08.01.2025, 02:47 ✶
Młoda dama w rzeczywistości okazała się dzieckiem. Trochę pyskatym, przekonanym o własnej dojrzałości, ale przecież widział w nikłym świetle, że jej twarz nie wyzbyła się charakterystycznych dla wczesnych lat życia krągłości na policzkach i w okolicach żuchwy, bez względu na to, jak uparcie próbowała to ukryć odważnym makijażem i strojeniem poważnych min. Być może zrobiłoby to wrażenie na chłopcach w jej wieku, ale dla Perseusa było to karykaturalne wręcz, choć na swój sposób również rozczulające. Nie był do końca pewien, czy w ogóle była pełnoletnia. Mugolaczka? Jedna z tych nieszczęsnych dzieci Bellów, które przygarniali do swojego cyrku? To by wyjaśniało, dlaczego nie siedziała teraz w pokoju wspólnym jednym z czterech domów Hogwartu.
— W takim razie proszę wybaczyć mi mój błąd, panno szelmo — odparł z udawaną kąśliwością, by zaraz poblednąć. Mon Dieu, czy ona wspinała się po tej niebezpiecznej zardzewiałej drabinie w butach na obcasie? W swej hipokryzji nie pomyślał nawet, że sam zapewne dziewczęciu dał taki przykład - kaleka z laską pod pachą i winem za pazuchą. On był dorosły, przeżył już wystarczająco (a w ostatnim czasie być może nawet zbyt) wiele, a ponadto niespecjalnie cenił swoje życie. Bywały takie dni, gdy zdawało mu się, że egzystuje tylko na pohybel tym, którzy najchętniej zobaczyliby go w trumnie. Czasem jego jedyną motywacją do wstania z łóżka był croissant z pistacjowym nadzieniem, który obiecał sobie kupić w pączkarni Nory, jeśli przetrwa kolejny dzień w pracy. Innym razem humor poprawiała mu plotka przeczytana w Czarownicy (prenumerowanej rzecz jasna dla żony). Były też wydarzenia, jak charytatywny jarmark w Lecznicy, który miał się odbyć pojutrze. Wszystko to jednak przypominało pojedyncze zadania odhaczane na liście. Brakowało mu większego celu, motywu, który mógłby nadać swojemu życiu. Vespera? Nie był pewien, czy przeżyje. Dzieci? Bał się, że dołączą do matki zanim przyjdzie im zaczerpnąć pierwszy oddech. Pacjenci? Tak, być może to mogłoby się udać. Praca. Praca pozwala zapomnieć, że się istnieje. Lubił zapominać, że istnieje.
— Les autres ils disent comme ça qu'elle est trop belle pour moi, que je suis tout juste boná égorger les chats... J'ai jamais tué d'chats — zanucił pod nosem, wpatrzony w światła miasta — Ou alors y'a longtemps... Ou bien j'ai oublié...*
Wyjął z kieszeni różdżkę i za pomocą jednego ruchu nadgarstka pozbył się korka wciśniętego w szyjkę butelki.
— Być uratowanym przed alkoholizmem przez rozgadaną... młódkę? — zapytał, lustrując ją wzrokiem, ostatnią siłą woli powstrzymując się przed nazwaniem jej smarkulą; przecież niczym sobie na tak pejoratywne określenie nie zasłużyła. Właściwie, to mówiła dość pięknie. Jak zbłąkana strona wyrwana z tomiku poezji i poniesiona przez wiatr w plugastwo tej okolicy. — Przyjemnie będzie na jeden wieczór przestać być ratownikiem.
Ale wiedział, że były to czcze słowa. Nie chciał porzucać swojej roli. Nie znał niczego poza nią. Wytrzymał jej spojrzenie; w przeciwieństwie do niej, oczy Perseusa przypominały dwa oszlifowane krążki obsydianu umieszone w miejscu tęczówek. Oczy miał podkrążone, a policzki zapadnięte, włosy zmierzwione, a ubranie wymagało interwencji żelazka. Żałosny, złamany.
— Za każdym razem — wyznał — A ty?
Odkryj wiadomość pozafabularną
— W takim razie proszę wybaczyć mi mój błąd, panno szelmo — odparł z udawaną kąśliwością, by zaraz poblednąć. Mon Dieu, czy ona wspinała się po tej niebezpiecznej zardzewiałej drabinie w butach na obcasie? W swej hipokryzji nie pomyślał nawet, że sam zapewne dziewczęciu dał taki przykład - kaleka z laską pod pachą i winem za pazuchą. On był dorosły, przeżył już wystarczająco (a w ostatnim czasie być może nawet zbyt) wiele, a ponadto niespecjalnie cenił swoje życie. Bywały takie dni, gdy zdawało mu się, że egzystuje tylko na pohybel tym, którzy najchętniej zobaczyliby go w trumnie. Czasem jego jedyną motywacją do wstania z łóżka był croissant z pistacjowym nadzieniem, który obiecał sobie kupić w pączkarni Nory, jeśli przetrwa kolejny dzień w pracy. Innym razem humor poprawiała mu plotka przeczytana w Czarownicy (prenumerowanej rzecz jasna dla żony). Były też wydarzenia, jak charytatywny jarmark w Lecznicy, który miał się odbyć pojutrze. Wszystko to jednak przypominało pojedyncze zadania odhaczane na liście. Brakowało mu większego celu, motywu, który mógłby nadać swojemu życiu. Vespera? Nie był pewien, czy przeżyje. Dzieci? Bał się, że dołączą do matki zanim przyjdzie im zaczerpnąć pierwszy oddech. Pacjenci? Tak, być może to mogłoby się udać. Praca. Praca pozwala zapomnieć, że się istnieje. Lubił zapominać, że istnieje.
— Les autres ils disent comme ça qu'elle est trop belle pour moi, que je suis tout juste boná égorger les chats... J'ai jamais tué d'chats — zanucił pod nosem, wpatrzony w światła miasta — Ou alors y'a longtemps... Ou bien j'ai oublié...*
Wyjął z kieszeni różdżkę i za pomocą jednego ruchu nadgarstka pozbył się korka wciśniętego w szyjkę butelki.
— Być uratowanym przed alkoholizmem przez rozgadaną... młódkę? — zapytał, lustrując ją wzrokiem, ostatnią siłą woli powstrzymując się przed nazwaniem jej smarkulą; przecież niczym sobie na tak pejoratywne określenie nie zasłużyła. Właściwie, to mówiła dość pięknie. Jak zbłąkana strona wyrwana z tomiku poezji i poniesiona przez wiatr w plugastwo tej okolicy. — Przyjemnie będzie na jeden wieczór przestać być ratownikiem.
Ale wiedział, że były to czcze słowa. Nie chciał porzucać swojej roli. Nie znał niczego poza nią. Wytrzymał jej spojrzenie; w przeciwieństwie do niej, oczy Perseusa przypominały dwa oszlifowane krążki obsydianu umieszone w miejscu tęczówek. Oczy miał podkrążone, a policzki zapadnięte, włosy zmierzwione, a ubranie wymagało interwencji żelazka. Żałosny, złamany.
— Za każdym razem — wyznał — A ty?
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory