszty biżuterii. Zbyt pochłonięty konfrontacją by zauważyć, że trzyma w rękach coś, co ani przez moment nie powinno znajdować się w tych sojowych łapskach. Kolejne dwa skuteczne ciosy nareszcie dotarły do celu, tak jak sobie by tego życzył. Kolano na pysk skutecznie odwlekło niesmaczne próby ściągnięcia go do parteru. Potem celny płaski na policzek, tak satysfakcjonujący, aż wydusił z piersi głośne warknięcie momentu triumfu. - No broń się, upośledzona pando! Wrzasnął podekscytowany widząc ją w tak miłej dla jego oka uniżonej pozie. W uszach słyszał już tylko pulsującą krew, a język uderzał w zęby od wewnątrz próbując wydrzeć się gęby w śmierciożerczym tiku. Chciał kontynuować walkę, ale ona przestała się wierzgać, więc i apetyt na surowe osocze z azjatki nagle odeszło na bok. W końcu nieco oprzytomniał i zaczął ją słuchać, tego co tam pierdoliła mu pod kolanami zamiast po prostu walczyć. Co ty pieprzysz odszczepieńcu... Syknął jeszcze nie rozumiejąc do czego pije z tym wszystkim. Spodziewał się, że jeśli da mu za wygraną to po prostu zamilknie i wtedy uzna swoje zwycięstwo za dokonane. Robienie dokładnie tego co od niej przed chwilą zażądał, bardziej z gniewu i chęci dopierdolenia jej, a nie po to żeby faktycznie robiła to co jej kazał. O nie, nie kurwa... Wstawaj i walcz! Zawołał znowu bo rzeczywiście przez moment uwierzył, że robi coś tak obrzydliwego nazywając go tatusiem.
Zdziwienie minęło dopiero kiedy ujrzał jej twarz. Teraz zrozumiał i szczerze pożałował, że nie dokończył dzieła kiedy tylko pojawiła się ku temu okazja. Teraz to jemu podniosło się w żołądku. Chociaż pół Londynu powielało te kazirodcze plotki jakoby nierozłączne rodzeństwo ze sobą sypiało i dobrze o tym wiedział, to dopiero kiedy ujrzał ten obrzydliwy obrazek zrozumiał. Wszystkie te obrzydliwe insynuacje zbierane od wielu, wielu lat uderzyły i to skondensowane w jednym momencie. Mógł to przewidzieć, w końcu parszywe mieszańce były zdolne do wszystkiego. W pierwszym odruchu chciał ją skrzywdzić najmocniej jak się tylko dało. Nie miał nawet pomysłu jak, czy z pięści, kolejnym kopniakiem, czy różdżką w oko. Najlepiej to wszystko naraz, a na koniec wrzucić na dno Tamizy, gdzie od dawno powinna mieć już swój stały kącik. Wziął zamach, jednak zatrzymał się w połowie. Znieruchomiał, bo nigdy czegoś takiego nie robił. Nie mógł, nie potrafił. W życiu nie uderzył Loretty, nawet przez myśl to mu nie przeszło w dorosłym życiu. Dobrze wiedział, że to nie ona tylko ta piszcząca riksza, że jego bliźniaczki tu nie ma. Mimo wszystko jednak nie był na to przygotowany, nie potrafił skrzywdzić tej twarzy. Przez moment tylko wpatrywał się tak w te jej onyksowe oczy, zupełnie jak jego. Nie miała tego dźwięku w głosie, może i brzmiała podobnie, ale tej maniery nie dałaby rady podrobić bez słuchania Loretty tylu tysięcy godzin co on. Złe akcenty, zła dykcja, brak górnolotnego sznytu z salonów. Przez to brzmiała jeszcze bardziej obrazoburczo. Tak parszywym sposobem trafić w to co(jeszcze) dla niego tak cenne. Tak dawno jej nie widział, że aż serce mu zadrżało. - Jesteś trupem Chang... Wycedził w końcu przez zaciśniętą szczękę, o mało co aż jeżyka by sobie nie odgryzł. - Jeszcze się o tym przekonasz. Dorzucił, nie potrafiąc oderwać wściekłego spojrzenia na moment. Nawet nie mrugał, niczym zaczarowany. To jednak był już koniec. Jego nieuwaga, a jej kurewski życiowy fart z tą metamorfomagią wyciągnął ją z tych tarapatów, ale mogła być pewna jednego. Nigdy jej już tego nie zapomni. Teleportacja, bo nic innego już w tej sytuacji nie zostało do wyboru.