Ooch, to ich jak najbardziej łączyło! Doświadczenie w kłótniach - ona z matką, on ze swoim ojcem. I oba wyglądały zupełnie inaczej i nie dało się ich do siebie przyrównać. A jednak głos się podnosił, jednak agresja rosła. Czasem uzewnętrzniona, a czasem chowająca się tylko między słowami, koło nogami. Przewracana, przydeptywana. Ludzie deptali w kółko trawniki, a one i tak rodziły nową trawę.
Hasło o złotej klatce przeleciało nad jego głową - niezrozumiane, zbyt metaforyczne w swoich wyrażeniu, kiedy tu i teraz buzowało pod nogami. Lekko więc tylko zmarszczył brwi - i idziemy dalej. Nie zatrzymujemy się, tu nie ma czasu na myślenie, na kalkulowanie... na nic nie było czasu. Bo gdyby był tutaj czas to przecież niewiele z tych słów by padło. Byłby niezadowolony, pokazywał to wszem i wobec, ale kurwy nie leciałyby w każdym zdaniu, a głos nie byłby na granicy krzyku. Może ktoś na tym piętrze właśnie uśmiechał się, siedząc z filiżanką herbaty i słuchając te jakże wybitne wymiany zdań. Może ktoś był zadowolony z tego małego psikusa. A może wcale nie podejrzewał, że rzecz ruszy z kopyta już od paru zamienionych zdań, jakie Victoria mu poświęci.
- Ignorować? Byłaś umówiona ze mną! - Pokazał na siebie ruchem dłoni, wyprostowanymi palcami na własną klatkę piersiową. Nie zastanawiał się nawet nad tym ruchem. To było przeciwieństwo do bezruchu i spokoju, które znajdowało się w tym pomieszczeniu jeszcze przed chwilą. Całkowite jego zaprzeczenie. Kathrina, która w USA zasiała taki popłoch, miała pewnie podobną siłę. - Ale świetnie się z nim tu bawiłaś! - Ich rozmowa wcale nie brzmiała, jakby Victoria niemiło spędziła czas. Brzmiała dokładnie tak, jakby bawiła się super i nawet jeśli coś ukrywała to nie była z niej wielka aktorka - jej śmiech nie był udawany, tak jak i ton głosu momentami. I co do tego miało palenie mostów? Zmarszczył brwi mocniej i teraz z niezrozumienia i zirytowania lekko potrząsnął głową.
- Kurwa, nie jesteśmy w szkole! - Czasami Victoria chyba o tym zapominała, skoro musiała wyjeżdżać z takimi wielkimi POUCZENIAMI. Sauriel aż wyrzucił te ręce w górę i odszedł od niej parę kroków, kiedy już to powiedział. Obrócił się do niej plecami. Ale zaraz znowu stał do niej przodem. I byłby krzyczał dalej, gdyby nie to jedno słowo połączone z jego imieniem. Przestań. Załamujące się gdzieś na przestrzeni wrażliwości i złości, mieszająca się bezradność z... czymś. Czymkolwiek. Przejechał dłonią znów po twarzy i zatrzymał ją na wysokości swoich ust. Zastygł. Zamarł. Drugą rękę oparł na biodrze.
Zagościła cisza.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.