10.01.2025, 16:55 ✶
Nie pytał mówisz?, bo nie musiał kwestionować tego faktu. Szczególnie, że oboje doszli do jednego wniosku, więc zdecydowanie coś w tym musiało być - byli świetną drużyną. Za to z tym drugim podsumowaniem zdecydowanie nie mógł się zgodzić, nawet jeśli z początku kiwnął głową.
- Tak, bez wątpienia wychodzisz - odrzekł bez chwili zawahania, miękko i gładko, posyłając jej przy tym spojrzenie spod coraz bardziej uniesionych brwi. - Ale jeśli to cię pocieszy - a przecież chciał, żeby czuła się dobrze w jego towarzystwie, niezależnie od tematu, wokół którego się obracali - to wywar tojadowy, czyli wspomniane decoctum aconitum ma w sobie ten kwiatek. Aconitum napellus. Tojad - stwierdził, unosząc kąciki ust i lekko wychylając się do przodu, aby tracić ją nosem w nos.
Nie, dystans do siebie dystansem do siebie, ale nie zamierzał tak po prostu pozwolić Geraldine na ujmowanie sobie. Nie w jego obecności. Nie w tym momencie, gdy naprawdę nie było ku temu potrzeby, bo w jego oczach zasługiwała na to, by móc się tak po prostu odprężyć. Rozluźnić, zrzucić tonu. Nie pilnować się przy nim z tym, co mówiła czy robiła.
Zbyt długo powstrzymywali się przed gestami czy słowami. Za długo szafowali przesadnym dystansem do siebie w obecności tej drugiej osoby. Sprowadzali wszystko do żartów. Czasem przesadnych, bo napędzanych zbytnią ostrożnością. Teraz w istocie to nie było konieczne. Bardzo powoli, wręcz teatralnie wywrócił oczami, czego po prostu nie mogła nie zauważyć (i był tego świadomy, będąc bardzo zadowolonym z tej okazji), gdyż ich twarze nie mogły znajdować się bliżej.
- W skład eliksiru tojadowego wchodzą fragmenty szczuroszczeta. Wiesz jak wygląda szczuroszczet, nie? To więcej niż ja o nim wiem. Poza tym, że ma czułki - stwierdził, jednocześnie posyłając Yaxleyównie spojrzenie gdzieś tam w głębi mówiące, że choć tym razem przedstawił to w taki a nie inny sposób, raczej nie powinna zbytnio przyzwyczajać się do tej formy przekazu.
Nie lubił podkreślać swoich nie do końca korzystnych stron. Tego, że za chuja nie znał się na większości magicznych stworzeń, dopóki te nie lądowały u niego na blacie pod postacią komponentów eliksiralnych albo trucheł do przetworzenia na składniki.
Jednak specjalne okoliczności wymagały pewnych poświęceń, na które było go w tym momencie stać, bo był...
...byli szczęśliwi. Stojąc w tym uścisku. Nos przy nosie, patrząc sobie w oczy i nie musząc cofać dłoni spragnionych dotyku. Obejmował dziewczynę, jednocześnie czując się z tym tak dobrze jak nigdy wcześniej. Lepiej niż kiedykolwiek by się tego spodziewał, bo przecież miesiącami myślał o tej chwili, powoli tracąc nadzieję na pomyślny obrót spraw.
A jednak tu byli. Razem.
- Mówisz, że moje oczy są... ...szlamowate? - Tak, sprowadził jej słowa do tego pojęcia tylko po to, żeby posłać Geraldine niedowierzające spojrzenie, szeroko się przy tym uśmiechając.
Tak. Całkowicie celowo użył tego określenia. Mając na myśli zarówno bagienną zieleń, jak i mieszany (a nie czystokrwiście jednorodny) aspekt tych słów.
I nie, wcale nie potrzebował dalszych wyjaśnień, kolejnych słów. Nie po to, aby niemal od razu ją pocałować. Bez wahania, bez namysłu, bez obaw o to, że położy ręce na jego klatce piersiowej i odepchnie go od siebie. Wręcz przeciwnie. Znowu zatonęli w tym pocałunku, który smakował dokładnie tak jak powinien. A nawet lepiej.
