07.01.2025, 18:14 ✶
Jeśli nie czerpie się przyjemności z błądzenia po labiryncie rzeczy nie do końca jasnych, po co w ogóle zostawać wróżbitą?
Gdyby Peregrinusa pociągały stałe wyryte w skale, zostałby historykiem; tam coś raz odkryte, pozostawało niezmienne. On wybrał nieuchwytność zagadek, których nie dało się nigdy do końca odszyfrować. Nie przeszkadzało mu, że wynik gry nie jest w pełni zależny od niego, że musi ostatecznie ulec kaprysom siły wyższej. Lubił gonić i dawać się porwać obsesji przewidywania nieprzewidywalnego; lubił to, że nie miał wszystkiego na wyciągnięcie ręki. Lubił to, czego nie dało się poskromić.
I gdyby mu przeszkadzało, że Dolohov lubi bawić się w boga, dawno by go tu nie było.
Nieosiągalność go nie zniechęcała, dopóki nie była całkowita. Chłód jednego dnia nie powstrzymywał go przed poszukiwaniem bliskości dnia kolejnego. Po odmowie pudrował nienasycenie, unosząc się mało wiarygodnie dumą i pozą bycia ponad to. Iskry wystarczyły, żeby podtrzymać jego zainteresowanie, a niektóre z nich zapamiętywał dokładniej niż całkowite zatonięcie w czułościach.
Choć był na tyle spostrzegawczy, aby wypatrzeć sensowną część kłamstw, sam miał problem z zaprezentowaniem wiarygodnego fałszu. Opanował prawdziwie przekonująco jedną tylko fałszywą rolę: zobojętnienie. Nie potrafił mamić, ale mistrzowsko się chował. Brakowało mu subtelności czarującego aktora, jego rola była prymitywna: kamienna twarz i puste oczy. Ilekroć próbował udawać coś innego — nieważne, czy tak tylko lekko nagiąć jakąś prawdę pod wpływem chwili, czy zaprezentować długo i misternie przygotowywane oszustwo — autentyczność zawsze złośliwie uciekała spomiędzy tych iluzji. Żeby go zdemaskować, nie trzeba było nawet nikogo wybitnie spostrzegawczego. Jedyne, co potrafił nałgać bez mrugnięcia okiem, to: nie wiem, nie interesowałem się tym, nie ma znaczenia.
To, że zagadnął Vakela przy biurku, było kolejnym unikiem. Blat dzielił i dawał dystans. Łatwo było w takim układzie udawać, że chodzi mu tylko i wyłącznie o uzyskanie odpowiedzi, a treść — niezależnie jaka będzie — wcale go nie ruszy. To wyglądałoby prawie jak kolejny element pracy, byłoby takie dla niego wygodne.
I bardzo niesprawiedliwe, bo oczekiwał wynurzeń i otwartości, a sam uciekał. Nie chciał, żeby wrócili do punktu wyjścia, sprzed wieczora, kiedy Vakel wyciągnął go z tej strefy tępego komfortu. Był zły na siebie, że wciąż lgnął do swoich kryjówek, że to tak wygląda, że powinno być tak pięknie i prosto się otworzyć, przecież mu tak na nim zależało, a jednak wciąż pierwszym odruchem było cofanie się.
Przeniósł się za nim na sofę. Chciał być blisko i poddać się zaproszeniu ze swobodą równą Vakelowi, a mimo to musiał podjąć aktywny wysiłek, żeby nie odwrócić wzroku i nie rzucać głuchych pytań w przestrzeń, szykując się na odpowiedź, która ma szansę odsłonić nie tylko Dolohova, ale i wywołać coś w nim samym. Że nie daj Merlinie, okaże się, że Peregrinus jest naszpikowany słabościami. Że boi się, zazdrości i zamartwia.
Miał czas, aby pomyśleć nad tym, gdzie zacząć, więc zamiast teraz szarpać się z myślami, mógł skupić się na tym, żeby być w pełni obecnym obok niego, bez wykręcania się.
— Tak, w takim razie... co się z tobą działo tamtego dnia, kiedy byliśmy ze Scyllą na polanie? — Wyglądał i brzmiał wystarczająco dobrze: szczerym, czystym zainteresowaniem.
