07.01.2025, 03:39 ✶
Nie bez powodu niektórzy twierdzili, że miłość przychodzi znienacka. Być może w tamtej chwili miał wewnętrzne opory przed nazwaniem tego stanu czymkolwiek innym niż potencjalnym działaniem klątwy (jakiej? po czasie na usta cisnęło się już tylko proste: srakiej). Nawet teraz trudno byłoby mu przyznać, że to stanowczo wykraczało poza ramy standardowo rozwijającego się zauroczenia.
Przynajmniej na głos, bo we wnętrzu swojej głowy wiedział to już niemalże od samego początku. Miesiącami ostrożnie brodził w mętnym nazywaniu tego zakochaniem, ale zakochani ludzie nie odczuwali aż takiego wachlarza emocji.
Był tego pewien, nawet jeśli nigdy wcześniej nie znajdował się w takim stanie. To było coś innego, dużo bardziej złożonego. Chciał z nią być w ten cielesny sposób. Już to sobie udowodnili, robiąc plany na kolejne chwile w swoich objęciach. Nawet na tym kocu rozłożonym na szorstkim piasku, wciskającym się wszędzie.
Oczywiście, że ta fizyczna strona była dla niego cholernie istotna. Miesiącami krążyli wokół siebie, raz po raz przypadkiem zbyt długo się obejmując. Nieświadomie poruszając głową tak, że pocałunek na powitanie czy pożegnanie trafiał trochę za blisko ust albo za nisko na linii szczęki, czasami nawet prawie na szyi.
Wiele razy, kiedy przyszła już ta jasność, oboje dawali sobie nawzajem całkiem sporo dowodów na to, że pozostawanie w sferze platonicznego kumpelstwa nie powinno być dla nich. Przy innych znajomych nie zdarzało mu się myśleć przed zdjęciem koszuli, ale też wzrok innych, rzeczywiście platonicznie zaprzyjaźnionych z nim kobiet nie palił tak bardzo jego odsłoniętej skóry ani nie powodował wewnętrznej fali gorąca.
Kilka razy był pewien, że nie mogła przeoczyć tego, w jaki sposób samowolnie reagowało na nią jego ciało. Wtedy wydawało mu się, że nie komentowała tego, bo nie chciała tego z nim, ale jednocześnie miała trudność z powodzeniem mu tego wprost.
A teraz? Teraz obejmował ją ramionami na plaży, stojąc z nią twarzą w twarz, niemalże czoło w czoło i był szczęśliwy. Podekscytowany i ogarnięty żarem podniecenia roztaczanymi wizjami, ale nie tylko, bo...
...no, właśnie. Nie chodziło wyłącznie o cielesność. Tylko o obecność. Możliwość poprawienia jej włosów, rozplecenia warkocza albo wręcz przeciwnie - bawienia się blond włosami o odurzającym zapachu. Bycia obok siebie przez cały długi weekend, mając świadomość tego, że później również będą mieć dla siebie wiele więcej czasu.
Być może nie mógł odbierać jej z pracy czy robić tych wszystkich standardowych rzeczy, które wydawało mu się, że robili co poniektórzy, czy tych, o których napomykali mu przyjaciele. Ale to też było na swój sposób wyjątkowe, bo ich.
A oni nie byli standardowi - już to kiedyś ustalili. To, co ich łączyło też takie nie było. Gdyby zadała mu pytanie, do którego ją prowokował, odpowiedziałby na nie bez zawahania. Wiedział o niej naprawdę wiele. Sam też odsłonił się przed nią bardziej niż przed kimkolwiek innym, czując tak wiele różnych uczuć, ale przede wszystkim dedykację.
To chyba było właśnie to. Podstawowe uczucie, na którym oparta była cała reszta, ta cała miłość. Wtedy w dworku, kiedy ocknęli się z tamtego dworku, czuł się skołowany, ale też zaniepokojony. O nią. Czuł się oddany temu, co ich łączyło, co powinno ich łączyć. Co zawsze gdzieś tam było.
