- Nie uważasz, że zmiana posiada cząstkę śmierci. - To nie było pytanie - to było stwierdzenie wysunięte ze słów, jakimi się posłużyła. Tak wcześniej, jak i teraz, kiedy je pociągnęła. W jej ustach to były narodziny, nie śmierć. Negatyw był przysłonięty przez rozkwitającą wiarę w powstanie czegoś nowego. Nowe nie znaczy lepsze, lecz czy stare (z drugiej strony) oznacza lepsze? Aby coś nowego mogło się narodzić, coś musi zginąć. Czy jednak nie? Czy to nie była kradzież życia czegoś starszego, aby nowe mogło spić soki jego pracy i rozłożyć skrzydła? Modliszka, która za bardzo upodobała sobie inteligencję. Zaprzeczenie ze strony mężczyzny się nie pojawiło, ale nie było też potwierdzenia. - Młodych gniewnych stworzono do obalania aktualnego porządku. - A ci zazwyczaj nie przychodzili z pokorą, próbując czerpać z wiedzy tych, którzy już swoje przeżyli, niejedno widzieli i może niekoniecznie wiedzieli od razu lepiej, co należałoby zrobić, ale przynajmniej wiedzieli, czego nie robić. Z drugiej strony starsi powinni odsunąć się w końcu w cień i pozwolić młodym lśnić. Przygotować sobie ten świat, w którym przyjdzie im żyć. A może nie..? - Pani widzi znaki wyraźnie. - Odchylił dłoń w bok, gestem pokazując fakt stwierdzony, jakby nie ulegał on żadnej dyskusji. Nie było jednak rzeczy, których nie można przedyskutować. Tutaj pojawiło się drobne przesunięcie tonu głosu mężczyzny: ze spokoju kroczek w kierunku zaangażowania. Wiec nie tylko gest przywodził na myśl takie stwierdzenie. A jednak to zdanie wcale nie brzmiało do końca jako zamknięte. Nawet teraz sposób, w jaki siedział, z tą odchyloną ręką, wyglądało jak otwarte pytanie, choć znaku zapytania próżno było szukać w zdaniu. - Nie istnieją ludzie bez żądz. Istnieją jedynie ci, którzy dobrze je ukrywają, albo jeszcze ich nie odkryli. - Odparł na stwierdzenie, że niektórzy byli gotowi sprzedać swoją duszę, żeby coś zrobić. Coś... zacznijmy od rzeczy najbardziej banalnych - na przykład wkupno na taką imprezę okolicznościową. Potem możemy przechodzić przez rzeczy większe. Bogactwo? Sława? Miłość! Rzeczy materialne i te całkowicie idylliczne. - Pytanie brzmi: co pani oddałaby za obiekt pożądania. - Cofnął dłoń i wskazał Victorię drobnym gestem. Ułożył rękę na oparciu sofy, upijając łyk wina. Te jasne oczy nie odrywały się od Victorii, ale to nie było nachalne spojrzenie, wymuszanie kontaktu wzrokowego, czy śledzenie najmniejszego gestu. Przynajmniej takim się nie wydawało. - Zdaje się pani kobietą nowoczesną i praktyczną. Proszę zaspokoić ciekawość starca - ta prawda spoglądająca w oczy. Została zapakowana razem z panią, czy może pozostała w tej niespokojnej Dolinie Godryka? - To była przecież niewinna rozmowa, prawda? Właśnie taka, która była jak kotwica, pozwalająca nie zapomnieć, że mimo bycia wiecznym stworzeniem nocy - nadal jest się istotą śmiertelną. Taką, którą można zabić, która może zamienić się w pył. Która potrzebuje kontaktu. Taka rozmowa?
- Koty... - Znów drgnęły mu kąciki ust w uśmiechu. - Potrafią rozjaśnić dzień, to prawda. - Miał ciepły uśmiech. Nawet te jasne oczy wydawały się rozjaśniać przy nim. Łatwo można było zapomnieć, że nie ma się przed sobą człowieka, prawda? Albo i nie. W końcu Victoria miała swoje własne spojrzenie na ten temat. W końcu zadawała się z osobą, w której ciągle doszukiwała się człowieka. - Czy licznik na pewno jest poprawny? - Zapytał od niechcenia.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.