13.01.2025, 23:28 ✶
W chwili, w której obdarzyła go podobnymi słowami, Ambroise momentalnie skierował wzrok w stronę sufitu, jawnie kręcąc głową w wyrazie niedowierzania. Jeszcze tego im brakowało, aby prowadzili dyskusje w temacie tego, co należy uznać za słuszne. Czyja prawda może być bardziej prawdziwa i czy pełna prawda, ale pozbawiona aprobaty z tej drugiej strony jest lepsza a może gorsza od półprawdy będącej wynikiem porozumienia stron.
Obecnie cały ten sposób, w jaki reagował. Każde uniesienie brwi i wywrócenie oczami było jednak nie wyrazem absolutnej niezgody z opiniami Geraldine. A raczej po prostu bardzo rozbawioną, nieco przekorną reakcją będącą jedną całością ze wszystkim tym, co teraz robił. Był jednorodnie swobodny. Nie kąśliwy a zaczepny.
W żadnym razie nie zamierzał ścinać się ze swoją dziewczyną o cokolwiek, co działo się między nimi w ten weekend. Oto stała przed nią najprawdopodobniej najbardziej ugodowa wersja Roisa Greengrassa gotowa nawet przyznać jej parokrotnie rację, aby uczynić te cztery dni jednymi z najlepszych, jakie mogli sobie dać. Później zaś w miarę możliwości również szukając wspólnych rozwiązań, bo przecież już to częstokroć robili.
Już jako przyjaciele starali się ograniczyć czcze kłótnie dla samego powarkiwania i poburkiwania na siebie. Tym bardziej, że częstokroć mogła im wystarczyć byle głupota, by poróżnić się ze sobą i posyłać sobie ponure łypnięcia. Jednakże przecież nie o to im chodziło. Ambroise nie czerpał żadnej satysfakcji z bycia górą, gdy ta wygrana niosła ze sobą jednoczesne ciche godziny między nim a Yaxleyówną.
Tym bardziej, że przez ten cały czas jaki ze sobą spędzili zdążył przyzwyczaić się do tych wszystkich długich rozmów. Do siedzenia razem na drewnianej podłodze albo na kafelkach na balkonie, rozmawiając niemalże do białego świtu. Cenił sobie wspomnienia tych kilku momentów, kiedy niemalże przysnęli wspólnie na kanapie, robiąc sobie niewielką drzemkę, choć nic więcej.
Lgnęli do siebie bardziej niż byli w stanie otwarcie przyznać przez naprawdę długi czas. Obawiali się stracić tę przyjaźń, bo...
...sam nie wiedział dlaczego tak bardzo wahał się przed tym, by powiedzieć jej co czuje i czemu wydawało mu się, że może nie być dla nich żadnej nadziei na pozytywny obrót spraw. Na wyjście z tej pozornie całkiem wygodnej, ale jednocześnie złudnej i podstępnej strefy przyjaźni.
W końcu przecież mieli w tym wiele więcej szczęścia niż inni ludzie. Większość społeczeństwa nie miała tak bardzo ułatwionej sytuacji. Zwłaszcza nie czarodzieje i czarownice z ich klasy społecznej, bo tu zazwyczaj w grę wchodziły znacznie bardziej skomplikowane układy niż emocjonalne zaangażowanie, niż zakochanie, niż powoli rozwijająca się miłość. Poważna i zarazem szczenięca. Nieskrępowana i swobodna.
Tymczasem oboje pochodzili z tego samego środowiska. Wychowali się w tych samych strukturach, nawet jeśli w skrajnie innych domach. Znali konwenanse, potrafili je równocześnie szanować i łamać, gdy nadarzała się ku temu odpowiednią okoliczność a zyski z postępowania wbrew zasadom miały być wyższe niż koszty.
Czuł się dobrze. Zadziwiająco pozytywnie patrzył w kierunku przyszłości, bowiem znał zarówno swoją, jak i jej rodzinę. Miał okazję bywać u Yaxleyów jako medyk i nawet jeśli teraz być może miano go traktować zupełnie inaczej to raczej nie wyobrażał sobie możliwości, w której któremukolwiek z rodów nie będzie odpowiadać ich związek.
Przeciwnie. Greengrassowi wydawało się to raczej nie tyle niemożliwe, co całkowicie wykluczone, bowiem w istocie raczej skłaniał się ku stwierdzeniu, że jego własnej rodzinie miało ulżyć. Co prawda nie mówiono mu tego wprost. Przynajmniej nie tak często jak pewnie myślano, ale od dawna liczono na to, że sam się ustatkuje, bo wszelkie próby mniej lub bardziej dyskretnego swatania go z kimkolwiek spalały się na panewce.