- Możesz wznosić się wysoko. Tylko pamiętaj, żeby mnie w tym uwzględnić - odparł lekko, wzruszając ramionami.
W tym momencie nie czuł potrzeby mówienia czegokolwiek poważnego. Niczego o faktycznym lataniu na miotle czy nie daj, Merlinie na jednej z tych skrzydlatych bestii. Nie lubił też zaczarowanych powozów ani czegokolwiek w tym stylu. A jednak sam w sobie czuł się całkiem uskrzydlony. Tym, co się działo i co miało mieć miejsce.
Tak, zdecydowanie też wierzył w ich kreatywność. Bez dwóch zdań. Mieli okazję wykorzystać ją w naprawdę różnych celach. W tym konkretnym dopiero zaczynali to robić i dotychczasowe posunięcia zdecydowanie ku temu zachęcały. Pozbywając się niewygodnej łatki, przestali mieć jakiekolwiek opory przed tym, aby pozbyć się jeszcze kilku innych rzeczy.
Teraz też mieli to zrobić. Nie wątpił, że siedzenie na kocyku pod gwiazdami, trzymanie się za rękę i obejmowanie Geraldine ramieniem, podczas gdy ona opierałaby o niego głowę miało być dobre...
...ale nie na dłuższą metę. Wielomiesięczne powtarzanie, że umie trzymać ręce przy sobie mógł równie dobrze włożyć między bajki. Te o smokach, ale nie o księżniczkach. Bo w istocie tak jak to mówił wtedy w labiryncie - miał swoją jedną upatrzoną królewnę, która przysporzyła mu całkiem dużo starań, ale czego się nie robi dla szczęśliwego zakończenia, czyż nie?
- To byłoby zbyt proste, prawda? - Uniósł brew w wyrazie rozbawienia, nie powstrzymując się przed cichym parsknięciem.
No, ich klątwa z pewnością była czymś bardzo jednomyślnie zaakceptowanym. Poszukiwali odpowiedzi na to, co się stało, gdy w rzeczywistości to była wyłącznie marna wymówka do spędzania ze sobą coraz więcej i więcej czasu.
Niczego się przy tym nie dowiedzieli. Choć gdyby w tym momencie ponownie sięgnęli po literaturę, wiedząc to, co wiedzieli w tej chwili, odpowiedź z pewnością by nadeszła. Szybko, jasno i wyraźnie. Była tak klarowna, że aż boleśnie banalna, ale przecież nie lubili ułatwiać sobie życia.
Zamiast tego wybrali znacznie dłuższą drogę pod górę. Bardziej stromą niż ta teraz, choć i ona nie była taka łatwa do pokonania, gdy piach przez cały czas sypał się na wąskie, zaniedbane stopnie z rozpadających się desek wbitych w ziemię i skałę.
Zaraz po wejściu po schodach na górę i docierając na ganek, jakby zapominając o wszelkich konwenansach, odrzucił torby na deski. Z szerokim uśmiechem podszedł do Yaxleyówny, kiwając głową, gdy postanowiła być jego towarzyszką w zbrodni. Wiedział, że nią będzie. Dokładnie tego od niej oczekiwał, bo przecież znali się już i od tej strony. Nie spodziewał się, aby miała mieć nic przeciwko metodom, w jakie zamierzali znaleźć schronienie.
- Doskonale. Zatem patrz i ucz się - rzucił beztrosko, całkowicie świadomie zamierzając włożyć w swoje gesty nieco więcej teatralności.
Oczywiście, że zamierzał się przed nią popisać. Kimże by był, gdyby tego nie zrobił? Z pewnością nie sobą. Tym bardziej, że był wyjątkowo pewien swoich manualnych zdolności nabytych podczas wcześniejszych wypadów z chłopakami i później w nieco mniej wesołych okolicznościach.
