Najszczersza krystaliczna prawda. Wsadzanie kija w szprychy w czyiś rowerek to była najbardziej satysfakcjonująca rzecz zaraz po powinnościach mrocznej sługi. Bo kiedy tylko miał odrobinę swojego czasu i nie musiał wypełniać roli lewej ręki Czarnego Pana to uwielbiał być nieznośnym chłopaczkiem. Prowokować i doprowadzać okazjonalnych frajerów do białej gorączki. Mało co tak karmiło jego próżne ego jak konsekwentne doprowadzanie do konfrontacji i przesuwanie granic przyzwoitości. Tutaj mógł śmiało opracować z Rookwoodem jakiś specjalny handshake na cześć bycia wkurwiającą gnidą. A chwilę potem z silną potrzebą rywalizacji wyjaśnić, że to jego metody wiodą prym w branży bulwersacji gnojów.
Jednak ten konkurs mogli odłożyć na inną okazję, chociaż mocno kusiło podroczyć się z Saurielem i zobaczyć kto pierwszy pęknie od zaczepek, to wciąż była robota do załatwienia. Takie przyjemności tymczasowo musiał odłożyć na bok, co najwyżej drobne przepychanki słowne jako substytut dobrej zabawy. Popatrzył z głębokim politowaniem na ten niepodrabialny dowód empatii i wrażliwości Sauriela. Prawie urzekła go ta jego urocza postawa i prawie dał się nabrać na słodkie oczy kilkulatka. Niestety zdradziła go ta parchata morda zabijaki i ten tors przerobiony na brudnopis wkurwionego nastolatka z ostatniej szkolnej ławki. Zmarszczył brwi kiedy z przemoczonych zwitków papieru uderzył go zapach rynsztoku. - Pysznie. Odrzucił z ewidentnym obrzydzeniem na twarzy. Naprawdę cudowny, aż należałoby wymyślić jakąś nazwę dla takiego pięknego kwiatuszka. Przebimenel? A może Urynastia? Wyglądał tragicznie, a śmierdział jeszcze gorzej. Wyjął z kieszeni spodni haftowaną chusteczkę i odebrał ten prezent, wstrzymując na moment oddech. Uśmiechnął się płasko, bo to niebywałe wymyślić taki idiotyzm, od którego aż miał ochotę obrzygać sobie buty. I to na poczekaniu. Odłożył go na pokrywę kubła śmietnika zaraz obok, bo flakon do kwiatów zostawił akurat w innych spodniach.
A potem zaśmiał się cicho, ale ironicznie jakby w niedosłowny sposób chciał powiedzieć "Tak też coś czułem". Z chęcią i sam dołączyłby do tego rachowania kości Chestera. I to nie tylko z uwagi, że rzucił się ze swoimi sługusami na czarną krwinkę. Za ten bohaterski czyn ratowania Stanleya powinien przynajmniej go poklepać po plecach, a nie dopadać go w kilku w ciemnym pokoiku Kromlechu. Gdyby wtedy aurorzy, albo inne kurestwo dorwało Borgina, wcale niewykluczone, że wszyscy pierdzieliby dzisiaj w pasiak, gdyby dobraliby się brodatemu do wspomnień. Właściwie na podstawie historii starego i młodego Rookwooda, można byłoby opracować jakieś nowe prawidło. Paradoks Chestera; chuj go strzelił, zanim ten go dopadł.
- Tak TY. Bo wasz lekarz rodzinny zdiagnozował u Ciebie chroniczny nadmiar wolnego czasu. - odpowiedział z ewidentnym przekąsem w głosie. W przeciwieństwie do Sauriela, Borgin nie pchał się w gips podrzucając Voldemortowi swoje kiszonki, tylko grzecznie i cicho siedział na piździe i czekał na rozkazy. A kociaka najwidoczniej roznosiła energia, skoro zabrakło mu wrażeń na Nokturnie i postanowił testować cierpliwość najpotężniejszego czarnoksiężnika wszechczasów. - Zresztą koniec końców i tak będzie trzeba komuś wpierdolić, więc znajdzie się i dla Ciebie robota, hemoglobinko. Poklepał koleżkę po plecach i puścił mu niewielkie oczko dla otuchy. Taki nieinwazyjny trening mózgownicy co by nie doszło do zaniku zwojów w łepetynie. - Więc?