11.01.2025, 22:09 ✶
Obydwoje mieli swoje, najwidoczniej dziedzictwo próbowało nałożyć im kajdany na nadgarstki i narzucić wybraną przez przodków drogę, ograniczając wolność. Problem był taki, że Tony był tragiczny w przestrzeganiu zasad i graniu tak, jak mu zagrano. Ostatni miesiąc był dla niego wyczerpujący, dziadek uparł się, że przerobią historię rodziny i chciał dać mu kilku lekcji, podarować jakieś doświadczenie, które mogłoby zaowocować czymś dobrym w przyszłości. I im dłużej tam tkwił, tym bardziej czuł, że wchodzi w buty, które powinny należeć do Stanleya. Nie był właściwym wyborem. Nie był tym Borginem, który powinien im przewodzić i podejmować decyzję. Jak miałby o nich dbać, skoro ledwo radził sobie z dbaniem o siebie? Dziś jednak nie chciał o tym myśleć. O niczym trudnym nie chciał, nawet jeśli temat ich udawanych zaręczyn do tego należał. Musiał sprawdzić, co u Rosie. Nie była wylewna, o ile w ogóle już Różana Księżniczka łaskawie mu odpisała.
Nawet upierdolona w błocie i w mugolskich ubraniach, wyglądała ładnie. Miał wrażenie, że ubrała się wręcz zbyt ciepło, ale może była podziębiona? Ściągnął brwi, lustrując wzrokiem jej twarz, gdy tylko miał ku temu okazję. I chociaż się uśmiechał, dokładnie analizował malujący się przed nim obraz.
- Ciebie też miło wiedzieć! Możliwe. Wariaci są ciekawszym towarzystwem, nie? I jak to "Co Ty tu robisz?", no oczywiste, że musiałem Cię zobaczyć. - wyjaśnił spokojnie, wzruszając ramionami, jakby mówił jej najbardziej oczywistą rzecz na świecie. Widział po jej spojrzeniu, po ciemnych plamkach w przypominających jasne niebo tęczówkach, że coś było nie tak. Co? Mimowolnie zlustrował ją wzrokiem, jakby chciał upewnić się, że nie była ranna i gdy tylko skończył, wracając wzrokiem do jej drobnej buzi, wydał z siebie ciche mruknięcie. Zmartwione, niezadowolone. Wydawało mu się, że była nieco bledsza niż zwykle, może twarz jej szczupła?
- Oh, już idziemy w krzaki? Aż tak tęskniłaś? - puścił jej oczko, starając się złagodzić złość i niezadowolenie, rozśmieszyć ją. Grzecznie więc dał się pociągnąć, przyglądając się niejako z rozbawieniem jej poczynaniom. Gdy już zbadała najbliższe otoczenie, a jej głowa przestała zza tych krzaków wystawać, Anthony wyprostował się i westchnął, kręcąc głową. Urwał część łodygi od trzymanej rośliny, a potem zbliżył do brunetki, zmniejszając dzielącą ich odległość. Spojrzał na nią z góry, pozwalając jej wciąż trzymać jego nadgarstek i uniósł drugą dłoń, wsuwając jej kwiatka za ucho, a następnie oparł dłoń o zimną ścianę domu Greengrassów. - O ile się nie mylę, mogę odwiedzić swoją narzeczoną, nawet jeśli odgrywamy przedstawienie. Chyba nie uciekałaś z domu na jakąś nocną schadzkę, co? - przyglądał się z nutą podejrzliwości, a niebezpieczna iskierka pojawiła się w jego tęczówkach, gdy odszukał niebieskich oczu Roselyn. Miała pecha, bo był zazdrosny i terytorialny, zwłaszcza gdy przyzwyczaił się już do czyjeś obecności w swoim życiu. Zdawał sobie sprawę, że nie mógł jej ewentualnych schadzek zabraniać, ale z czystej złośliwości i dla zasady, dałby owemu szczęśliwcowi w nos, prawdopodobnie go łamiąc i dodatkowo jeszcze po żebrach. Nie była jego własnością, widział o tym i rozumiał zasady, które mieli, ale jednocześnie był mężczyzną, który działał emocjonalnie. Najpierw robił, a później dopiero myślał nad konsekwencjami swoich decyzji. Na szczęście pracował nad tym i nie było tak źle, jak niegdyś. Pochylił się, przesuwając nosem po jej włosach i przy policzku, aby następnie przycisnąć delikatnie wargi do czubka jej głowy. - Mung mi już nie pomoże, trochę za późno, ale może ja mogę pomóc Tobie? Co się wydarzyło, jak mnie nie było?
