Dla kurażu potrzebował znacznie więcej niż dwa łyki. Potrzebował tamtej szklaneczki, tej i zaraz następnej. Po nią jednak nie musiał już wstawać. Nie było jej siostry, nie było tu nikogo - a nawet przed osobami, które zdawały sobie sprawę z jego talentów nadal udawał, że wcale ich nie ma - że nie opanował magii bezróżdżkowej. Przy Victorii pozwalał sobie na wiele. Opuszczał wiele barier. Gdzieś pomiędzy tym tworzeniem perspektyw i ich wykorzystaniem... Cóż, w końcu wielu by uznało, że z wampira to już nawet nie jest żaden mężczyzna. Chciałbym zobaczyć, jak taka mądrość była mówiona w twarz Josephowi. Albo nie byłoby na co patrzeć..? Być może zdegustowanie i milczenie, obojętne minięcie takiego petenta, byłoby jedyną odpowiedzią, na jaką byłoby tego starego wampira stać. Bezmyślna, niewarta jego uwagi gawiedź - ledwo robactwo w oczach kogoś, na kogo oczach rozgrywała się historia.
Na twoich oczach też będzie się ona rozgrywać, tylko swój start miała iście leniwy. Ach, albo..? Start był jak mignięcie - mignięcie pełne bólu i palenia, włamania do Munga, włamań do sklepów z eliksirami i zaćpania zupełnego, żeby tylko spróbować wyłączyć ten ból, gdy można się było zerwać ze smyczy. Byle tylko nie chcieć zabić wszystkich wokół. Twoja upartość czasem znajdowała swoje odzwierciedlenie w rzeczach dobrych - bo oto można ją było wykorzystać do tego, żeby nie krzywdzić najbliższych.
- Mmm, to kiedy herbatka z resztą sióstr? Ta Daphne na przykład? Ją też mogę zachwycić opowiastką o lataniu na miotełce. - Pewne rzeczy się zmieniają, ale inne pozostawały ciągłe - jak to, że Sauriel nie mógłby tak po prostu przestać kokietować kobiet. Zwyczajnie to lubił. Nie zmieniało to tego, że żadną nie był tak zainteresowany jak Victorią, z żadną inną nie chciał spędzać swojego czasu. Ciekawe, czy druga siostra, ta "lepsza" strona rodziny, też byłaby skłonna mu sprzedać liścia, gdyby nad nią odpowiednio popracować. - To teraz opieka stała się ledwo częściowym etatem. Syndrom porzuconego dziecka? - Chyba tak na to mówili? Syndrom wylatywania z gniazda i takie tam. Jasne, nadal mówili o siostrze, ale z drugiej strony Victoria mówiła o niej jako o istotce niezwykle bliskiej sercu. Takiej, która przestawała być "tylko" siostrą. Stawała się naprawdę ważną jednostką w całym jej życiu. Nie miał co do tego wątpliwości - mogła tego nie mówić. Widział to po niej. Najwyraźniej pozostałe siostry też nie były jej obojętne. - Większe fory... - Zakpił. - Słońce, to brzmi jak potwarz. Nie jak jakiś komplement. - Uniósł jeden kącik w górę. Poniekąd potwarz. Łagodność nie znaczyła jeszcze braku charakteru.
Otworzył ramiona, jakby chciał powiedzieć "cóż mogę poradzić" na stwierdzenie o zmianie narracji. Nie, nie zmienił jej na stałe - nie zamierzał. Jego hasełko pasowało do niego jak ulał i powinno wbijać się w mózgi każdego na nokturnie i pod nim. A to, co poza? To nieistotne. Już dla niego istotne nie było. Tam byli inni, którzy kręcili swoje interesy. Jego podwórko było już obsikane i naznaczone.
- Odwaga to domena głupich. - Honor... nie każdy jakiś miał. Sauriel swój miał. Jakiś. Zamordowanie kogoś w łózku było lepsze niż zamordowanie go walczącego - bo oszczędzałeś energię. Chyba że akurat chciałeś się pobawić. Jak kot bawiący się myszą, zanim ta zdechnie z wyczerpania i w końcu padnie. A on zostawi jej truchło. Bo w końcu nie zabijał jej dla jedzenia. - Gdybym nie był - nie pytałbym. - Albo raczej - nie przyszedłby tutaj z tym. Przyszedłby... z czymkolwiek innym. Albo nie przyszedł akurat tego konkretnego wieczoru wcale. Kolejna ilość whiskey zniknęła w szklance, kiedy przypatrywał się Victorii - i kiedy ona mieliła myśli, w czym jej nie przeszkadzał i chwilę po tym pytaniu. A czas uciekał. Wskazówki przesuwały się nieubłaganie. Zapraszająco skinął palcem na butelkę, która do niego przywędrowała i grzecznie nalała mu do szklanki. Potrzeba było więcej, żeby go upić, ale nie zamierzał się tu upijać. Ta trzecia szklanka nie została nawet muśnięta. Butelka zawędrowała na swoje miejsce, zakorkowana została magią. Śledził jej ruchy, kiedy się podniosła. Wspominała ostatnim razem o tym, że jest gotowa, że chce być gotowa... ostatnim? Czyli w sumie kiedy? Pojęcia nie miał. I myśli mu się trochę rozmywały pod tym kątem, bo wyostrzały się inne - kiedy nieco przestał patrzeć na Victorię jako na nią. Widział za to swoją ofiarę.
Podniósł się powoli, zostawił tę nieruszoną szklankę i usiadł obok niej. Złapał jej dłoń i podwinął rękaw, przesuwając palcem po żyle. Nie tak ciepłej, jak każda inna dłoń. Pewnie i krew nie będzie tak ciepła.
- To zaboli. - Ale ledwo to powiedział i nastąpiło ugryzienie. Szybkie, gwałtowne, kiedy kły przebiły miękką skórę i kropla krwi popłynęła po bladej skórze, wsiąkając w nogawkę spodni Sauriela. Nawet nie było jej tam widać - na tle czarnego materiału.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.