Stanął przed nią, ale nie puścił jej dłoni. Spoglądał przez chwilę w jej twarz. Słowa mów do mnie brzęczały i odbijały się od ścian otoczenia tak, jakby słowiczy trel dotarł do uszu specerowiczów w środku lasu zimą. Nie był wyrokiem. Jej spojrzenie nie było wyrokiem. Tu nie było przykazów, to było... prośba. Wyczuwał w niej jakąś... nawet nie wiedział, jak to nazwać. Bezradność? Chyba gdyby miał ubierać emocje w słowa to tak by to określił. Jej własna bezradność, że kolejny raz się odbijała od niego, bo... tak, całkowita racja. Znowu chciał się wymknąć, bo robił to zawsze, kiedy tylko pojawiały się jakieś emocje, a on chciał o nich przede wszystkim... zapomnieć. Nie chciał z nimi robić niczego pożytecznego - chciał się z nich ostudzić i zapomnieć. Dzięki temu wracaliśmy do tego słowa klucza, którym operował. Tego, które tak namieszało między nimi, bo on powiedział, że chce, żeby było "normalnie", a potem działy się rzeczy, które temu zaprzeczały. Działamy na stopniu pewności, żeby wchodzić na wody zupełnie niepewne.
Pogładził jej dłoń kciukiem.
Ciągle gdzieś czekał na to, że jednak się zachwieje. Nie liczył na to - ale obawiał się tego. To się w końcu stanie, tylko pytanie, kiedy - zaraz, za chwileczkę, za sekundę - takie mu to dawało wyobrażenie. Tymczasem nic się nie działo. Nic złego. Nie musiało wcale też się wydarzyć cokolwiek złego między nimi - gdyby tylko był w stanie uwierzyć... w siebie. Nie w nią, nie w nich - w siebie. Bardzo wiele tu okręcało się wokół "ja", którego Victoria nie mogła zrozumieć - nie dlatego, że uważał, że tego w ogóle nie pojmie, a dlatego, że on milczał. Więc jak mogła?
Podniósł ją z ziemi w ramionach jak księżniczkę i wyniósł do kuchni nie zważając na protesty. Dopiero tam ją postawił i odsunął przed nią krzesło zapraszającym gestem. Nie oddychał, więc nie mogła czuć alkoholu w jego oddechu, ale zapach whiskey mieszał się teraz z jego perfumami. Wyjął mleko, wyciągnął garnek do jego gotowania, gestem przywołał filiżankę, kakao, cukier... wszystko, co niezbędne do zrobienia tego magicznego naparu.
- Nie chcę sobie dawać argumentów do tego. - Powiedział to już na głos? Albo nie? Wcale nie był pewien. - Robisz jeden wyjątek, drugi... i nagle staje się to regułą. - Sekret tego opanowania? Trzymanie się sztywnych reguł i dawanie upustu bestii tylko tam, gdzie wiedział, że może sobie na to pozwolić. Takim sposobem żyło się w kooperacji z tym potworem, który był tobą, a nie robiło mu na pohybel. Oj tak - i mówił to on! Ale mówił to z doświadczenia. Bo to był kolejny przeciwnik, z którym przegrał. - Kanibalizm nigdy nie był zbyt popularny, a ja nie zamierzam go popełniać na osobie, na której zależy mi najbardziej. - Słyszała opowieści o kanibalizmie? On znał ich naprawdę sporo. Wampiryzm był, w jego mniemaniu, dokładnie tym. - Im więcej sobie pozwolę, tym potem trudniej będzie zachować kontrolę. Gdyby się cokolwiek zdarzyło. - W końcu Victoria ciągle pakowała się w jakieś tarapaty. A nawet i niech będzie głupie przecięcie noża. - Lubię naszą normalność. Nie chcę wnosić w to bestii, która towarzyszy mi wszędzie. - Bo tutaj czuł, że ta relacja jest chociaż trochę od tego wolna. Nie wiedzie prymu. Wcale nie miał ochoty się przekonywać o tym, że wcale tak być nie może, ryzykować, że coś by się zmieniło. A obawiał się, że już się trochę mogło zmienić. Powiedział to kiedyś do swojego najlepszego przyjaciela - że spośród wszystkich ludzi, gdyby miał wybierać, wybrałby jego szyję. To samo się właśnie tyczyło Victorii. Nawet teraz, kiedy tu stał, ciągle czuł miotające się zwierzę w swojej głowie, które chciało jeszcze. Kiedy jednak przestałoby się miotać? Ile miałby wziąć? Weź, ile chcesz, no nic jej nie jest..! Miał ochotę sobie pizgnąć w ryj za te myśli. Niby jego - a jednak nie do końca. - Nie lubię o tym mówić. - Zamknął gestem dłoni szafkę i obrócił się w końcu w stronę Victorii.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.