Ładnie pachniała, a jej włosy były miękkie. Nie znał wszystkich nut zapachowych, ale kojarzyły mu się z ogrodem, dzikim lasem i wrzosowiskiem jednocześnie. Nie musiał znać jej długo, aby zrozumieć, że czegoś brakowało. Może było to zapisane na jej twarzy, a może malowało się w jej oczach i tonie głosu, nie miał kurwa pojęcia, ale był za nią odpowiedzialny. Obiecał, że będzie ją chronił za to, co zgodziła się dla niego robić. Borginowie byli lojalni, dotrzymywali słowa. Jego dłoń mimowolnie zacisnęła się w pięść, knykcie pobielały i uwidoczniły się stare blizny na skórze. Bo co, jeśli ktoś ją skrzywdził? Przecież on by go kurwa zabił. Plecak na jego ramieniu zakołysał się, a Anthony szybkim ruchem go poprawił, aby przypadkiem się nie zsunął i w nią nie uderzył. Tkwił tak moment, pogrążony we własnych myślach i przypuszczeniach, zanim cofnął twarz, unosząc powieki. Policzył w myślach do dziesięciu, starając się opanować i nie nakręcać, chociaż krew szybciej już krążyła w jego żyłach i zdążyło się Antkowi zrobić gorąco. Spojrzał na nią znów bezpośrednio, nie uciekając od niebieskich oczu. - Mam cały plecak skarbów i mogę zabrać Cię stąd, a Ty mi wszystko opowiesz? Możesz też siedzieć cicho lub mnie wyzywać, jakim jestem chujowym narzeczonym, bo mnie miesiąc nie było. Nie będę się wyjątkowo bronił Rosie. Pomyśl, to wyjątkowa okazja!
Zaproponował, mówiąc przy tym ciszej niż poprzednio, jakby tworzyli nowy sekret i krzaki faktycznie były teraz użytecznym schronieniem.
Nawet upierdolona w błocie i w mugolskich ubraniach, wyglądała ładnie. Miał wrażenie, że ubrała się wręcz zbyt ciepło, ale może była podziębiona? Ściągnął brwi, lustrując wzrokiem jej twarz, gdy tylko miał ku temu okazję. I chociaż się uśmiechał, dokładnie analizował malujący się przed nim obraz.
- Ciebie też miło wiedzieć! Możliwe. Wariaci są ciekawszym towarzystwem, nie? I jak to "Co Ty tu robisz?", no oczywiste, że musiałem Cię zobaczyć. - wyjaśnił spokojnie, wzruszając ramionami, jakby mówił jej najbardziej oczywistą rzecz na świecie. Widział po jej spojrzeniu, po ciemnych plamkach w przypominających jasne niebo tęczówkach, że coś było nie tak. Co? Mimowolnie zlustrował ją wzrokiem, jakby chciał upewnić się, że nie była ranna i gdy tylko skończył, wracając wzrokiem do jej drobnej buzi, wydał z siebie ciche mruknięcie. Zmartwione, niezadowolone. Wydawało mu się, że była nieco bledsza niż zwykle, może twarz jej szczupła?
