27.01.2023, 19:12 ✶
- Zarabiam na życie rzeźbiąc patyki. Bezróżdżkowcy mogą sprawić, że zbankrutuję – odpowiedział jej poważnym tonem, ale zaraz się roześmiał, gdy dostrzegł jej przerażoną, niepewną minę. Naprawdę wyglądał tak strasznie? Może rzeczywiście jego reakcje bywały przesadzone, o czym zdołał się już przekonać nie raz i nie dwa. W tym wypadku jednak za nic nie potrafił zrozumieć, jakim cudem dziewczyna nie zdołała się zorientować, że od paru tygodni było coś nie tak z jej różdżką. – Kiedy, jak to ujęłaś, konwencjonalne metody zawiodą, zepsuta różdżka może jeszcze pogorszyć. Uwierz mi, nie jesteś pierwszą osobą, która by tego nie dostrzegła i jeszcze przypadkiem uszkodziła samą siebie.
Nie potrafił sobie przypomnieć, jak się nazywała, ani czy rzeczywiście zamienili ze sobą choć jedno słowo w Hogwarcie. Nie zwracał wtedy jednak szczególnej uwagi na ludzi. Wystarczali mu wyłącznie ci, z którymi trzymał się blisko, jak Nora, Sauriel czy Cynthia. Pozostałych ignorował, traktując raczej jako niezbędne tło do życia szkolnego. A że Sophie mogła się nim stać, to już raczej kwestia tego, że przyjechała na zaledwie rok, a to na przestrzeni lat miało niewielkie znaczenie.
- Aż tak się wyróżniałem? – zdziwił się, bo raczej sam mógł być tłem dla pozostałych uczniów. Niezbyt wyróżniający się z tłumu, chuderlawy, nadęty Krukon o przydługich włosach opadających mu na oczy, zazwyczaj ukrywający się gdzieś między regałami w bibliotece albo szwendający z Puchonami w postaci Figg czy Lovegooda. Zdarzało mu się być pretensjonalnym na lekcjach czy spierać z nauczycielami na różne tematy, co kończyło się niekiedy szlabanem. Ale żeby ktoś go zapamiętał?
Wywrócił oczami na jej pytanie, wciąż trzymając w dłoni jej różdżkę, a palcem drugiej przemieszczając się po wypisanym drobnym pismem tekście. Pismo jego dziadka było szkaradne, ale nauczył się je przez lata odczytywać, by cokolwiek z tych notatek wynieść.
- Oczywiście, że dam radę to naprawić – fuknął, mrużąc oczy, bo nie lubił, kiedy kwestionowano jego umiejętności. Wystarczało mu, że robił to ojciec. Nie musiała tego robić klientka, która na dodatek najwyraźniej po raz pierwszy miała do czynienia z Ollivanderami jako różdżkarzami. Siebie z czasów szkolnych nie liczył, bo wówczas planował dla siebie zupełnie inną przyszłość, niezwiązaną z użeraniem się z Amerykankami zza sklepowej lady. – Ale nie będzie to łatwe, ani tym bardziej tanie – uprzedził, bo jednak zachowanie ostrożności przy nieznanym mu dotąd rdzeniu wymagało od niego większej koncentracji i zapewne pomocy kogoś bardziej doświadczonego, jak wuja Gerainta. Ojca wolał w to nie mieszać, bo nie pozwoliłby mu niczego dotknąć, zabierając całą robotę dla siebie.
- Czyli wycieczka w ramach pracy? – zdziwił się, sięgając pod ladę po narzędzia, których będzie musiał użyć, by cokolwiek z tej różdżki pozostało i by nadawała się do rzucania jakichkolwiek zaklęć bez ryzyka poparzenia dłoni właścicielki lub wysadzenia wszystkiego wokół. – Okej, przypomnij mi, proszę, jak się nazywasz, bo będzie mnie to teraz zżerało – poprosił jeszcze, gdy ustawił przed sobą kilka dłut, coś, co przypominało wspornik i rękawice, które miały go uchronić przed pokaleczeniem dłoni drzazgami.
Było w tej dziewczynie coś znajome, w jej błękitnych oczach, kształcie twarzy i jasnych włosach. Ale nie potrafił tego z niczym połączyć, choć naprawdę się starał.