Zdecydowanie musiał dojść do tego sam. Mając tyle szczęścia, że było mu to dane. Może nie tak szybko jak co poniektórzy liczyli (macocha od dawna chciała go przecież widzieć jak najdalej od rodzinnego domu), ale liczyło się, że teraz sytuacja uległa diametralnej zmianie. Nie planował tego w żaden sposób zatajać czy ukrywać. Wprost przeciwnie.
Być może jeszcze nie mieli okazji, aby porozmawiać na ten temat w jakiś bardziej konkretny sposób, ale zdecydowanie czekało na nich zarówno przedstawienie się wzajemnie swoim rodzinom jak i pierwszy oficjalny debiut towarzyski. Dokładnie w tej kolejności, bowiem Ambroise w żadnym wypadku nie wyobrażał sobie kolejny raz stanąć przed koniecznością odganiania amantów od jego dziewczyny. To było całkowicie wykluczone.
- Prawie z każdej - odruchowo poprawił Yaxleyównę, posyłając jej niepoważne, ale też całkiem wymowne spojrzenie. - W tej tutaj mamy jeszcze całkiem sporo do odkrycia, nie sądzisz? Nie odbierajmy sobie przyjemności - oczywiście już mieli pewien przedsmak tego, w jaki sposób mogły wyglądać ich wspólne poranki czy popołudnia.
Obecnie kończąc przelotny, bardzo przyjemnie słodki i rozgrzewający pocałunek mogli mieć okazję spędzić ze sobą pierwszy wieczór w całkowicie nowej rzeczywistości. A później kolejny i kolejny. Dużo wieczorów, niezliczoną ilość poranków, długie popołudnia. Zarówno te latem na plaży jak i zimą w ciepłym pomieszczeniu przed kominkiem.
W tej sferze dopiero zaczynali się tak prawdziwie poznawać. Weryfikowali swoje domysły i wyobrażenia, które jak do tej pory nijak się miały do zdecydowanie lepszej rzeczywistości. Nie potrzebowali rozmawiać, żeby wspólnie sięgnąć ku temu, by ich nocny wypad na plażę udał się jak najlepiej. Wspólnie zajęli się rozkładaniem koca i całą resztą tych drobnych rzeczy, dzięki którym mogli już wkrótce usiąść na piasku, rozkoszując się widokiem przed nimi.
Znacznie lepszym niż mógłby powiedzieć na samym początku, bo choć zakładał, że miało być naprawdę dobrze, widok w morzu zaskoczył go na tyle, że nie od razu wskazał go dziewczynie. Z początku sam zawiesił na nim oczy, dopiero po paru sekundach obejmując ją tak, by zwrócić ku niemu również jej uwagę. I nie bezcelowo. Błysk w jej oczach zdecydowanie go nagrodził.
- Jest coś lepszego od morzonogów? Naprawdę? - Mruknął uśmiechając się pod nosem zanim ponownie nie przeniósł wzroku w wodę, wsłuchując się w cichy, melodyjny głos towarzyszki.
- A więc zgodnie z życzeniem - energicznie kiwnął głową, starając się zachować względnie poważny wyraz twarzy - nic nie mówię - więc niczego nie miała u niego potwierdzić ani niczemu zaprzeczyć, nie miała się dowiedzieć o niczym, co planował ani co było dziełem przypadku.
Bowiem czy zdawał sobie sprawę z tego, że w tym miejscu żyły jakieś magiczne ryby? Jak najbardziej. Nigdy ich za cholerę nie potrafił dostrzec, być może tym samym trochę powątpiewając w ich istnienie, ale zdecydowanie o nich słyszał. Tyle tylko, że nie miał niemal żadnej możliwości, aby je tu do nich przywołać, toteż wszystko, co się tam teraz działo było wyłącznie dziełem przypadku.
Bardzo szczęśliwego trafu. Na tyle fartownego, że Ambroise bez mrugnięcia okiem zamierzał wykorzystać ten fakt. Oczywiście, że nieoficjalnie przypisując sobie współudział w zaaranżowaniu tego całego widoku. W końcu darowanym fluorescencyjnym cosiom nie zaglądało się w łapki czy tam w nibynóżki, płetwy czy inne macki.
Prawdę mówiąc, bardzo ochoczo wskoczyłby teraz do wody, aby bliżej przyjrzeć się temu czemuś. I prawdopodobnie, gdyby był tu w taki sposób, w jaki przez lata odwiedzał to i podobne miejsca, najpewniej już by to teraz zrobił, jednak w tym momencie przeniósł wzrok na Geraldine. Posyłając jej w ciemnościach nieco wyzywające, pytające spojrzenie skierowane następnie na morze. Tak, mieli tu oglądać gwiazdy i takie tam, ale niebo raczej nie miało im uciec. Zaś okazja na podobną kąpiel w takim otoczeniu mogła nie powtórzyć się zbyt szybko. Było zimno, ale czy aż tak bardzo, by zrzucić z siebie ciuchy i wskoczyć do wody? Nie wydawało mu się. Tak właściwie to zdecydowanie chciał to zrobić. Było to po nim widać już na pierwszy rzut oka, a że patrzyła na niego naprawdę często i otwarcie...