Z nią wszystko było lepsze. Wiedział to już teraz w tej chwili, choć dopiero zaczęli swój weekend. Z każdą mijającą sekundą, każdym złączonym oddechem, uściskiem, ruchem dłoni...
...z tym wszystkim coraz bardziej kusiła go ku temu, aby tu pozostali. Nie ruszając się z domu na tę plażę, bo naprawdę ciężko było mu zrobić krok do tyłu i oderwać się od Yaxleyówny, gdy ponownie podjęli decyzję o wyjściu na zewnątrz.
Mimo to, to był jego pomysł. Obiecał jej coś wyjątkowego. A on raczej dotrzymywał obietnic. Poza tym miał zbyt silną wolę, korzystając z niej przecież od wielu miesięcy, żeby teraz tak łatwo to sknocić.
Nawet, jeśli w istocie to wcale nie byłoby niczym złym, gdyby postanowili tu zostać, dając się ponownie ponieść pragnieniom. To nie byłoby sknocenie. W żadnym wypadku. Pomimo tego odsunął się od dziewczyny o krok, do samego końca wciąż jeszcze ją całując, nawet gdy musiał nienaturalnie wychylać się do przodu. Powoli puścił jej rękę, biorąc głęboki wdech i kiwając głową.
A gdy wreszcie ruszyła na górę, aby nie stać w miejscu, ruszył po dolnej części domu, rozglądając się dookoła i bezwiednie zbierając wszystko, czego mogli potrzebować. Koc z kanapy, zakurzoną butelkę wina z kuchni, kilka poduszek - wpychając wszystko do pustej torby leżącej wcześniej na szafie w przedpokoju, w którym w końcu stanął, kierując wzrok ku schodom.
Jego usta lekko się rozchyliły, zdradzając dokładnie to samo, co pojawiło się również w oczach Ambroise - bezgłośną aprobatę, jeśli nie ten sam szczery zachwyt, który na ułamek sekundy pojawił się wtedy tamtego wieczoru spędzonego w ogrodzie. Być może nie była to sukienka z kwiatów, jednak sposób, w jaki opinała sylwetkę dziewczyny wzbudził w nim falę gorąca.
Oczy mężczyzny rozbłysły a brwi uniosły się nieznacznie, wyrażając więcej niż tylko zaskoczenie zmianą tamtych opiętych spodni na coś takiego. Czuł jak jego żołądek wywrócił fikołka, ściskając się w ciasny supeł i jednocześnie sprawiając, że przez moment zapomniał zaczerpnąć oddech, tym samym odrobinę czerwieniejąc na twarzy.
Niby to było nic takiego, prawda? To nie była tamta czerwona kiecka, która choć może zupełnie do niej nie pasowała, zdecydowanie potrafiła wtedy działać na jego wyobraźnię. Chcąc nie chcąc, tamta kreacja tak czy siak przyciągała wzrok, czyniąc go bardziej wygłodniałym niżeli było to wtedy wskazane.
W tamtym momencie czuł się przymuszony odwracać spojrzenie. Nie reagować, aby nie musieć odpowiadać na trudne pytania. By nie poruszać z nią tematów mogących zaszkodzić ich przyjaźni, dokładnie tak jak w każdej innej przeklętej chwili, gdy w dokładnie taki sam sposób znajdował się na skraju pęknięcia. Powiedzenia o kilka słów za dużo. Zrobienia czegoś, czego by...
...nie żałował. Już to ustalili. I być może to właśnie w tym tkwiło prawdziwe, niezmącone niczym sedno tej chwili? Tego, że to wcale nie musiało być nic specjalnego. Nic nietypowego czy wyjątkowego. Skrojonego na okoliczność balu czy kolacji. To mogła być z pozoru zwykła letnia sukienka. Nie odsłaniająca zbyt wiele skóry, a jednak czuł jak w jego piersi narasta fala ciepła, która rozchodziła się w każdym zakamarku jego ciała.
Z każdą chwilą, gdy ją obserwował, jego spojrzenie stawało się coraz bardziej intensywne zaś nieskrywanym, tym razem już nieskrępowany wyraz twarzy świadczył o całkowitym zauroczeniu.
- Jasna cholera - nawet nie zauważył, gdy cichy świst wyrwał się z jego unoszącej się i opadającej piersi wraz z niemal niesłyszalnymi słowami.
