O, o! Chiński Nowy Rok! Wspaniałe święto i Sauriela cieszyłoby bardziej, gdyby matrona Changów go lubiła. Niestety (albo i nie?) - nie lubiła. Z wzajemnością zresztą. Nie wchodzili sobie w drogę, na szczęście ich interesy wcale się ze sobą nie pokrywały, bo Sauriel miał w piździe, gdzie latają te chińskie małe nóżki, dopóki nie wchodziły bez porozumienia do jego rewiru, a akurat z tym jakoś nie było problemu. Szczególnie, że teraz może już nie ćpał - ale był okres, gdzie robił to na potęgę. Z naddatkiem nawet. Wszystko po to, by ściszyć ten pieprzony głód. Alkohol był przy tym jak soczek do popijania. No i była Mewa - a jej małe nibynóżki mogły biegać jak dla niego po całym Nokturnie. I jeszcze by wyjebał komuś, kto uważał, że jest inaczej. Na szczęście nie musiał. Ona sama wiedziała, jak komuś przypierdolić.
- Miał. - Zaintonował, niekoniecznie przy tym starając się przy tym zabrzmieć przekonująco. Jeszcze tego by brakowało, żeby brzmiał jak sierściuch, który dokładnie w tym momencie wydarł się w oddali, jakby go żywcem ze skóry obdzierali. I może obdzierali. Ale nie ważne - on swoją wersję kociaka miał właśnie przed sobą, więc tam? Gdzieś w tych ponurych okolicach? Niech się dzieje wola Piekła! Bo chyba nikt nie sądził, że może się dziać ta niebiańska, right? - Kota będziesz bić? Pogryzłbym cię za to po kostkach. - Brakowało w tym zwyczajowej nastrojowości, szelmowskiego uśmiechu tak charakterystycznego dla jego ust. Jedno się nie zmieniło nigdy. A może jednak..? Może jednak bieg czasu sprawiał, że gasło tam światło i ciemność gęstniała, żeby pochłaniać wszystkie światła wokół - nawet te śmieszne lampeczki, które dumnie rozwieszali na największej choince na Pokątnej. Ale przecież to była noc - a nocą każdy cień mógł wydawać się głębszy. - Możesz też dać komuś dupy, ale na tej obsranej ulicy mały wybór. - Rozłożył ramiona, prawie jakby samego siebie oferował. Nierealne - bo wampir zaliczyć to mógł tylko to, co już zostało mu zaproponowane. Złamanie nosa ze strony osoby uważanej za... przyjaciółkę? Tak popierdolone rzeczy, jakie robił z Maeve i Stanleyem, to z nikim nie robił.
- A co? Jesteś z Wietnamu? - Przynajmniej poziom podłogi ciągle zostawał taki sam. Autentycznie był skonsternowany, bo przecież o co chodzi - od kiedy Mewa jest jakimś wietnamcem a nie chinką? Okej, mogła się tutaj urodzić, ale przecież nadal korzenie były gdzieś tam! No było to widać - w tych ostrzejszych rysach, w jej wielkich, ciemnych oczach i małej, okrągłej twarzyczce. Twarzyczce, którą lubił, nawet jeśli obrażanie siebie wzajem uważali za sport. Pytanie brzmiało tylko: kiedy pierwszy sprzeda drugiemu sierpowego w ryj. - To wstępniaczek, proponuje wyżerkę na Pokątnej. Ja stawiam. - Zarzucił rękę na jej ramię - schylając się przy tym na moment, chociaż w każdej chwili nogi tej panny mogły wyrosnąć jak szczudła i jeszcze naplułaby mu na głowę. - Mają tam zajebiście wielką choinkę. Widziałaś? Świeci jak sam skurwysyn. Niby chodzi o to, żeby wieszać tam lampki, ale ja jebie, Mewa... - Spojrzał na nią tak, jakby właściwie ta choinka mu się już odbijała w ślepiach. - Jak ja kurwa chciałbym potykać te ruszające się frędzle i pierdolniki i zobaczyć, jak spadają. - Każdy ma jakieś marzenia. Niekoniecznie wszystkie zaliczały się do standardowego "dzielmy się szczęściem na święta". Chociaż Sauriel poszedł po Mewę - więc chciał się z nią podzielić tą radością! Puścił ją i zamaszystym gestem zaprosił na tę jakże romantyczną randkę mającej na celu spierdalanie bombek z choinki wieszanie bombek na choince.
- Nie są moją rodziną. - Mruknął, spoglądając na ciemną uliczkę, na której śnieg zachrupał pod grubymi podeszwami butów. Równie ciężkie były te cztery krótkie słowa.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.