Drzwi ustąpiły, dając się pchnąć. Wnętrze cichego, zdecydowanie opuszczonego korytarza stanęło przed nimi otworem a Ambroise nieznacznie skłonił się przed swoją królewną, gestem dłoni dając jej do zrozumienia, aby jako pierwsza przekroczyła próg.
Gdy w końcu znaleźli się w nadmorskim domu, światło zachodzącego słońca wpadało przez okna, malując pokój w ciepłe odcienie złota i pomarańczu. Nie był to może szczyt luksusu, ale na cztery dni z pewnością miał im posłużyć za naprawdę przyjemne, mające swój klimat miłosne gniazdko.
Gdy tylko przekroczyli próg, nie mógł się już dłużej powstrzymać. Odłożył plecak Geraldine na ziemię, zbliżył się do niej i uniósł jej podbródek, by spojrzeć dziewczynie głęboko w oczy.
- Gotowa na rozpoczęcie weekendu? - Spytał miękko, choć jednocześnie nie potrzeba było zbyt wiele, aby stwierdzić, że nie miał w sobie żadnej powagi.
To było coś innego niż zazwyczaj. Głębszego a jednocześnie znacznie prostszego, całkowicie niewymuszonego, nie naznaczonego żadnymi sztywnymi regułami czy konwenansami. Przejmowaniem się tym, w jaki sposób na niego spojrzy, czy odrzuci ten dotyk albo wykrzywi twarz w niedowierzaniu.
Już wcześniej jako przyjaciele mieli okazję poznać się od tej mniej oficjalnej strony. Nieco mniej dojrzałej czy odpowiedzialnej, pozbawionej znacznej części tej całej sztywnej otoczki towarzyszącej noszeniu się jak ludzie o ich pozycji w czarodziejskim świecie. Potrafili zachowywać się przy sobie bardziej impulsywnie, ale w tym momencie mogło się zdawać, że opadła ta ostateczna kurtyna.
Zsunęła się na podłogę wtedy w sypialni przy Horyzontalnej i już tam pozostała. Stając przy Geraldine, trzymając jej podbródek i patrząc jej prosto w oczy, mimowolnie się do niej uśmiechnął. Całkowicie szczeniacko tak jak to, co zaraz zrobił, opierając czoło o jej czoło wyłącznie po to, aby musnąć wargi Yaxleyówny w przelotnym, całkiem słodkim pocałunku...
...wciąż z czołem przy czole dziewczyny i unosząc kąciki ust, przyzezował zielonymi oczami. W tej chwili błyszczącymi bardziej niż kiedykolwiek. Gdziekolwiek była ta dwójka dorosłych ludzi, nie wyglądało na to, aby znalazła się z nimi teraz w pomieszczeniu. Ale młodość rządziła się swoimi prawami, prawda?
A on teraz, właśnie w tej chwili czuł się dużo młodziej niż w rzeczywistości. W istocie wcale nie będąc starym człowiekiem, ale jednocześnie momentami mając wrażenie, że pozycja, rola czy przyjęte obowiązki przez znaczną większość czasu sprawiały, że zachowywał się znacznie poważniej. Zdecydowanie dużo bardziej oficjalnie i z wyższością, czasami nawet chłodno, ozięble.
To zniknęło. Wyparowało dosłownie w jednej chwili, choć raczej by tego nie przyznał, zrzucając z niego nie tylko ciężar ich bezsensownej, wymuszonej przyjaźni, lecz także całkiem wielu lat, odkąd ostatni raz na trzeźwo zachowywał się przy kimś w taki sposób.
Choć prawdopodobnie nawet wtedy nie było to w żaden sposób porównywalne do tego chłopięcego błysku w oczach, do nieskrępowanego podekscytowania. Do rozbawienia i czegoś jeszcze - jawnej adoracji. Nie tylko czystego fizycznego pożądania, choć i ono było bardzo dostrzegalne. Chodziło tu również o ten specyficzny sposób, w jaki nigdy na nikogo nie spoglądał.