- W Londynie czy ogólnie? Bo jeśli chodzi o Londyn, proponowałbym raczej zaszycie się w mugolskiej części, zwłaszcza spacer na deptak nad Tamizą.
Jeśli miała na myśli ogólnie Wielką Brytanię, pierwsze co by mu wpadło do głowy, to całkiem przyjemny port i środek nieokreślonej wody, ale tym nie chciał się dzielić z jakąś obcą dziewczyną.
Nie potrafił sobie przypomnieć, jak się nazywała, ani czy rzeczywiście zamienili ze sobą choć jedno słowo w Hogwarcie. Nie zwracał wtedy jednak szczególnej uwagi na ludzi. Wystarczali mu wyłącznie ci, z którymi trzymał się blisko, jak Nora, Sauriel czy Cynthia. Pozostałych ignorował, traktując raczej jako niezbędne tło do życia szkolnego. A że Sophie mogła się nim stać, to już raczej kwestia tego, że przyjechała na zaledwie rok, a to na przestrzeni lat miało niewielkie znaczenie.
- Aż tak się wyróżniałem? – zdziwił się, bo raczej sam mógł być tłem dla pozostałych uczniów. Niezbyt wyróżniający się z tłumu, chuderlawy, nadęty Krukon o przydługich włosach opadających mu na oczy, zazwyczaj ukrywający się gdzieś między regałami w bibliotece albo szwendający z Puchonami w postaci Figg czy Lovegooda. Zdarzało mu się być pretensjonalnym na lekcjach czy spierać z nauczycielami na różne tematy, co kończyło się niekiedy szlabanem. Ale żeby ktoś go zapamiętał?
Wywrócił oczami na jej pytanie, wciąż trzymając w dłoni jej różdżkę, a palcem drugiej przemieszczając się po wypisanym drobnym pismem tekście. Pismo jego dziadka było szkaradne, ale nauczył się je przez lata odczytywać, by cokolwiek z tych notatek wynieść.
- Oczywiście, że dam radę to naprawić – fuknął, mrużąc oczy, bo nie lubił, kiedy kwestionowano jego umiejętności. Wystarczało mu, że robił to ojciec. Nie musiała tego robić klientka, która na dodatek najwyraźniej po raz pierwszy miała do czynienia z Ollivanderami jako różdżkarzami. Siebie z czasów szkolnych nie liczył, bo wówczas planował dla siebie zupełnie inną przyszłość, niezwiązaną z użeraniem się z Amerykankami zza sklepowej lady. – Ale nie będzie to łatwe, ani tym bardziej tanie – uprzedził, bo jednak zachowanie ostrożności przy nieznanym mu dotąd rdzeniu wymagało od niego większej koncentracji i zapewne pomocy kogoś bardziej doświadczonego, jak wuja Gerainta. Ojca wolał w to nie mieszać, bo nie pozwoliłby mu niczego dotknąć, zabierając całą robotę dla siebie.
- Czyli wycieczka w ramach pracy? – zdziwił się, sięgając pod ladę po narzędzia, których będzie musiał użyć, by cokolwiek z tej różdżki pozostało i by nadawała się do rzucania jakichkolwiek zaklęć bez ryzyka poparzenia dłoni właścicielki lub wysadzenia wszystkiego wokół. – Okej, przypomnij mi, proszę, jak się nazywasz, bo będzie mnie to teraz zżerało – poprosił jeszcze, gdy ustawił przed sobą kilka dłut, coś, co przypominało wspornik i rękawice, które miały go uchronić przed pokaleczeniem dłoni drzazgami.
Było w tej dziewczynie coś znajome, w jej błękitnych oczach, kształcie twarzy i jasnych włosach. Ale nie potrafił tego z niczym połączyć, choć naprawdę się starał.
- W Londynie czy ogólnie? Bo jeśli chodzi o Londyn, proponowałbym raczej zaszycie się w mugolskiej części, zwłaszcza spacer na deptak nad Tamizą.
Jeśli miała na myśli ogólnie Wielką Brytanię, pierwsze co by mu wpadło do głowy, to całkiem przyjemny port i środek nieokreślonej wody, ale tym nie chciał się dzielić z jakąś obcą dziewczyną.