No o to właśnie chodziło. Nie każda wiedza musi koniecznie pochodzić z ksiąg i pergaminów. Czasami taka wiedza życiowa nabyta przez własne doświadczenia, a w tym wypadku z ulicy, zdawała się być całkiem wystarczająca. Chociaż prędzej z dachu, niż z ulicy, skoro z Sauriela taki rasowy kocur. Tak czy owak ta wiedza, czy spryt zdawały egzamin, bo liczyły się dobre odpowiedzi, niekoniecznie źródło z którego czerpał. A czy czarny kot przynosił pecha? Ciężko stwierdzić. Sauriel miał zaskakująco dużo, bardzo białych zębów jak na kogoś kto tak konsekwentnie pchał się w gips. Prędzej niż pecha przynosił kłopoty, czasem innym, a czasem też sobie sobie. Raczej nie traktowałby go jak złą wróżbę, jednak do dobrej było mu wciąż dość daleko. Bo zdrowego rozsądku u niego tyle co pod paznokciem, chociaż dla niego nie była to spora przeszkoda. Całkiem dobrze sobie radził w tym rozkroku między tym co właściwe, a tym co idiotyczne. Ale tak to już raczej było z dymi dachowcami prawda? Balansowanie na krawędzi to już żadna sztuczka, prędzej odruch bezwarunkowy.
- Tak, tak, tak krwinko. Wszystko będzie dobrze. Przytaknął mu na wszystko co sobie tam narzekał pod nosem, niespecjalnie wczuwając się i traktując poważnie jego paplaninę. Tym razem Voldemort potraktował jego wygłupy z dość sporym dystansem, na jego szczęście. Następnym razem może nie wyjść tak pluszowo-pojebanie. A Lou nie miał najmniejszego zamiaru wtrącać się w przyszłe osądy Czarnego Pana, jeśli któregoś dnia przestaną bawić go te żarciki Rookwooda. Z usposobienia mógł być podobny do mlekożłopa, ale wątpił by tak jak on miał siedem żyć i kilka z nich przepierdolić na śmieszkizm. Wciąż jednak to było jego życie, mógł z nim robić co chciał, blablabla, no i w żadnym wypadku Lestrange nie miał zamiaru pierdolić mu co jest słuszne w tej sytuacji. Sam nienawidził kiedy inni mówili mu co ma robić, albo jak silili się na jakieś moralne porady co do ścieżki jaką sobie obrał w życiu. Po prostu nie chciał być postawiony w niewygodnej sytuacji, w której z rozkazu Lorda musiałby coś zrobić Saurielowi jako ta lewa ręka. Ostatni który tego próbował strasznie się zbłaźnił koniec końców.
- No to Dolina... - westchnął, unosząc brwi niby zamyślony. Skoro to jedyny pewny trop na tą chwilę warto się jej przyjrzeć. Chociaż gdyby Louvaina zapytać wolałby skonfrontować się z kimś z Podziemia w poszukiwaniu myślodsiewni. W końcu oni nie poskarżą się Ministerstwu kiedy poszturchać ich kijem, racja? Nie po to siedzieli w Podziemiach, żeby bratać się z przedstawicielami prawa jak Bagshoty. No i przecież to oni jako śmierciożercy powinni być tymi najbardziej mrocznymi i przerażającymi pomiotami. Mało co tak zaprawiało w boju jak skrupulatnie prowadzona wojna już prawie od dwóch lat, więc co im tam jakaś Dalton i Fontanna. Ale w porządku, skoro kociak uznał że to najlepsza opcja, to niech tak zostanie. - Wyczekuj listu, odezwę się niebawem. Zakomunikował krótko i puścił kumplowi oczko. Nie było się co śpieszyć, co nagle to po diable. Najpierw wypadało obmyślić chociaż zalążek jakiegoś planu, dopiero potem przystąpić do działania. Opcja rozpierdol zawsze wchodziła w grę, to jasne, ale czasem można spróbować czegoś sprytniejszego zanim przejdą do klasycznego mordu.
Już miał odchodzić, nawet obrócił się już do niego plecami, ale w ostatniej chwili najwidoczniej przypomniał sobie o czymś. Odwrócił się z palcem wskazującym uniesionym ku górze, przekręcając głowę odrobinę na bok. - Byłbym zapomniał, jeszcze jedna sprawa, no może dwie. Rzucił najpierw lekko rozbawiony z ironicznym uśmieszkiem na twarzy, przybierając zbyt wyniosłą postawę jak na to, że obcował z ulicznikiem w czystej postaci. Tylko przez krótki moment, bo potem mina nieco mu zrzedła kiedy musiał się oswoić, a w zasadzie pogodzić z tym co zaraz miał zrobić. Westchnął raz jeszcze, tym razem o wiele ciężej jakby tym oddechem chciał zdmuchnąć jakiś ciężar z wątroby. Przerzucił tęczówki prosto na wampirzysko. Najpierw głośno przełknął ślinę w gardle, a potem przemówił. - Dzięki za to co zrobiłeś dla mojej siostry. Powiedział, a potem ciarki żenady przeszły przez jego kręgosłup. Nie lubił się prosić i nienawidził dziękować. Poklepał jeszcze raz krukona po ramieniu, ale tym razem bez grama ironii, czy sarkazmu. Po prostu, tak jak powinno się to robić przy okazji okazania wdzięczności. Za siebie pewnie by nie dziękował, ale tu nie chodziło o niego. Oczywiście miał na myśli tamtą sytuację po Baltane, o której dowiedział się dopiero po czasie, kiedy dorwał się do raportów i spisów pozostawionych po obu rękach. Doczytał się, że Sauriel nie obciążył w swoich zeznaniach, już po zadaniu, Loretty. A mógł i pewnie na miejscu Rookwooda by tak zrobił, wiedząc że jego bliźniaczka zwyczajnie zawaliła sprawę i ulotniła zaraz po pierwszej wtopie w czasie walki, tym samym zostawiając Sauriela samego naprzeciw Longobottoma. Będąc szczerym to należały się jej jakieś konsekwencje za to partactwo, ale nie potrafiłby źle życzyć własnej siostrze. Przynajmniej Rookwood zachował się w porządku.
- A to za Victorię kutasie! No i była jeszcze ta druga sprawa. Sprawa zerwanych zaręczyn. Louvain naprawdę mało interesował się sferą uczuciową kuzynki i niewiele wiedział co tam się między nimi działo. Jednak jednej rzeczy był pewien. Cokolwiek się nie wydarzyło, musiała to być wina Sauriela. Nawet jeśli to Victoria zostawiła jego to i tak się chujowi należało, za całokształt. I Nawet jeśli nikt nie musiał w taki sposób wstawiać się za Victorią, to z Lestrangami po prostu się tak nie pogrywało. Odchylił się szybko i jakby nigdy nic postanowił wypłacić Rookwoodowi z tak zwanej dyńki na nos. Chciał być szybki na tyle, żeby hemoglobinka nie spodziewała się ataku, więc odpuścił z brania zamachu ramieniem, bo taki to pewnie by jeszcze ten harpagan zablokował. A skoro stali sobie tak naprzeciwko siebie, en face, najprościej było oponentowi rozwalić nochal z bańki prawda? Potem uśmiechnął się chyżo, już nawet sam do siebie, rozłożył ręce na boki i w otwartej pozie czekał sobie na rewanż z drugiej strony. Taka zagrywka z partyzanta raczej nie należała do najczystszych, więc w ramach sprawiedliwości, po prostu grzecznie nadstawił mu się na wymianę uprzejmości. Jak świat światem, nie będzie Lestrange Rookwoodowi bratem.