Patrzył na nią z czułością, być może przemieszaną z powoli gasnącym niedowierzaniem, a jednak w głównej mierze bez skrępowania i zawahania. Szczerze, otwarcie, trochę szczeniacko. Z zaangażowaniem - dziwne słowo, zwłaszcza w kontekście czegoś, o co nigdy by się nie podejrzewał. A jednak.
Był...
...zakochanie nie było właściwym słowem. Tu chyba nie istniało określenie obejmujące wszystko, co pojawiło się wtedy między nimi w tamtym dworku. Tego, co rozrosło się przez ostatnie miesiące. Czegoś, co sprawiło, że mając taką możliwość, Ambroise wreszcie puścił podbródek Geraldine.
Tylko po to, aby wyciągnąć ku niej rękę, jakby próbował ją objąć, jednakże wcale nie mając takiego zamiaru. W momencie, gdy ją chwycił, obrócił ją wokół własnej osi, dopiero wtedy kończąc ten ruch objęciem jego dziewczyny.
Przyciągnął ją do siebie z zuchwałym uśmiechem na twarzy. Nie pytał czy może pozwolić sobie na kolejny pocałunek. Tym razem głębszy, choć i znacznie bardziej powolny, trochę leniwy. Po chwili oderwał się, odsuwając twarz tylko na tyle, by spojrzeć jej w oczy. Jego oczy były pełne beztroskiej radości.
Nie obchodziło go, że to miejsce jest nieco zaniedbane, że dookoła w świetle zachodzącego słońca skrzą się tumany kurzu wzburzonego ich wcześniejszym gwałtownym ruchem. To, że dekoracje wewnątrz pomieszczeń są trochę komiczne, przerysowanie nadmorskie czy tam (jak to lubiły mówić panie domu) marynarskie.
Byli młodzi, zakochani i pełni życia, gotowi na cztery dni pełne niezapomnianych chwil w tym nadmorskim domu. Tylko oni dwoje i morze czekające na nich za drewnianymi drzwiami. Czegóż chcieć więcej?
Przynajmniej na głos, bo we wnętrzu swojej głowy wiedział to już niemalże od samego początku. Miesiącami ostrożnie brodził w mętnym nazywaniu tego zakochaniem, ale zakochani ludzie nie odczuwali aż takiego wachlarza emocji.
Był tego pewien, nawet jeśli nigdy wcześniej nie znajdował się w takim stanie. To było coś innego, dużo bardziej złożonego. Chciał z nią być w ten cielesny sposób. Już to sobie udowodnili, robiąc plany na kolejne chwile w swoich objęciach. Nawet na tym kocu rozłożonym na szorstkim piasku, wciskającym się wszędzie.
Oczywiście, że ta fizyczna strona była dla niego cholernie istotna. Miesiącami krążyli wokół siebie, raz po raz przypadkiem zbyt długo się obejmując. Nieświadomie poruszając głową tak, że pocałunek na powitanie czy pożegnanie trafiał trochę za blisko ust albo za nisko na linii szczęki, czasami nawet prawie na szyi.
Wiele razy, kiedy przyszła już ta jasność, oboje dawali sobie nawzajem całkiem sporo dowodów na to, że pozostawanie w sferze platonicznego kumpelstwa nie powinno być dla nich. Przy innych znajomych nie zdarzało mu się myśleć przed zdjęciem koszuli, ale też wzrok innych, rzeczywiście platonicznie zaprzyjaźnionych z nim kobiet nie palił tak bardzo jego odsłoniętej skóry ani nie powodował wewnętrznej fali gorąca.
Kilka razy był pewien, że nie mogła przeoczyć tego, w jaki sposób samowolnie reagowało na nią jego ciało. Wtedy wydawało mu się, że nie komentowała tego, bo nie chciała tego z nim, ale jednocześnie miała trudność z powodzeniem mu tego wprost.