Obecnie cały ten sposób, w jaki reagował. Każde uniesienie brwi i wywrócenie oczami było jednak nie wyrazem absolutnej niezgody z opiniami Geraldine. A raczej po prostu bardzo rozbawioną, nieco przekorną reakcją będącą jedną całością ze wszystkim tym, co teraz robił. Był jednorodnie swobodny. Nie kąśliwy a zaczepny.
W żadnym razie nie zamierzał ścinać się ze swoją dziewczyną o cokolwiek, co działo się między nimi w ten weekend. Oto stała przed nią najprawdopodobniej najbardziej ugodowa wersja Roisa Greengrassa gotowa nawet przyznać jej parokrotnie rację, aby uczynić te cztery dni jednymi z najlepszych, jakie mogli sobie dać. Później zaś w miarę możliwości również szukając wspólnych rozwiązań, bo przecież już to częstokroć robili.
Już jako przyjaciele starali się ograniczyć czcze kłótnie dla samego powarkiwania i poburkiwania na siebie. Tym bardziej, że częstokroć mogła im wystarczyć byle głupota, by poróżnić się ze sobą i posyłać sobie ponure łypnięcia. Jednakże przecież nie o to im chodziło. Ambroise nie czerpał żadnej satysfakcji z bycia górą, gdy ta wygrana niosła ze sobą jednoczesne ciche godziny między nim a Yaxleyówną.
Tym bardziej, że przez ten cały czas jaki ze sobą spędzili zdążył przyzwyczaić się do tych wszystkich długich rozmów. Do siedzenia razem na drewnianej podłodze albo na kafelkach na balkonie, rozmawiając niemalże do białego świtu. Cenił sobie wspomnienia tych kilku momentów, kiedy niemalże przysnęli wspólnie na kanapie, robiąc sobie niewielką drzemkę, choć nic więcej.
Lgnęli do siebie bardziej niż byli w stanie otwarcie przyznać przez naprawdę długi czas. Obawiali się stracić tę przyjaźń, bo...
...sam nie wiedział dlaczego tak bardzo wahał się przed tym, by powiedzieć jej co czuje i czemu wydawało mu się, że może nie być dla nich żadnej nadziei na pozytywny obrót spraw. Na wyjście z tej pozornie całkiem wygodnej, ale jednocześnie złudnej i podstępnej strefy przyjaźni.
W końcu przecież mieli w tym wiele więcej szczęścia niż inni ludzie. Większość społeczeństwa nie miała tak bardzo ułatwionej sytuacji. Zwłaszcza nie czarodzieje i czarownice z ich klasy społecznej, bo tu zazwyczaj w grę wchodziły znacznie bardziej skomplikowane układy niż emocjonalne zaangażowanie, niż zakochanie, niż powoli rozwijająca się miłość. Poważna i zarazem szczenięca. Nieskrępowana i swobodna.
Tymczasem oboje pochodzili z tego samego środowiska. Wychowali się w tych samych strukturach, nawet jeśli w skrajnie innych domach. Znali konwenanse, potrafili je równocześnie szanować i łamać, gdy nadarzała się ku temu odpowiednią okoliczność a zyski z postępowania wbrew zasadom miały być wyższe niż koszty.
Czuł się dobrze. Zadziwiająco pozytywnie patrzył w kierunku przyszłości, bowiem znał zarówno swoją, jak i jej rodzinę. Miał okazję bywać u Yaxleyów jako medyk i nawet jeśli teraz być może miano go traktować zupełnie inaczej to raczej nie wyobrażał sobie możliwości, w której któremukolwiek z rodów nie będzie odpowiadać ich związek.
Przeciwnie. Greengrassowi wydawało się to raczej nie tyle niemożliwe, co całkowicie wykluczone, bowiem w istocie raczej skłaniał się ku stwierdzeniu, że jego własnej rodzinie miało ulżyć. Co prawda nie mówiono mu tego wprost. Przynajmniej nie tak często jak pewnie myślano, ale od dawna liczono na to, że sam się ustatkuje, bo wszelkie próby mniej lub bardziej dyskretnego swatania go z kimkolwiek spalały się na panewce.
Zdecydowanie musiał dojść do tego sam. Mając tyle szczęścia, że było mu to dane. Może nie tak szybko jak co poniektórzy liczyli (macocha od dawna chciała go przecież widzieć jak najdalej od rodzinnego domu), ale liczyło się, że teraz sytuacja uległa diametralnej zmianie. Nie planował tego w żaden sposób zatajać czy ukrywać. Wprost przeciwnie.