Skierowanymi do siebie samego, nie do niej, choć do niej zdecydowanie też mógłby kierować całkiem sporo wcześniej przyduszanych, przełykanych słów. Gdyby tylko nie zapomniał języka w gębie, gdyby tylko nie czuł czegoś na kształt wewnętrznego zażenowania wobec tego, co z nim teraz wyrabiała, bo przecież normalni, poważni faceci nie zachowywali się w ten sposób.
Zamrugał parokrotnie, wreszcie odwracając wzrok i odchrząkując, by zebrać myśli i odzyskać utracony rezon. Nie usiłował tłumaczyć własnej reakcji. Mówienie o tym czymś, co go teraz do niej przyciągało było prawdopodobnie ostatnią rzeczą, jaką zamierzałby zrobić. Takie zachowania nigdy mu się nie zdarzały. Te momenty zawieszenia w czasie i w przestrzeni go nie dotyczyły.
Nigdy wcześniej nie czuł się tak...
...dziwnie. W dalszym ciągu miał szeroko otwarte oczy a jego rzęsy delikatnie drgały, gdy przeniósł wzrok ku Geraldine. Sam nie wiedział, kiedy wrócił do niej spojrzeniem. Zresztą liczyło się to, że stał tam jak kółek, wpatrywał się w jej postać zaś w jego spojrzeniu można było dostrzec mieszankę adoracji i tęsknoty. Tych samych uczuć, które sprawiały, że czuł się jak w transie.
Wstrzymał oddech, zapatrzony w jej postać, po czym ponownie odchrzaknął. Głośniej, bardziej zdecydowanie, jednocześnie wreszcie szerzej otwierając już i tak rozchylone wargi.
- No, teraz to ma sens - stwierdził zaskakująco neutralnym i rzeczowym tonem, mimo wszystko nie będąc w stanie zachować go zbyt długo, zanim kąciki jego ust ponownie się nie uniosły.
Nie próbował analizować swojego zachowania. Wręcz nie chciał tego robić, raczej woląc po prostu w dalszym ciągu dać się nieść chwili. W innym wypadku, cóż, zachowywał się jak ostatni szczeniak. Ta myśl zaś raczej średnio by mu się spodobała, niezależnie od sytuacji, w której teraz byli.
- Tak, bez wątpienia wychodzisz - odrzekł bez chwili zawahania, miękko i gładko, posyłając jej przy tym spojrzenie spod coraz bardziej uniesionych brwi. - Ale jeśli to cię pocieszy - a przecież chciał, żeby czuła się dobrze w jego towarzystwie, niezależnie od tematu, wokół którego się obracali - to wywar tojadowy, czyli wspomniane decoctum aconitum ma w sobie ten kwiatek. Aconitum napellus. Tojad - stwierdził, unosząc kąciki ust i lekko wychylając się do przodu, aby tracić ją nosem w nos.
Nie, dystans do siebie dystansem do siebie, ale nie zamierzał tak po prostu pozwolić Geraldine na ujmowanie sobie. Nie w jego obecności. Nie w tym momencie, gdy naprawdę nie było ku temu potrzeby, bo w jego oczach zasługiwała na to, by móc się tak po prostu odprężyć. Rozluźnić, zrzucić tonu. Nie pilnować się przy nim z tym, co mówiła czy robiła.
Zbyt długo powstrzymywali się przed gestami czy słowami. Za długo szafowali przesadnym dystansem do siebie w obecności tej drugiej osoby. Sprowadzali wszystko do żartów. Czasem przesadnych, bo napędzanych zbytnią ostrożnością. Teraz w istocie to nie było konieczne. Bardzo powoli, wręcz teatralnie wywrócił oczami, czego po prostu nie mogła nie zauważyć (i był tego świadomy, będąc bardzo zadowolonym z tej okazji), gdyż ich twarze nie mogły znajdować się bliżej.
- W skład eliksiru tojadowego wchodzą fragmenty szczuroszczeta. Wiesz jak wygląda szczuroszczet, nie? To więcej niż ja o nim wiem. Poza tym, że ma czułki - stwierdził, jednocześnie posyłając Yaxleyównie spojrzenie gdzieś tam w głębi mówiące, że choć tym razem przedstawił to w taki a nie inny sposób, raczej nie powinna zbytnio przyzwyczajać się do tej formy przekazu.