A teraz? Teraz obejmował ją ramionami na plaży, stojąc z nią twarzą w twarz, niemalże czoło w czoło i był szczęśliwy. Podekscytowany i ogarnięty żarem podniecenia roztaczanymi wizjami, ale nie tylko, bo...
...no, właśnie. Nie chodziło wyłącznie o cielesność. Tylko o obecność. Możliwość poprawienia jej włosów, rozplecenia warkocza albo wręcz przeciwnie - bawienia się blond włosami o odurzającym zapachu. Bycia obok siebie przez cały długi weekend, mając świadomość tego, że później również będą mieć dla siebie wiele więcej czasu.
Być może nie mógł odbierać jej z pracy czy robić tych wszystkich standardowych rzeczy, które wydawało mu się, że robili co poniektórzy, czy tych, o których napomykali mu przyjaciele. Ale to też było na swój sposób wyjątkowe, bo ich.
A oni nie byli standardowi - już to kiedyś ustalili. To, co ich łączyło też takie nie było. Gdyby zadała mu pytanie, do którego ją prowokował, odpowiedziałby na nie bez zawahania. Wiedział o niej naprawdę wiele. Sam też odsłonił się przed nią bardziej niż przed kimkolwiek innym, czując tak wiele różnych uczuć, ale przede wszystkim dedykację.
To chyba było właśnie to. Podstawowe uczucie, na którym oparta była cała reszta, ta cała miłość. Wtedy w dworku, kiedy ocknęli się z tamtego dworku, czuł się skołowany, ale też zaniepokojony. O nią. Czuł się oddany temu, co ich łączyło, co powinno ich łączyć. Co zawsze gdzieś tam było.
- Możesz wznosić się wysoko. Tylko pamiętaj, żeby mnie w tym uwzględnić - odparł lekko, wzruszając ramionami.
W tym momencie nie czuł potrzeby mówienia czegokolwiek poważnego. Niczego o faktycznym lataniu na miotle czy nie daj, Merlinie na jednej z tych skrzydlatych bestii. Nie lubił też zaczarowanych powozów ani czegokolwiek w tym stylu. A jednak sam w sobie czuł się całkiem uskrzydlony. Tym, co się działo i co miało mieć miejsce.
Tak, zdecydowanie też wierzył w ich kreatywność. Bez dwóch zdań. Mieli okazję wykorzystać ją w naprawdę różnych celach. W tym konkretnym dopiero zaczynali to robić i dotychczasowe posunięcia zdecydowanie ku temu zachęcały. Pozbywając się niewygodnej łatki, przestali mieć jakiekolwiek opory przed tym, aby pozbyć się jeszcze kilku innych rzeczy.
Teraz też mieli to zrobić. Nie wątpił, że siedzenie na kocyku pod gwiazdami, trzymanie się za rękę i obejmowanie Geraldine ramieniem, podczas gdy ona opierałaby o niego głowę miało być dobre...
...ale nie na dłuższą metę. Wielomiesięczne powtarzanie, że umie trzymać ręce przy sobie mógł równie dobrze włożyć między bajki. Te o smokach, ale nie o księżniczkach. Bo w istocie tak jak to mówił wtedy w labiryncie - miał swoją jedną upatrzoną królewnę, która przysporzyła mu całkiem dużo starań, ale czego się nie robi dla szczęśliwego zakończenia, czyż nie?
- To byłoby zbyt proste, prawda? - Uniósł brew w wyrazie rozbawienia, nie powstrzymując się przed cichym parsknięciem.
No, ich klątwa z pewnością była czymś bardzo jednomyślnie zaakceptowanym. Poszukiwali odpowiedzi na to, co się stało, gdy w rzeczywistości to była wyłącznie marna wymówka do spędzania ze sobą coraz więcej i więcej czasu.
