Salon - duża kanapa, a po bokach dwie mniejsze. Zmieściłoby się tu sporo osób, które mogłyby bez przeszkód, swobodnie ze sobą rozmawiać. Kominek był wygaszony - w końcu nadal mieliśmy sierpień, nawet jeśli nie cieszył on upalnym słońcem. Nie pachniało tu niczym konkretnym - czuć było to zadbane drewno, ale poza tym w domu panował porządek, który nie pozostawiał po sobie woni środków impregnacyjnych, ani nie było też kurzu, by kręciło w nosie. Znajdował się tu mniejszy barek, z którego magia przyniosła Victorii szklankę i wystawiła na wierzch butelkę ginu, cytrynę i wodę gazowaną. Cisza rządziła tym miejscem. Nie grała żadna muzyka, nie było żadnych zwierząt ją przerywających, dźwięków czyjej bytności. Nic. Dlatego też dźwięki spokojnych kroków męskich stawianych na korytarzu Victoria usłyszała bez problemu.
Sauriel nie zawsze się zakradał. Czasem chciał być słyszany. Czasem - by nie wystraszyć niepotrzebnie Victorii, na ten przykład. Za to czasem chciał ją straszyć celowo. Czasem było go słychać, kiedy koło niej chodził. Czasem... Czy człowiek jest w stanie tak wytężyć zmysły, by rozpoznać kogoś po kroku? Kiedy ten wcale się tak wiele nie różnił, gdy było go słychać. Albo różnił? Był wolniejszy? Jakby nieznośnie wydłużał się czas każdego kolejnego, pokonanego metra. Dłuższy? Niekoniecznie dlatego, że druga osoba była wyższa - specyfika kroku sprawiała, że niektórzy robili je większe, a inni malutkie. To nie Sauriel kroczył schodami.
Joseph nieszczególnie się śpieszył do salonu. Elegancko ubrany, wyprostowany mężczyzna nosił na sobie nonszalancję przeszywaną spokojem. Ciemny granat kamizelki i spodni prasowanych w kant podkreślał biel koszuli pod nią. Stalowe oczy nie namierzyły od razu Victorii, kiedy pojawił się w przejściu. Pierwszym jego punktem był kominek, potem barek, a dopiero w trzeciej sekundzie - Victoria.
- Dobry wieczór, Victorio. - Głos miał równie spokojny co wyraz twarzy. Gdyby śnieg był tą pierzyną otulającą świat, do której go czasem przyrównywano, to może Joseph by nią właśnie był. Jakimś zastojem dla rzeczywistości. Odetchnięciem dla świata. - Miło mi cię gościć w moich skromnych progach. - Przeszedł przez ten pokój, nie zatrzymując się. Przystanął tylko po to, by móc (kiedy Victoria na chwilę wstanie) ucałować jej dłoń. I sam usiadł razem z nią - tylko na innej kanapie. Tak jakby to właśnie do niego przyszła, jakby z nim się miała zobaczyć, jakby wszystko było na swoim miejscu. - Dziwnym trafem przyjęć z okazji zerwanych zaręczyn nie organizują... jaka szkoda. Byłaby sposobność spotkania się wcześniej. - Srebrzyste włosy z ciemniejszymi pasmami (świadectwem po tym, że kiedyś musiały być całe czarne), falowane, ułożone były perfekcyjnie - zaczesane w tył tak, by nie opadały na twarz. Mężczyzna miał na palcu sygnet rodu Rookwood, ale poza tym próżno było szukać u niego jakichkolwiek ozdób. Może to dobrze? Nic nie odwracało wzroku od jego niezwykle jasnych oczu.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.