Być może jeszcze nie mieli okazji, aby porozmawiać na ten temat w jakiś bardziej konkretny sposób, ale zdecydowanie czekało na nich zarówno przedstawienie się wzajemnie swoim rodzinom jak i pierwszy oficjalny debiut towarzyski. Dokładnie w tej kolejności, bowiem Ambroise w żadnym wypadku nie wyobrażał sobie kolejny raz stanąć przed koniecznością odganiania amantów od jego dziewczyny. To było całkowicie wykluczone.
- Prawie z każdej - odruchowo poprawił Yaxleyównę, posyłając jej niepoważne, ale też całkiem wymowne spojrzenie. - W tej tutaj mamy jeszcze całkiem sporo do odkrycia, nie sądzisz? Nie odbierajmy sobie przyjemności - oczywiście już mieli pewien przedsmak tego, w jaki sposób mogły wyglądać ich wspólne poranki czy popołudnia.
Obecnie kończąc przelotny, bardzo przyjemnie słodki i rozgrzewający pocałunek mogli mieć okazję spędzić ze sobą pierwszy wieczór w całkowicie nowej rzeczywistości. A później kolejny i kolejny. Dużo wieczorów, niezliczoną ilość poranków, długie popołudnia. Zarówno te latem na plaży jak i zimą w ciepłym pomieszczeniu przed kominkiem.
W tej sferze dopiero zaczynali się tak prawdziwie poznawać. Weryfikowali swoje domysły i wyobrażenia, które jak do tej pory nijak się miały do zdecydowanie lepszej rzeczywistości. Nie potrzebowali rozmawiać, żeby wspólnie sięgnąć ku temu, by ich nocny wypad na plażę udał się jak najlepiej. Wspólnie zajęli się rozkładaniem koca i całą resztą tych drobnych rzeczy, dzięki którym mogli już wkrótce usiąść na piasku, rozkoszując się widokiem przed nimi.
Znacznie lepszym niż mógłby powiedzieć na samym początku, bo choć zakładał, że miało być naprawdę dobrze, widok w morzu zaskoczył go na tyle, że nie od razu wskazał go dziewczynie. Z początku sam zawiesił na nim oczy, dopiero po paru sekundach obejmując ją tak, by zwrócić ku niemu również jej uwagę. I nie bezcelowo. Błysk w jej oczach zdecydowanie go nagrodził.
- Jest coś lepszego od morzonogów? Naprawdę? - Mruknął uśmiechając się pod nosem zanim ponownie nie przeniósł wzroku w wodę, wsłuchując się w cichy, melodyjny głos towarzyszki.
- A więc zgodnie z życzeniem - energicznie kiwnął głową, starając się zachować względnie poważny wyraz twarzy - nic nie mówię - więc niczego nie miała u niego potwierdzić ani niczemu zaprzeczyć, nie miała się dowiedzieć o niczym, co planował ani co było dziełem przypadku.
Bowiem czy zdawał sobie sprawę z tego, że w tym miejscu żyły jakieś magiczne ryby? Jak najbardziej. Nigdy ich za cholerę nie potrafił dostrzec, być może tym samym trochę powątpiewając w ich istnienie, ale zdecydowanie o nich słyszał. Tyle tylko, że nie miał niemal żadnej możliwości, aby je tu do nich przywołać, toteż wszystko, co się tam teraz działo było wyłącznie dziełem przypadku.
Bardzo szczęśliwego trafu. Na tyle fartownego, że Ambroise bez mrugnięcia okiem zamierzał wykorzystać ten fakt. Oczywiście, że nieoficjalnie przypisując sobie współudział w zaaranżowaniu tego całego widoku. W końcu darowanym fluorescencyjnym cosiom nie zaglądało się w łapki czy tam w nibynóżki, płetwy czy inne macki.
Prawdę mówiąc, bardzo ochoczo wskoczyłby teraz do wody, aby bliżej przyjrzeć się temu czemuś. I prawdopodobnie, gdyby był tu w taki sposób, w jaki przez lata odwiedzał to i podobne miejsca, najpewniej już by to teraz zrobił, jednak w tym momencie przeniósł wzrok na Geraldine. Posyłając jej w ciemnościach nieco wyzywające, pytające spojrzenie skierowane następnie na morze. Tak, mieli tu oglądać gwiazdy i takie tam, ale niebo raczej nie miało im uciec. Zaś okazja na podobną kąpiel w takim otoczeniu mogła nie powtórzyć się zbyt szybko. Było zimno, ale czy aż tak bardzo, by zrzucić z siebie ciuchy i wskoczyć do wody? Nie wydawało mu się. Tak właściwie to zdecydowanie chciał to zrobić. Było to po nim widać już na pierwszy rzut oka, a że patrzyła na niego naprawdę często i otwarcie...
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down