Nie lubił podkreślać swoich nie do końca korzystnych stron. Tego, że za chuja nie znał się na większości magicznych stworzeń, dopóki te nie lądowały u niego na blacie pod postacią komponentów eliksiralnych albo trucheł do przetworzenia na składniki.
Jednak specjalne okoliczności wymagały pewnych poświęceń, na które było go w tym momencie stać, bo był...
...byli szczęśliwi. Stojąc w tym uścisku. Nos przy nosie, patrząc sobie w oczy i nie musząc cofać dłoni spragnionych dotyku. Obejmował dziewczynę, jednocześnie czując się z tym tak dobrze jak nigdy wcześniej. Lepiej niż kiedykolwiek by się tego spodziewał, bo przecież miesiącami myślał o tej chwili, powoli tracąc nadzieję na pomyślny obrót spraw.
A jednak tu byli. Razem.
- Mówisz, że moje oczy są... ...szlamowate? - Tak, sprowadził jej słowa do tego pojęcia tylko po to, żeby posłać Geraldine niedowierzające spojrzenie, szeroko się przy tym uśmiechając.
Tak. Całkowicie celowo użył tego określenia. Mając na myśli zarówno bagienną zieleń, jak i mieszany (a nie czystokrwiście jednorodny) aspekt tych słów.
I nie, wcale nie potrzebował dalszych wyjaśnień, kolejnych słów. Nie po to, aby niemal od razu ją pocałować. Bez wahania, bez namysłu, bez obaw o to, że położy ręce na jego klatce piersiowej i odepchnie go od siebie. Wręcz przeciwnie. Znowu zatonęli w tym pocałunku, który smakował dokładnie tak jak powinien. A nawet lepiej.
Z nią wszystko było lepsze. Wiedział to już teraz w tej chwili, choć dopiero zaczęli swój weekend. Z każdą mijającą sekundą, każdym złączonym oddechem, uściskiem, ruchem dłoni...
...z tym wszystkim coraz bardziej kusiła go ku temu, aby tu pozostali. Nie ruszając się z domu na tę plażę, bo naprawdę ciężko było mu zrobić krok do tyłu i oderwać się od Yaxleyówny, gdy ponownie podjęli decyzję o wyjściu na zewnątrz.
Mimo to, to był jego pomysł. Obiecał jej coś wyjątkowego. A on raczej dotrzymywał obietnic. Poza tym miał zbyt silną wolę, korzystając z niej przecież od wielu miesięcy, żeby teraz tak łatwo to sknocić.
Nawet, jeśli w istocie to wcale nie byłoby niczym złym, gdyby postanowili tu zostać, dając się ponownie ponieść pragnieniom. To nie byłoby sknocenie. W żadnym wypadku. Pomimo tego odsunął się od dziewczyny o krok, do samego końca wciąż jeszcze ją całując, nawet gdy musiał nienaturalnie wychylać się do przodu. Powoli puścił jej rękę, biorąc głęboki wdech i kiwając głową.
A gdy wreszcie ruszyła na górę, aby nie stać w miejscu, ruszył po dolnej części domu, rozglądając się dookoła i bezwiednie zbierając wszystko, czego mogli potrzebować. Koc z kanapy, zakurzoną butelkę wina z kuchni, kilka poduszek - wpychając wszystko do pustej torby leżącej wcześniej na szafie w przedpokoju, w którym w końcu stanął, kierując wzrok ku schodom.
Jego usta lekko się rozchyliły, zdradzając dokładnie to samo, co pojawiło się również w oczach Ambroise - bezgłośną aprobatę, jeśli nie ten sam szczery zachwyt, który na ułamek sekundy pojawił się wtedy tamtego wieczoru spędzonego w ogrodzie. Być może nie była to sukienka z kwiatów, jednak sposób, w jaki opinała sylwetkę dziewczyny wzbudził w nim falę gorąca.