Gdyby Peregrinusa pociągały stałe wyryte w skale, zostałby historykiem; tam coś raz odkryte, pozostawało niezmienne. On wybrał nieuchwytność zagadek, których nie dało się nigdy do końca odszyfrować. Nie przeszkadzało mu, że wynik gry nie jest w pełni zależny od niego, że musi ostatecznie ulec kaprysom siły wyższej. Lubił gonić i dawać się porwać obsesji przewidywania nieprzewidywalnego; lubił to, że nie miał wszystkiego na wyciągnięcie ręki. Lubił to, czego nie dało się poskromić.
I gdyby mu przeszkadzało, że Dolohov lubi bawić się w boga, dawno by go tu nie było.
Nieosiągalność go nie zniechęcała, dopóki nie była całkowita. Chłód jednego dnia nie powstrzymywał go przed poszukiwaniem bliskości dnia kolejnego. Po odmowie pudrował nienasycenie, unosząc się mało wiarygodnie dumą i pozą bycia ponad to. Iskry wystarczyły, żeby podtrzymać jego zainteresowanie, a niektóre z nich zapamiętywał dokładniej niż całkowite zatonięcie w czułościach.
Choć był na tyle spostrzegawczy, aby wypatrzeć sensowną część kłamstw, sam miał problem z zaprezentowaniem wiarygodnego fałszu. Opanował prawdziwie przekonująco jedną tylko fałszywą rolę: zobojętnienie. Nie potrafił mamić, ale mistrzowsko się chował. Brakowało mu subtelności czarującego aktora, jego rola była prymitywna: kamienna twarz i puste oczy. Ilekroć próbował udawać coś innego — nieważne, czy tak tylko lekko nagiąć jakąś prawdę pod wpływem chwili, czy zaprezentować długo i misternie przygotowywane oszustwo — autentyczność zawsze złośliwie uciekała spomiędzy tych iluzji. Żeby go zdemaskować, nie trzeba było nawet nikogo wybitnie spostrzegawczego. Jedyne, co potrafił nałgać bez mrugnięcia okiem, to: nie wiem, nie interesowałem się tym, nie ma znaczenia.
To, że zagadnął Vakela przy biurku, było kolejnym unikiem. Blat dzielił i dawał dystans. Łatwo było w takim układzie udawać, że chodzi mu tylko i wyłącznie o uzyskanie odpowiedzi, a treść — niezależnie jaka będzie — wcale go nie ruszy. To wyglądałoby prawie jak kolejny element pracy, byłoby takie dla niego wygodne.
I bardzo niesprawiedliwe, bo oczekiwał wynurzeń i otwartości, a sam uciekał. Nie chciał, żeby wrócili do punktu wyjścia, sprzed wieczora, kiedy Vakel wyciągnął go z tej strefy tępego komfortu. Był zły na siebie, że wciąż lgnął do swoich kryjówek, że to tak wygląda, że powinno być tak pięknie i prosto się otworzyć, przecież mu tak na nim zależało, a jednak wciąż pierwszym odruchem było cofanie się.
Przeniósł się za nim na sofę. Chciał być blisko i poddać się zaproszeniu ze swobodą równą Vakelowi, a mimo to musiał podjąć aktywny wysiłek, żeby nie odwrócić wzroku i nie rzucać głuchych pytań w przestrzeń, szykując się na odpowiedź, która ma szansę odsłonić nie tylko Dolohova, ale i wywołać coś w nim samym. Że nie daj Merlinie, okaże się, że Peregrinus jest naszpikowany słabościami. Że boi się, zazdrości i zamartwia.
Miał czas, aby pomyśleć nad tym, gdzie zacząć, więc zamiast teraz szarpać się z myślami, mógł skupić się na tym, żeby być w pełni obecnym obok niego, bez wykręcania się.
— Tak, w takim razie... co się z tobą działo tamtego dnia, kiedy byliśmy ze Scyllą na polanie? — Wyglądał i brzmiał wystarczająco dobrze: szczerym, czystym zainteresowaniem.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie