Zawsze widział sobie jako człowieka dobrze zorganizowanego. Dużo planował. Starał się być punktualny. A nawet więcej - zjawiać się na miejscu z lekkim wyprzedzeniem. Dbał też o porządek, który stanowił dla niego absolutną podstawe. Nie wystarczyło to jednak, żeby razem z Henriettą zdołali zjawić się na pogrzebie o odpowiedniej godzinie. Choć wiedzieli o nim co najmniej od kilku dni, ku irytacji Roberta, nie wszystko potoczyło się tak, jak powinno.
Przygotowanie się do pogrzebu nie stanowiło problemu.
O właściwej godzinie opuścili swoją londyńską kamienice.
Bez trudu dotarli również do Wiltshire, ale...
...ale właśnie tutaj zaczęły się problemy. Schody do pokonania, pod postacią ataku, z którym Robert musiał sobie poradzić. Choć tego typu dolegliwości towarzyszyły mu z reguły podczas teleportacji, przypomnieć o sobie zdecydowały się również teraz. W momencie niekoniecznie odpowiednim. W końcu kto chciał zjawić się na progu dobrego znajomego, zgięty w pasie, opróżniający swój żołądek z wczorajszej kolacji? No właśnie.
Całe szczęście, znajdywali się w pewnej odległości od posiadłości Malfoy'ów, a do tego udało im się znaleźć na tyle ustronne miejsce, żeby Mulciber mógł doprowadzić się do porządku. O prezencje trzeba było zadbać. Po wymiotach zaś pozostawał niezbyt przyjemny zapach, bladość, nienajlepsze samopoczucie. Człowiek w takim stanie niekoniecznie nadawał się do tego, aby wyjść do ludzi.
Robert zaś, choć nie zawsze było to widoczne (i nie zawsze się udawało), starał się dbać o względnie poprawny wizerunek.
Kiedy wyprostował się, oczywiście szybko poprawił ubranie, upewnił się też, że eleganckie, skórzane buty pozostają czyste. Odgarnął z twarzy przydługie włosy, które starał się odpowiednio ułożył. Miały charakterystyczny kolor. Ni to siwy, ni to brązowy. Wyjął z kieszeni chusteczkę. Sięgnął też po buteleczkę z jakimś specyfikiem, którego się napił. Nie było tego dużo. Henrietta pewnie już wcześniej miała okazje zwrócić na ten specyfik uwagę. W sytuacjach takich jak ta, pozwalał Robertowi odświeżyć oddech.
- Popraw sukienkę, dekolt układa się wręcz okropnie. - kiedy doszedł do siebie, na tyle na ile było to możliwe w obecnej sytuacji, spojrzał na Henriettę w dość krytyczny sposób. W jakimś stopniu wynikało to z jej obecności. Z tego, że towarzyszyła mu w tej mało komfortowej sytuacji. W chwili słabości. Nie czuł się z tym dobrze. Był wyraźnie poirytowany, co przekładało się na wypowiedziane słowa, ton głosu. Na jego zachowanie względem małżonki. - Powinnaś wybrać coś bardziej stosownego. - dodał jeszcze. Jakby wcześniej nie mógł na to zwrócić uwagi. Jeszcze w domu. Wtedy jednak ubiór partnerki nie stanowił problemu. - Ale nie mamy czasu nic z tym zrobić. I nie krzyw się tak. Nie pasuje Ci ten grymas. Idziemy i zachowujemy się w odpowiedni sposób.
Gdyby w tym momencie znajdywali się wśród innych ludzi, nie pozwoliłby sobie na tego rodzaju słowa. Było jednak jak było. Co innego pod publiczkę, co innego w czterech ścianach własnego mieszkania, a w tym przypadku kamienicy, która od wielu lat stanowiła własność rodziny Mulciber.
Droga do posiadłości nie była długa i jako taka nie zajęła im też wiele czasu. Zamiast na cmentarz, oczywiście ku wielkiemu rozczarowaniu Roberta, udali się bezpośrednio na stypę. Po prawdzie nie było mu z tego powodu przykro. Tutaj przynajmniej będzie mógł już na początku sięgnąć po alkohol. Nie będzie trzeba znosić nieszczególnie przyjemnego zapachu kadzideł, słuchać pożegnalnych, ckliwych mów, ani też pieśni. Obowiązek zaś wypełni. Pojawi się tam, gdzie wypadało.
Jak dużo się spóźnili? Ciężko było określić. Elliott Malfoy nadal jednak stał przy wejściu, co dawało szansę na to, iż nieobecność Mulciberów do tej pory nie rzuciła się nikomu w oczy. Trzymając Henriettę pod rękę, powoli zbliżał się w kierunku wdowca, chcąc złożyć kondolencje. Nie zamierzał jednak wciskać się przed innych. Ludzi było sporo.
- Wyrazy współczucia. Córka niestety nie mogła pojawić się na pogrzebie, najmocniej przeprasza. - odzywa się jako pierwszy, kiedy wreszcie udaje mu się dotrzeć do celu. Gdyby było to możliwe, w tym momencie postarałby się zapewne mocniej ścisnąć rękę Henrietty, upominając o złożenie kondolencji również od siebie. Sytuacja jednak nie sprzyjała. - Mam nadzieję, że sobie z tym poradzicie. Ty i syn. - zakończył, oddając pola małżonce. Rozejrzał się po zebranych, licząc iż uda wyłowić mu się znajomą twarz. Może nawet znaleźć samego Fortinbrasa. Niestety nie był w stanie nigdzie namierzyć byłego ministra magii, który nigdy nie powinien był tego stanowiska utracić. A chętnie zamieniłby z nim jedno, dwa słowa.
Byłoby to lepsze to niż konwersacja z Henriettą.
A także każdą inną kobietą. Może za kilkoma wyjątkami.
- Twój ojciec jest gdzieś w pobliżu? - nie zwracając uwagi na to, że Henrietta zaczęła również składać kondolencje, wszedł w słowo, zadając bardzo ważne pytanie i prezentując swoje nienaganne maniery. Jak zwykle do zasad dobrego wychowania stosował się niezwykle wybiórczo. Od innych wymagał większego ich poszanowania.