Niczego się przy tym nie dowiedzieli. Choć gdyby w tym momencie ponownie sięgnęli po literaturę, wiedząc to, co wiedzieli w tej chwili, odpowiedź z pewnością by nadeszła. Szybko, jasno i wyraźnie. Była tak klarowna, że aż boleśnie banalna, ale przecież nie lubili ułatwiać sobie życia.
Zamiast tego wybrali znacznie dłuższą drogę pod górę. Bardziej stromą niż ta teraz, choć i ona nie była taka łatwa do pokonania, gdy piach przez cały czas sypał się na wąskie, zaniedbane stopnie z rozpadających się desek wbitych w ziemię i skałę.
Zaraz po wejściu po schodach na górę i docierając na ganek, jakby zapominając o wszelkich konwenansach, odrzucił torby na deski. Z szerokim uśmiechem podszedł do Yaxleyówny, kiwając głową, gdy postanowiła być jego towarzyszką w zbrodni. Wiedział, że nią będzie. Dokładnie tego od niej oczekiwał, bo przecież znali się już i od tej strony. Nie spodziewał się, aby miała mieć nic przeciwko metodom, w jakie zamierzali znaleźć schronienie.
- Doskonale. Zatem patrz i ucz się - rzucił beztrosko, całkowicie świadomie zamierzając włożyć w swoje gesty nieco więcej teatralności.
Oczywiście, że zamierzał się przed nią popisać. Kimże by był, gdyby tego nie zrobił? Z pewnością nie sobą. Tym bardziej, że był wyjątkowo pewien swoich manualnych zdolności nabytych podczas wcześniejszych wypadów z chłopakami i później w nieco mniej wesołych okolicznościach.
Drzwi ustąpiły, dając się pchnąć. Wnętrze cichego, zdecydowanie opuszczonego korytarza stanęło przed nimi otworem a Ambroise nieznacznie skłonił się przed swoją królewną, gestem dłoni dając jej do zrozumienia, aby jako pierwsza przekroczyła próg.
Gdy w końcu znaleźli się w nadmorskim domu, światło zachodzącego słońca wpadało przez okna, malując pokój w ciepłe odcienie złota i pomarańczu. Nie był to może szczyt luksusu, ale na cztery dni z pewnością miał im posłużyć za naprawdę przyjemne, mające swój klimat miłosne gniazdko.
Gdy tylko przekroczyli próg, nie mógł się już dłużej powstrzymać. Odłożył plecak Geraldine na ziemię, zbliżył się do niej i uniósł jej podbródek, by spojrzeć dziewczynie głęboko w oczy.
- Gotowa na rozpoczęcie weekendu? - Spytał miękko, choć jednocześnie nie potrzeba było zbyt wiele, aby stwierdzić, że nie miał w sobie żadnej powagi.
To było coś innego niż zazwyczaj. Głębszego a jednocześnie znacznie prostszego, całkowicie niewymuszonego, nie naznaczonego żadnymi sztywnymi regułami czy konwenansami. Przejmowaniem się tym, w jaki sposób na niego spojrzy, czy odrzuci ten dotyk albo wykrzywi twarz w niedowierzaniu.
Już wcześniej jako przyjaciele mieli okazję poznać się od tej mniej oficjalnej strony. Nieco mniej dojrzałej czy odpowiedzialnej, pozbawionej znacznej części tej całej sztywnej otoczki towarzyszącej noszeniu się jak ludzie o ich pozycji w czarodziejskim świecie. Potrafili zachowywać się przy sobie bardziej impulsywnie, ale w tym momencie mogło się zdawać, że opadła ta ostateczna kurtyna.
