07.01.2025, 01:05 ✶
Gdyby zdecydowała się zerknąć, próbowałaby dojrzeć głębiej. Wykorzystać może nabyte umiejętności, spróbować oszacować prawdopodobieństwo. Zaskakująco dużo osób noszących ten tatuaż lub wspierających interesy Czarnoksiężnika tkwiło w jej życiu. Przed ojcem udawała, że nie widzi, a pozostałe sekrety, cóż, te trzymała dla siebie, bo przecież nie należały do niej. Znak ten wzbudzał w niej jednak pewne pytania, usiłował skusić perspektywami, które ofiarował, kosztem nagięcia własnych zasad. Z drugiej jednak strony dla Cynthii było to przecież normalne — być tym, kim chciano ją widzieć. Tak było praktyczniej, zapewniało jej to spokój. Kamuflaż zawsze był rozwiązaniem. Teraz jednak błękitne spojrzenie nie przemykało po materiale marynarki, nie odwracało się od młodej twarzy czarodzieja o stalowym spojrzeniu. Na znalezienie odpowiedzi przyjdzie czas później. Lestrange miał pecha, bo Flint była paskudnie uparta i gdy chciała uzyskać jakieś informacje, trudno było ją zniechęcić. Ciekawość była w jej przypadku czymś więcej niż pierwszym stopniem do piekła.
Niewymowni mieli przewagę ze swoimi sekretami, aurorzy nie mieli prawa w nich grzebać, jeśli nie uzyskali aprobaty któregoś z nich. Często wykraczały one poza podstawowy schemat dobra i zła, były bardziej złożone. O tyle, ile mógł być to fascynujący departament i pełna zagadek, słodka przyszłość — nie było to coś, co ją mogło usatysfakcjonować. Ludzkie ciało, jego możliwości, jak i sama styczność ze śmiercią były uzależniające, nawet jeśli z góry przegrane, bo śmierci nie dało się obedrzeć z sekretów. Im głębiej sięgałeś, tym więcej musiałeś zapłacić. Było to bezpieczniejsze miejsce dla popleczników.
Co mogło wyniknąć z połączenia wiedzy dwójki osób tak silnie zakorzenionych w swoich obowiązkach? Bo nie wątpiła w jego angażowanie, widoczne w spojrzeniu już tamtego dnia w kawiarni. W pozornie tylko jasnych oczach kryło się też niebezpieczeństwo, jakaś ciemność, ale nie w tak oczywistej formie, jak w spojrzeniu Louvaina. Zakamuflowana niczym tatuaże, osłonięta maskami.
Z zamyślenia wyrwały ją słowa Rudiego, na które pokręciła delikatnie głową, porzucając gdybanie na tematy, których poruszyć z nim przecież nie mogła. Jeszcze nie.
- Wezmę następnym razem. - zapewniła go tylko, czując, jak ramiona jej drgają w mimowolnym geście, sugerującym, że nie było to żaden problem. - Tak wiele miejsca na półkach stwarza miejsce na nowe możliwości. Być może odmiennych niż dotychczas autorów.
Ona swoich najlepszych, najmniej legalnych ksiąg też nie trzymała na widoku. Nie ukrywała ich w atlasach. Nie rozumiała nadal tego całego zakazu i nagonki na nekromancję, której stosowanie wystarczyłoby zwyczajnie zamknąć w kilku zasadach. Marnowali cały potencjał płynący z tej sztuki, która, chociaż powiązana ze śmiercią, mogła znacznie więcej niż krzywdzenie. Pozwalała sięgać dalej, niż do prostych prób pokonania śmierci czy też uzyskania młodości. Była niezrozumiała, a ludzie bali się tego, czego nie umieli zrozumieć.
Nawet jeśli kusiło ją zerknięcie w stronę stoliczka i istoty wewnątrz, nie odwracała pytającego spojrzenia od towarzysza, który uśmiechnął się — trudno stwierdzić, czy przez zadane pytanie, czy może z innego powodu, którego Cynthia nie mogła znaleźć. Jej kąciki ust też drgnęły, unosząc się ku górze delikatnie. Uśmiechnęła się niewinnie, trochę słodko, naiwnie, jakby nieświadoma drugiego dna w wypowiedzianych przez nią słowach. Czy on był niebezpieczny? Czy ten dom był pułapką? Czy przychodząc tu, podpisała jakiś pakt? Jej atutem nie było piękno — sprawa umowna, tak odmienną dla każdego, zależna od gustu. Cynthia przywodziła na myśl stworzenie czyste, pozbawione ciemności i skazy. Jasne oczy w połączeniu z równie jasną cerą i mieniącymi się srebrem włosami sprawiały, że wyglądała, jakby wojna i złe rzeczy wcale jej nie dotyczyły. Ludzie potrzebowali takich obrazów w niespokojnych czasach, stąd miała odrobinę łatwiej, gdy chciała coś osiągnąć, wykorzystując do tego wygląd. Bo i tak robiła, gdy było to konieczne. Nie chcieli sięgnąć po niewinną owieczkę rękoma po to, aby ją chronić — częściej po to, aby z tej niewinności ją rozedrzeć. Dostrzec w innych kolorach, zmienić malujący się przed oczami obraz. Wiele kobiet było piękniejszych od niej — Victoria, Brenna czy chociażby Loretta, o oczach głębszych niż jej błękitne, a włosach ciemniejszych niż nocne niebo, ale żadna z nich nie próbowała pielęgnować swojej niewinności.
Jego odpowiedź sprawiła, że wyprostowała głowę, robiąc krok w jego stronę i unosząc dłoń.
- Nie ma bezpiecznych miejsc. Nigdy nie zakładaj, że jesteś bezpieczny. - przerwała na chwilę, przenosząc wzrok na wyciągnięte w jej stronę palce. Nie zawahała się jednak, bo gdy raz Flint się na coś zdecydowała, po prostu przy tym tkwiła, wierząc w słuszność swojej decyzji. W korzyści warte konsekwencji. Chłodna skóra blondynki zetknęła się z cieplejszą dłonią Rodolphusa, gdy zacisnęła na niej palce. Na szczęście, nie miała problemów z teleportacją. Odchyliła nieco podbródek, aby na niego spojrzeć. - Bezpieczeństwo daje niemoc, usypia czujność.
Zakończyła spokojnym i łagodnym tonem, przyglądając mu się z zaciekawieniem.
Niewymowni mieli przewagę ze swoimi sekretami, aurorzy nie mieli prawa w nich grzebać, jeśli nie uzyskali aprobaty któregoś z nich. Często wykraczały one poza podstawowy schemat dobra i zła, były bardziej złożone. O tyle, ile mógł być to fascynujący departament i pełna zagadek, słodka przyszłość — nie było to coś, co ją mogło usatysfakcjonować. Ludzkie ciało, jego możliwości, jak i sama styczność ze śmiercią były uzależniające, nawet jeśli z góry przegrane, bo śmierci nie dało się obedrzeć z sekretów. Im głębiej sięgałeś, tym więcej musiałeś zapłacić. Było to bezpieczniejsze miejsce dla popleczników.
Co mogło wyniknąć z połączenia wiedzy dwójki osób tak silnie zakorzenionych w swoich obowiązkach? Bo nie wątpiła w jego angażowanie, widoczne w spojrzeniu już tamtego dnia w kawiarni. W pozornie tylko jasnych oczach kryło się też niebezpieczeństwo, jakaś ciemność, ale nie w tak oczywistej formie, jak w spojrzeniu Louvaina. Zakamuflowana niczym tatuaże, osłonięta maskami.
Z zamyślenia wyrwały ją słowa Rudiego, na które pokręciła delikatnie głową, porzucając gdybanie na tematy, których poruszyć z nim przecież nie mogła. Jeszcze nie.
- Wezmę następnym razem. - zapewniła go tylko, czując, jak ramiona jej drgają w mimowolnym geście, sugerującym, że nie było to żaden problem. - Tak wiele miejsca na półkach stwarza miejsce na nowe możliwości. Być może odmiennych niż dotychczas autorów.
Ona swoich najlepszych, najmniej legalnych ksiąg też nie trzymała na widoku. Nie ukrywała ich w atlasach. Nie rozumiała nadal tego całego zakazu i nagonki na nekromancję, której stosowanie wystarczyłoby zwyczajnie zamknąć w kilku zasadach. Marnowali cały potencjał płynący z tej sztuki, która, chociaż powiązana ze śmiercią, mogła znacznie więcej niż krzywdzenie. Pozwalała sięgać dalej, niż do prostych prób pokonania śmierci czy też uzyskania młodości. Była niezrozumiała, a ludzie bali się tego, czego nie umieli zrozumieć.
Nawet jeśli kusiło ją zerknięcie w stronę stoliczka i istoty wewnątrz, nie odwracała pytającego spojrzenia od towarzysza, który uśmiechnął się — trudno stwierdzić, czy przez zadane pytanie, czy może z innego powodu, którego Cynthia nie mogła znaleźć. Jej kąciki ust też drgnęły, unosząc się ku górze delikatnie. Uśmiechnęła się niewinnie, trochę słodko, naiwnie, jakby nieświadoma drugiego dna w wypowiedzianych przez nią słowach. Czy on był niebezpieczny? Czy ten dom był pułapką? Czy przychodząc tu, podpisała jakiś pakt? Jej atutem nie było piękno — sprawa umowna, tak odmienną dla każdego, zależna od gustu. Cynthia przywodziła na myśl stworzenie czyste, pozbawione ciemności i skazy. Jasne oczy w połączeniu z równie jasną cerą i mieniącymi się srebrem włosami sprawiały, że wyglądała, jakby wojna i złe rzeczy wcale jej nie dotyczyły. Ludzie potrzebowali takich obrazów w niespokojnych czasach, stąd miała odrobinę łatwiej, gdy chciała coś osiągnąć, wykorzystując do tego wygląd. Bo i tak robiła, gdy było to konieczne. Nie chcieli sięgnąć po niewinną owieczkę rękoma po to, aby ją chronić — częściej po to, aby z tej niewinności ją rozedrzeć. Dostrzec w innych kolorach, zmienić malujący się przed oczami obraz. Wiele kobiet było piękniejszych od niej — Victoria, Brenna czy chociażby Loretta, o oczach głębszych niż jej błękitne, a włosach ciemniejszych niż nocne niebo, ale żadna z nich nie próbowała pielęgnować swojej niewinności.
Jego odpowiedź sprawiła, że wyprostowała głowę, robiąc krok w jego stronę i unosząc dłoń.
- Nie ma bezpiecznych miejsc. Nigdy nie zakładaj, że jesteś bezpieczny. - przerwała na chwilę, przenosząc wzrok na wyciągnięte w jej stronę palce. Nie zawahała się jednak, bo gdy raz Flint się na coś zdecydowała, po prostu przy tym tkwiła, wierząc w słuszność swojej decyzji. W korzyści warte konsekwencji. Chłodna skóra blondynki zetknęła się z cieplejszą dłonią Rodolphusa, gdy zacisnęła na niej palce. Na szczęście, nie miała problemów z teleportacją. Odchyliła nieco podbródek, aby na niego spojrzeć. - Bezpieczeństwo daje niemoc, usypia czujność.
Zakończyła spokojnym i łagodnym tonem, przyglądając mu się z zaciekawieniem.