- ILE. - To nawet nie było pytanie. 100? 100 galeonów?! Czy on na... ach, zresztą. Po co pytać, czy on upadł na głowę, skoro to oczywiste. Zresztą... przecież Sauriel był mądrzejszy i nie da się sprowokować. Dlatego skrzywił swoje usta w podkówkę, jak przystało na obrażonego, dorosłego mężczyznę i tylko odprowadził Stanleya wzrokiem. Powinien mieć tu lepszy humor. Zdecydowanie. Być może szukanie tego drzewa przyczyniło się do tego, że jednak go nie miał... Najwspanialsze w tym wszystkim było to, że przecież Stanley usiadł do tego listu i pomyślał uznał, że to wspaniały pomysł - dać taką wskazówkę.
- No dobra, nie chce zarzyganej sukienki. - Spojrzał na swoją kieckę, wyciągając ponętną nóżkę spod czarnej szaty. Na szczęście osłoniętą czarną nogawką, więc siostra Panzerfaustyna nie była narażona na kolejną przyczynę rzygańska - oglądanie jego owłosionej giry. Samemu sobie powiedział, że na pewno wyglądał w tym seksownie. Jak Staszek rzucał jakąś transmutacje to nie było chuja we... albo właśnie był. No kurwa, ta sztuka magiczna była ewidentnie tak bliska jego przyjacielowi, że nawet chuje we wsi się pojawiały. Przejechał teraz, dla odmiany, wzrokiem po ukrytych nóżkach Maeve, po jej zgrabnym bioderku w tej... szarej kiecce. Gdyby się skupił to może nawet by sobie przypomniał jakąś dziwną przypowiastkę z tym zwyczajem w chrześcijaństwie, ale musiałby się skupić. A na razie unosił biodra... znaczy unosił brwi. Biodra Maeve zostawiał w spokoju - je unosiła Lorraine.
- Jesteśmy duchownymi mugolami. - Odparł na zapytanie jakże błyskotliwie. Trzeba od razu wchodzić w rolę, szczególnie, kiedy jest się, w gruncie rzeczy, chujowym aktorem. -Już wpakowałem na stos jedną mugolkę. - Spojrzał w oczy kobiecie. Nie było żartu w jego głosie. Bo nie kłamał. - Nie sikam i nie sram, jak mi się chce to mogę nie spać. I nie staje mi. - Czy były jeszcze jakieś pytania odnośnie fizjonomii wampirów? Pewnie cała masa, ale nie był pewien, czy teraz był dobry temat na omawianie tego, skoro ta JEDNA KOMÓRKA MÓZGOWA musiała zostać przeznaczona na zapamiętywanie planu. - I o to chodzi, żeby nasrać do gniazda. Nie pytaj, ja nie pytam - ma być zrobione. - Bo za to mi nie-płacą. Ale mogliby. Zdecydowanie by mogli, bo za dużo poświęca czasu na te wszystkie pierdoły. - Ministerstwo Magii na pewno sobie wybornie poradzi z tym kryzysem. - Uśmiechnął się jakże słodko, z tą toną cynizmu przelewającą się przez jego jakże słodziutki głosik w tym momencie. Rzecz jasna nic go to nie obchodziło. Obchodziło go tylko jedno, jak zawsze - żeby on i ludzie, którzy z nim tutaj są, byli bezpieczni w tym całym bagnie. I po nim.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. - Obrócił się w kierunku diakona Andrzeja. - To jest ten moment, w którym odpowiadasz: "na wieki wieków amen". - Niekoniecznie w tej intonacji, ale przecież nie mogli tutaj opanować wszystkiego. Będą improwizować. Jak zawsze. Maeve sobie poradzi, a Stanley... Kurwa, Stanley to Stanley. - Aha, dziękuję. - Odparł niemrawo, odbierając tę bitą śmietanę i patrząc na nią jak debil. - A chcesz oblizać mi palca? - Wyszczerzył kły w uśmiechu, ale otworzył słoik i pozwolił wsadzić tam Maeve palucha. - Uuu, widzę, że doświadczona... - W gmeraniu palcem, gdzie nie trzeba. Albo właśnie - trzeba, jeszcze jak! - Wód będzie, jak stąd wypierdolimy.
I wypierdolili. Tylko nie STĄD... to jest - stąd, ale do TAMTĄD. A wóda miała być dopiero...
Nie ważne.
Kościół w Dolinie Godryka był urokliwy na swój sposób - w gotyckim, minimalistycznym stylu, z ciężkiego, szarego kamienia, o grubych ścianach. Okna musiały zostać powiększone gdzieś w trakcie, by włożyć w nie fantazyjne witraże. Sauriel nie poświęcał za wielkiej uwagi temu, co w nie powkładano. Uliczka mugolskiej dzielnicy rozjaśniona była latarniami, mijali ludzi - nieco zaniepokojonych (ciekawe czemu), niektórzy kiwali głowami, inni pozdrawiali Boga... no dzień jak co dzień. Sauriel nie widział różnicy między tym, a przechadzką po Nokturnie.
Kościół był jeszcze otworzony, kiedy wkroczyli w trójkę do jego wnętrza przez wysokie, dwuskrzydłowe drzwi. Wnętrze - tak samo proste, jak na zewnątrz. Ciężkie ławy z drewna, minimalistyczny ołtarz, a największą ozdobą były obrazy prezentujące Drogę Krzyżową powieszone na ścianach między oknami. Ich kroki odbijały się echem w otoczeniu w tym uświęceniu. W tej powadze.
Nawet dobrze nie dotarli do ołtarza, kiedy z bocznych drzwi wyszedł mężczyzna w czarnej kiecce - no chyba takiej samej, jaką miał Sauriel! Tylko innego rozmiaru. Na pewno innego rozmiaru, bo i mężczyzna nie był umięśnionym samczykiem, tylko chudym szczypiorem. To właśnie tak rodziły się fanficki o alfach i omegach.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. - Odezwał się mężczyzna. Miał krótkie, rude włosy i zielone oczy. Jakim cudem rudego dopuścili do święceń? Sauriel się domyślał, ile razy musiał po to klękać. - Co państwo tu sprowadza? Nie spodziewaliśmy się wizyty innej diecezji.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.