Naruszanie granic było wręcz jego hobby. Dźganie ludzi słowami jak dzieci dźgały patykiem żaby - sprawdzali, czy podskoczą, a jeśli nie to w końcu dźgali je... do śmierci. A może trafniej byłoby to przyrównać do... kota? Stworzenia, które paca łapą, jakże kochany puszek kanapowy, dopóki coś drga? Jeśli przestaje - paca mocniej. Albo łapie w zęby i rzuca w powietrze - wtedy na pewno zacznie. Chyba że zdechło. Mało który zwierz był na tyle bystry, by wziąć polującego na przeczekanie. Więc w końcu istota zdychała w męczarniach. I nawet nie była pożerana. Oj nie, natura nie była tak słodka, jak ludziom się wydawało. Wcale nie była lepsza od ludzi, co tak dumnie się mówiło, że zwierzę zabija tylko z głodu. Nieprawda. Zabijało, bo się bawiło. Kotowate miały to w sobie, w swoich żyłach, w swoich genach, w swoich mięśniach. Sauriel różnił się od nich tylko pod tym względem, że miał więcej samokontroli - i nie łapał pierwszego skurwysyna za fraki, żeby się pobawić. Dzięki Bogu (którego tu nie uraczymy, skoro Louvain wyrzekł się chrześijaństwa) nie był aż takim psycholem. Można było go oskarżyć co najwyżej o jakieś spektrum socjopatii. Albo debilizmu. Oba? Oba.
Louvain mógł go zaś oskarżyć o nieładny język, na szczęście nadawali na tej samej fali. O tak, Kochanie - fali Nekropolis, którego w dzień nie zbudowano, ale z całą pewnością w dzień moglibyśmy go zniszczyć. Czy to nie zabawne? Rzym też w dzień spłonął - Nero się bardzo o to postarał. A jednak dzisiaj był perłą w koronie Włoch, miał się świetnie, a spalone ułamki podziwiano jak największe dzieła sztuki. Kto wie? Może i taki Nokturn stanie się dziełem, kiedy jego klejnotem będą miały szansę stać się obsydianowe oczęta, które tu dziś zawędrowały?
Sauriel wyciągnął różdżkę i wymierzył ją we fragment jakiegoś zbitku papierów - ten uniósł się w powietrze, powędrował do nich, a Sauriel ukształtował go w papierowego, zdechłego kwiatka. Jakiego? Mnie kurwa nie pytajcie - jaki był taki był. W świecie Sauriela ten kwiatek miał okrągłe coś pośrodku i odstające, okrągłe płatki oraz jeden większy listek. No z pewnością żaden artysta Averych nie zrobiłby lepszego (miesięczne dziecko Avery zrobiłoby lepsze, ale Sauriel nie musiał o tym wiedzieć). Złapał za łodyżkę dwoma paluszkami i wyciągnął w kierunku Louvaina, mrugając oczkami. Chciał wyglądać jak nadobna niewiasta, ale pewnie bardziej wyglądało to tak, jakby mu coś wpadło do oka.
- Proszem. - Schował dłoń z różdżką za plecy i pokręcił tułowiem na boki jak taka zawstydzona dziewczynka, która zaraz będzie wyznawać miłość super przystojnemu koledze z przedszkola. I proszę bardzo - oto mamy też salony! Magiczne słowo "proszę", "przepraszam", tutaj jedno słówko, tam gram nadobnej uprzejmości! Jeszcze trochę i założymy pierdolony Luvr na tej obszczanej ulicy. Tylko szybko, zanim ktoś wdepnie w gówno zostawione tu przez jakiegoś bezdomnego i spłoszymy wszystkich gości. Piszesz się na to, co, Lou? Może sobie jeszcze dzięki temu przypomnisz jak to jest być sławnym.
A potem odetchnął ciężko i opuścił głowę. Bez względu na to, czy musiał wyrzucić tego kwiatka w pizdu, czy jednak Louvain go odebrał i... też wyrzucił w pizdu. No bo przecież nikt z nich nie będzie nosił pedalskiego kwiatka, tak? Chociaż Sauriel by ponosił. Tylko po to, żeby ponasłuchiwać, który pierwszy odważny nazwie go pedałem. Bo w końcu Sauriel nie był tak okrutny, żeby łapać za fraki przypadkowych ludzi i się na nich wyżywać. No ale jak już ktoś cię obraził, tak całkiem nieprzypadkiem... Więc - smutek. Och, wielki smutek, smutki wielkie, jeszcze większe smutki. Takie się zdawały przez milisekundę nieżycia potwora stojącego przez Lestrangem i nawet w drugiej milisekundzie po podniesieniu spojrzenia.
- Dzięki. - Powiedział ze szczerym żalem Sauriel. - Mi też przykro, że sam go nie zajebałem. - Powiedział ze szczerym żalem Sauriel kontynuując swoją wypowiedź.
Całkiem jednak doceniał gest Louvaina. Odnotował to sobie w głowie.
- Aha. - Powiedział inteligentnie, ale patrzył na swojego szefa bez cienia inteligencji na twarzy. - Aha? - Powtórzył, unosząc brew w górę. - JA mam znaleźć jakąś miskę z wodą? - Tak przez moment się upewniał, że to nie jest jakiś test. Nie tym się zajmował - nie był dobry w szukaniu przedmiotów. Ale był dobry w szukaniu ludzi. Znaleźć człowieka, który wie, gdzie jest człowiek, który pokierowałby do czarodzieja, co znałaby karła, który akurat ma myśloodsiewnię. Czy coś w tym stylu. - Czemu nie uderzasz z tym do Staszka? To on ma na nazwisko Borgin. - I to on lepiej ogarniał grajdoł przedmiotów na tym zadupiu. Tym nie mniej, jeśli nie tu... Sauriel uniósł wzrok ku niebu. Nie martwcie się - i tak go nie dojrzał. -
Gdzie jest myśloodsiewnia
Sukces!
Sukces!
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.