- Oh, już idziemy w krzaki? Aż tak tęskniłaś? - puścił jej oczko, starając się złagodzić złość i niezadowolenie, rozśmieszyć ją. Grzecznie więc dał się pociągnąć, przyglądając się niejako z rozbawieniem jej poczynaniom. Gdy już zbadała najbliższe otoczenie, a jej głowa przestała zza tych krzaków wystawać, Anthony wyprostował się i westchnął, kręcąc głową. Urwał część łodygi od trzymanej rośliny, a potem zbliżył do brunetki, zmniejszając dzielącą ich odległość. Spojrzał na nią z góry, pozwalając jej wciąż trzymać jego nadgarstek i uniósł drugą dłoń, wsuwając jej kwiatka za ucho, a następnie oparł dłoń o zimną ścianę domu Greengrassów. - O ile się nie mylę, mogę odwiedzić swoją narzeczoną, nawet jeśli odgrywamy przedstawienie. Chyba nie uciekałaś z domu na jakąś nocną schadzkę, co? - przyglądał się z nutą podejrzliwości, a niebezpieczna iskierka pojawiła się w jego tęczówkach, gdy odszukał niebieskich oczu Roselyn. Miała pecha, bo był zazdrosny i terytorialny, zwłaszcza gdy przyzwyczaił się już do czyjeś obecności w swoim życiu. Zdawał sobie sprawę, że nie mógł jej ewentualnych schadzek zabraniać, ale z czystej złośliwości i dla zasady, dałby owemu szczęśliwcowi w nos, prawdopodobnie go łamiąc i dodatkowo jeszcze po żebrach. Nie była jego własnością, widział o tym i rozumiał zasady, które mieli, ale jednocześnie był mężczyzną, który działał emocjonalnie. Najpierw robił, a później dopiero myślał nad konsekwencjami swoich decyzji. Na szczęście pracował nad tym i nie było tak źle, jak niegdyś. Pochylił się, przesuwając nosem po jej włosach i przy policzku, aby następnie przycisnąć delikatnie wargi do czubka jej głowy. - Mung mi już nie pomoże, trochę za późno, ale może ja mogę pomóc Tobie? Co się wydarzyło, jak mnie nie było?
Ładnie pachniała, a jej włosy były miękkie. Nie znał wszystkich nut zapachowych, ale kojarzyły mu się z ogrodem, dzikim lasem i wrzosowiskiem jednocześnie. Nie musiał znać jej długo, aby zrozumieć, że czegoś brakowało. Może było to zapisane na jej twarzy, a może malowało się w jej oczach i tonie głosu, nie miał kurwa pojęcia, ale był za nią odpowiedzialny. Obiecał, że będzie ją chronił za to, co zgodziła się dla niego robić. Borginowie byli lojalni, dotrzymywali słowa. Jego dłoń mimowolnie zacisnęła się w pięść, knykcie pobielały i uwidoczniły się stare blizny na skórze. Bo co, jeśli ktoś ją skrzywdził? Przecież on by go kurwa zabił. Plecak na jego ramieniu zakołysał się, a Anthony szybkim ruchem go poprawił, aby przypadkiem się nie zsunął i w nią nie uderzył. Tkwił tak moment, pogrążony we własnych myślach i przypuszczeniach, zanim cofnął twarz, unosząc powieki. Policzył w myślach do dziesięciu, starając się opanować i nie nakręcać, chociaż krew szybciej już krążyła w jego żyłach i zdążyło się Antkowi zrobić gorąco. Spojrzał na nią znów bezpośrednio, nie uciekając od niebieskich oczu. - Mam cały plecak skarbów i mogę zabrać Cię stąd, a Ty mi wszystko opowiesz? Możesz też siedzieć cicho lub mnie wyzywać, jakim jestem chujowym narzeczonym, bo mnie miesiąc nie było. Nie będę się wyjątkowo bronił Rosie. Pomyśl, to wyjątkowa okazja!
Zaproponował, mówiąc przy tym ciszej niż poprzednio, jakby tworzyli nowy sekret i krzaki faktycznie były teraz użytecznym schronieniem.