Kiedy intuicja krzyżowała się z rzeczywistością dostawaliśmy dwa wybory: poddać się wrażeniom lub całkowicie je zignorować. Przecież to nie było nic innego ponad leże wampira. Piękna pułapka, w której się znajdowałeś, bo jedyna droga prowadzi do drzwi pozornie w twoim zasięgu rąk. Tylko czy na pewno? Znajoma twarz, ale nieznajoma postać. Opowiedziana tylko muśnięciami słów, które Sauriel z siebie wydobywał, nie wyrażając się w superlatywach o mężczyźnie, do którego budynek należał. Leże wampirów... na pewno już dwóch. Sauriela przecież nie musiała się obawiać. Nie, jego z pewnością nie. A czy powinna obawiać się Josepha Rookwooda..? Intuicja i trzeźwe spojrzenie na świat. Gdzie się klinczowały? Gdzie się wykluczały? I w końcu - gdzie była między nimi zgoda, żeby wycofywać się przed zagrożeniem pragnącym cię pochłonąć.
Nie przerwał ciszy, kiedy Victoria się obróciła i sięgnęła po wino, które przyniosła na tę okazję. Stał w bezruchu - tak, jak tylko wampiry potrafiły. Bez imitacji oddechu, bez konieczności poprawiania się, bo jednak było mu nie wygodnie. Sauriel potrafił dokładnie taką samą posturę przyjmować - rzeźby. Różnica była taka, że czarnowłosy nie stał tak, jak rzeźbiarze swoje twory zamrażali. Wyprostowany, z jedną ręką zgiętą z przodu, drugą schowaną za plecy.
- Ponoć nie ma martwej kultury, są tylko martwe umysły. - Mruknął mężczyzna, odbierając od Victorii butelkę wina. Marszczył brwi w charakterystyczny sposób, kiedy oglądał z zaciekawieniem butelkę, którą otrzymał - w obu dłoniach, jakby była naprawdę cennym podarkiem. W tych gestach przynajmniej na takowy cenny dar się prezentowała. Doceniony - to nie pozostawiało wątpliwości. Obrócił się w kierunku barku i poruszył nadgarstkiem szybkim ruchem. Dwie lampki wina przyleciały do stolika i zawinęły w powietrzu razem zresztą z butelką, która została samoistnie obsłużona przez korkociąg. - Rad jestem, że to prawda. - Że kultura jeszcze nie wymarła i nie wymierała - umierały tylko umysły niektórych ludzi. I to całkiem sporej ilości. Joseph był naprawdę bardzo niezadowolony z tego, jak aktualnie prezentował się stan jego rodziny. Tak to jest - zostaw dzieci na 200 lat i zobaczysz, jak bardzo nabałaganiły... do stopnia, w którym odratowanie tego wydawało się niemożliwe. Było możliwe. Tylko że on sam nie był od tego, by wszystko za te dzieci robić. - Widzę, że została Pani uraczona trunkiem - nie namawiam. - Ponieważ kiedy butelka nalewała wino to zatrzymała się przy drugiej lampce, czekając na zezwolenie Victorii. Bądź jego brak. Lampki wylądowały na stole razem z butelką, a Joseph usiadł na drugiej kanapie. Miał teraz za plecami to jedyne wyjście z tej pułapki. - W istocie. - Odparł na zagadnienie o organizowaniu tych imprez okolicznościowych. Joseph przesunął kciukiem po opuszkach palców, unosząc rękę w górę. Prawą rękę - w lewej trzymał kieliszek i chwilowo przypatrywał się konsystencji, poruszał naczyniem, obserwował refleksy świateł. - Kultura umiera, ale potrzeba biesiadowania rośnie wprost proporcjonalnie. - Powąchał trunek i dopiero wtedy uraczył się łykiem. - Również na szczęście - przy wybornym winie. - Skinął głową w uznaniu.
Uniósł jedną brew z zainteresowaniem, kiedy Victoria wspomniała o "spokojniejszej okolicy niż Little Hangleton".
- Niepokój Little Hangleton przebija aktualnie wyłącznie Dolina Godryka. - Odparł spokojnie, zakładając nogę na nogę. Reflektowała od niego całkowita swoboda. - Czy zaś służy... przenosiny wiążą się z czynnościami oddalającymi od spokoju i ujawnia słabość czarodziejów w przywiązaniu do przedmiotów zbędnych. - Pytanie, co kryło się pod hasłem "zbędne". - To krok ku poprawie. - Ta przeprowadzka. - Pani jest tego dowodem.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.