Zsunęła się na podłogę wtedy w sypialni przy Horyzontalnej i już tam pozostała. Stając przy Geraldine, trzymając jej podbródek i patrząc jej prosto w oczy, mimowolnie się do niej uśmiechnął. Całkowicie szczeniacko tak jak to, co zaraz zrobił, opierając czoło o jej czoło wyłącznie po to, aby musnąć wargi Yaxleyówny w przelotnym, całkiem słodkim pocałunku...
...wciąż z czołem przy czole dziewczyny i unosząc kąciki ust, przyzezował zielonymi oczami. W tej chwili błyszczącymi bardziej niż kiedykolwiek. Gdziekolwiek była ta dwójka dorosłych ludzi, nie wyglądało na to, aby znalazła się z nimi teraz w pomieszczeniu. Ale młodość rządziła się swoimi prawami, prawda?
A on teraz, właśnie w tej chwili czuł się dużo młodziej niż w rzeczywistości. W istocie wcale nie będąc starym człowiekiem, ale jednocześnie momentami mając wrażenie, że pozycja, rola czy przyjęte obowiązki przez znaczną większość czasu sprawiały, że zachowywał się znacznie poważniej. Zdecydowanie dużo bardziej oficjalnie i z wyższością, czasami nawet chłodno, ozięble.
To zniknęło. Wyparowało dosłownie w jednej chwili, choć raczej by tego nie przyznał, zrzucając z niego nie tylko ciężar ich bezsensownej, wymuszonej przyjaźni, lecz także całkiem wielu lat, odkąd ostatni raz na trzeźwo zachowywał się przy kimś w taki sposób.
Choć prawdopodobnie nawet wtedy nie było to w żaden sposób porównywalne do tego chłopięcego błysku w oczach, do nieskrępowanego podekscytowania. Do rozbawienia i czegoś jeszcze - jawnej adoracji. Nie tylko czystego fizycznego pożądania, choć i ono było bardzo dostrzegalne. Chodziło tu również o ten specyficzny sposób, w jaki nigdy na nikogo nie spoglądał.
Patrzył na nią z czułością, być może przemieszaną z powoli gasnącym niedowierzaniem, a jednak w głównej mierze bez skrępowania i zawahania. Szczerze, otwarcie, trochę szczeniacko. Z zaangażowaniem - dziwne słowo, zwłaszcza w kontekście czegoś, o co nigdy by się nie podejrzewał. A jednak.
Był...
...zakochanie nie było właściwym słowem. Tu chyba nie istniało określenie obejmujące wszystko, co pojawiło się wtedy między nimi w tamtym dworku. Tego, co rozrosło się przez ostatnie miesiące. Czegoś, co sprawiło, że mając taką możliwość, Ambroise wreszcie puścił podbródek Geraldine.
Tylko po to, aby wyciągnąć ku niej rękę, jakby próbował ją objąć, jednakże wcale nie mając takiego zamiaru. W momencie, gdy ją chwycił, obrócił ją wokół własnej osi, dopiero wtedy kończąc ten ruch objęciem jego dziewczyny.
Przyciągnął ją do siebie z zuchwałym uśmiechem na twarzy. Nie pytał czy może pozwolić sobie na kolejny pocałunek. Tym razem głębszy, choć i znacznie bardziej powolny, trochę leniwy. Po chwili oderwał się, odsuwając twarz tylko na tyle, by spojrzeć jej w oczy. Jego oczy były pełne beztroskiej radości.
Nie obchodziło go, że to miejsce jest nieco zaniedbane, że dookoła w świetle zachodzącego słońca skrzą się tumany kurzu wzburzonego ich wcześniejszym gwałtownym ruchem. To, że dekoracje wewnątrz pomieszczeń są trochę komiczne, przerysowanie nadmorskie czy tam (jak to lubiły mówić panie domu) marynarskie.
Byli młodzi, zakochani i pełni życia, gotowi na cztery dni pełne niezapomnianych chwil w tym nadmorskim domu. Tylko oni dwoje i morze czekające na nich za drewnianymi drzwiami. Czegóż chcieć więcej?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down