Sęk w tym, że... nic się nie działo. Już jej to powiedział, tak? Ona też powiedziała. Nic się nie dzieje. Nic się nie działo. Istnieją, gdzie istnieli - zgodnie z tym, co się rzekło. Nie miał nawet dobrych słów, by przerwać ciszę, kiedy ją niósł. Alkohol mu z pewnością w tym pomagał. W irracjonalnym zachowaniu jak na niego również. NAWET jak na niego. Chciał jej tylko powiedzieć, żeby się nie wierzgała, żeby siedziała spokojnie, ale po co będzie strzępić tego ryja. Zaraz ją postawi. Usiądzie. I będzie w porządku. Zaraz wszyscy będą zadowoleni. Zaraz wrócimy do norm. Zaraz... no, wszystko zaraz. Tylko najpierw zrobi jej kakao, bo to ważne, żeby bić kakao, jak się jest osłabionym. I powiecie: no ale wszystko okej! Otóż nie było takiego języka, w którym by to do Rookwooda dotarło. Że "wszystko jest okej" w tej chwili.
Tak, kupował sobie czas. Ona chciała, żeby on mówił, a on w gruncie rzeczy nie lubił mówić. Przynajmniej nie o tym, co działo się w jego pokręconej głowie. Co tam się pałętało po jego myślach i emocjach. Żeby takie rzeczy powiedzieć trzeba przede wszystkim samemu jeszcze potrafić je zwerbalizować. W tym zaś też nie był najlepszy, bo nawet nie chciał być najlepszy. I kupował sobie przestrzeń. Nie lubił do końca, kiedy ona była naruszana, gdy jej potrzebował, bo to wtedy zachęcało tym bardziej do tego, żeby się wynieść. Ale jednocześnie wcale nie tak, że nie lubił jej dotyku. Nie było złotego środka, dlatego będzie musiał ją sadzać i czymś zajmować. Żeby on mógł poprzeżywać rzeczy dokładnie tak, jak tego potrzebował. Dać im z siebie zejść, tak jak musiały z niego schodzić. A nie należało do tego siedzenie w miejscu. On po prostu... musiał się ruszyć. Inaczej nie osiągał powrotu do spektrum komfortu.
Zwolnił dopiero, kiedy wypluła z siebie zdanie, nad którym się zastanowił. Patrzeć przedmiotowo, żeby wtedy czuć się z tym lepiej...
- Tak. - To było bardzo dobrze zwerbalizowane. Dobrze ujęte. Dokładnie trafiające w to, o czym myślał, jak sam na to patrzył, a i tak, jak sam tego nie ujmował w swojej głowie. Tylko nie bardzo był pewien, co do tego drugiego - że mógłby tak spojrzeć na nią... może to właśnie o to chodziło. W tym tkwiło sedno problemu, którego dokładnie nie nazywał, bo nie potrafił, ale czuł całym sobą, że nie chce i zostawiał to za ścianą? Wyjebywał to oknami, rurami i kominem - każdą wentylacją w tym pieprzonym burdelu, jakim była jego głowa. - Ay... widzę. - Spojrzał na nią z nieco uniesionymi brwiami. Lubiła, kiedy do niej mówił. Tak, w sumie to już o tym wspominała kiedyś. Mieli tutaj lekki konflikt - skoro on mówić nie lubił. Czasami nie było to aż takie straszne, a niekiedy po prostu... jakoś mu to umykało. To, jak bardzo milczy i jak wiele zostawia tylko swojej głowie. Oparł się o wyspę w kuchni z tą filiżanką między swoimi łapami i zaczął nią przesuwać z jednej do drugiej, jakby to była jakaś piłeczka do zabawy. Wyciągnęła hasło-klucz. Słowo-klucz. NAJBARDZIEJ. Miał teraz to stopniować? Czy wybrałby ją czy Stanleya? Albo ją czy Anne? Wybór powinien być prosty - miał wiele żalu i nienawiści do tej kobiety, a jednak wcale by nie był. Ale miał teraz zaprzeczyć? Jakoś tak to powiedział i teraz... no było. I nie było pytaniem. Skinął głową tak czy siak, bo przecież to nie była kwestia wyborów. Zależało mu na niej. Bardzo mu zależało. - Jak mam coś do przemielenia we łbie to po prostu daj mi czas. Muszę to rozchodzić. I mi przejdzie. - Chodziło mu o to chociażby, co tu zaszło, albo... co wielokrotnie zachodziło, kiedy sytuacja eskalowała. Wolał zresztą to niż groźbę wybuchu, bo może i się uspokoił trochę, ale to wcale nie znaczyło, że przestał być wybuchowy. Nie bardzo znał teraz swoje limity. Uniósł na nią spojrzenie.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.