Oczy mężczyzny rozbłysły a brwi uniosły się nieznacznie, wyrażając więcej niż tylko zaskoczenie zmianą tamtych opiętych spodni na coś takiego. Czuł jak jego żołądek wywrócił fikołka, ściskając się w ciasny supeł i jednocześnie sprawiając, że przez moment zapomniał zaczerpnąć oddech, tym samym odrobinę czerwieniejąc na twarzy.
Niby to było nic takiego, prawda? To nie była tamta czerwona kiecka, która choć może zupełnie do niej nie pasowała, zdecydowanie potrafiła wtedy działać na jego wyobraźnię. Chcąc nie chcąc, tamta kreacja tak czy siak przyciągała wzrok, czyniąc go bardziej wygłodniałym niżeli było to wtedy wskazane.
W tamtym momencie czuł się przymuszony odwracać spojrzenie. Nie reagować, aby nie musieć odpowiadać na trudne pytania. By nie poruszać z nią tematów mogących zaszkodzić ich przyjaźni, dokładnie tak jak w każdej innej przeklętej chwili, gdy w dokładnie taki sam sposób znajdował się na skraju pęknięcia. Powiedzenia o kilka słów za dużo. Zrobienia czegoś, czego by...
...nie żałował. Już to ustalili. I być może to właśnie w tym tkwiło prawdziwe, niezmącone niczym sedno tej chwili? Tego, że to wcale nie musiało być nic specjalnego. Nic nietypowego czy wyjątkowego. Skrojonego na okoliczność balu czy kolacji. To mogła być z pozoru zwykła letnia sukienka. Nie odsłaniająca zbyt wiele skóry, a jednak czuł jak w jego piersi narasta fala ciepła, która rozchodziła się w każdym zakamarku jego ciała.
Z każdą chwilą, gdy ją obserwował, jego spojrzenie stawało się coraz bardziej intensywne zaś nieskrywanym, tym razem już nieskrępowany wyraz twarzy świadczył o całkowitym zauroczeniu.
- Jasna cholera - nawet nie zauważył, gdy cichy świst wyrwał się z jego unoszącej się i opadającej piersi wraz z niemal niesłyszalnymi słowami.
Skierowanymi do siebie samego, nie do niej, choć do niej zdecydowanie też mógłby kierować całkiem sporo wcześniej przyduszanych, przełykanych słów. Gdyby tylko nie zapomniał języka w gębie, gdyby tylko nie czuł czegoś na kształt wewnętrznego zażenowania wobec tego, co z nim teraz wyrabiała, bo przecież normalni, poważni faceci nie zachowywali się w ten sposób.
Zamrugał parokrotnie, wreszcie odwracając wzrok i odchrząkując, by zebrać myśli i odzyskać utracony rezon. Nie usiłował tłumaczyć własnej reakcji. Mówienie o tym czymś, co go teraz do niej przyciągało było prawdopodobnie ostatnią rzeczą, jaką zamierzałby zrobić. Takie zachowania nigdy mu się nie zdarzały. Te momenty zawieszenia w czasie i w przestrzeni go nie dotyczyły.
Nigdy wcześniej nie czuł się tak...
...dziwnie. W dalszym ciągu miał szeroko otwarte oczy a jego rzęsy delikatnie drgały, gdy przeniósł wzrok ku Geraldine. Sam nie wiedział, kiedy wrócił do niej spojrzeniem. Zresztą liczyło się to, że stał tam jak kółek, wpatrywał się w jej postać zaś w jego spojrzeniu można było dostrzec mieszankę adoracji i tęsknoty. Tych samych uczuć, które sprawiały, że czuł się jak w transie.
Wstrzymał oddech, zapatrzony w jej postać, po czym ponownie odchrzaknął. Głośniej, bardziej zdecydowanie, jednocześnie wreszcie szerzej otwierając już i tak rozchylone wargi.
- No, teraz to ma sens - stwierdził zaskakująco neutralnym i rzeczowym tonem, mimo wszystko nie będąc w stanie zachować go zbyt długo, zanim kąciki jego ust ponownie się nie uniosły.
Nie próbował analizować swojego zachowania. Wręcz nie chciał tego robić, raczej woląc po prostu w dalszym ciągu dać się nieść chwili. W innym wypadku, cóż, zachowywał się jak ostatni szczeniak. Ta myśl zaś raczej średnio by mu się spodobała, niezależnie od sytuacji, w której teraz byli.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down