Nigdy nie uważał ją za swoją własność. Paradoksalnie. Bo uprzedmiotowienie kobiet, a nawet pozostałych ludzi, przychodziło mu całkiem naturalnie. Nie była jego kobietą, bo nigdy nie czuł się do niej przywiązany, bardziej niż to co robiła z jego nadgarstkami. Nie interesował się tym co robiła, kiedy nie było jej przy nim, wystarczająco upojony tym co działo się podczas spotkań. To wszystko przyszło tak nagle i niespodziewanie, że nawet nie zdążyłby zrobić sobie nadziei. Nie patrzył w przód w tej relacji, liczyło się tylko to, ile oddechów potrzebuje w jednej minucie, aby nie odpłynąć. Nie stawiał warunków, niczego nie oczekiwał, poza tym że kolejny raz opadnie przy niej z sił.
Nie każdy chaos musiał ciągnąć za sobą aromat spaczenia, by przynosić destrukcję. Gdyby nie nosiła go w piersi, ten chaos, nie odnajdywałaby chorej satysfakcji ze swojej wyniesionej pozycji w tej nieproporcjonalnej relacji. Nikt kto był zdrowy i zrównoważony nie odnajdywał smaku słodyczy w poczuciu władzy. Władza deprawowała. Zawsze. Każdego, bez najmniejszego wyjątku. I ta władczość mu imponowała, właśnie tego szukał w jej twarzy. Żadna suknia i żaden makijaż nie stroił jej tak, kiedy patrzyła na niego z góry ubrana w despotyczną nieugiętość. Gotów znieść każdy bluzg, każdy karcący go cios, wszystko by wyciągnąć z niej to co najsilniejsze. Bo dokładnie wtedy była najpiękniejsza. Kiedy była silna, silniejsza od niego. Gdyby wiedział, że był na języczkach jakiejś zbieraniny, taniej frajerni i to jeszcze malowany w tak mrocznych barwach, z pewnością nastroszyłby się jak paw. Skoro mówią o nim w tym tonie, to znaczy że mają obawy. I dobrze. Niech czują trwogę wymawiając jego imię. Chociaż on dość skrzętnie się ukrywał ze swoim śmierciożerczym alterego. Poza wybiórczym magirasizmem, bo mógł wyzywać od mieszańców taka Wood, a na następny dzień sypiać z Moody i cały czas trzymać się swoich racji, mieli na niego coś bardziej obciążającego? Wątpił. A Millie nie powinna czuć się, aż tak zaskoczona, gdyby prawda wyszła na jaw. Nikt kto tak uporczywie jak on pragnął ogrzać się w promieniach prawdziwej, niepokonanej siły nie mógł być do końca normalny, czyż nie?
- Ah to ty Moody. Nie poznałem w tych paskudnych perłach... Rzucił jakby nagle olśniony na dźwięk znajomego tonu. Wiadome, ze od początku wiedział do kogo się zwraca. Zwyczajnie chciał w tym aroganckim tonie zaznaczyć jak bardzo jest zniesmaczony... tym czymś w co się wcisnęła. Wyglądała jak zalecająca się adorantka na jednym z salonowych bankietów, taka co próbowałaby wskoczyć mu do łóżka i rodowód, byle tylko zakręcić się bliżej wyższych sfer. Kiedyś mówił, że nie do twarzy jej w mundurze brygadzistki, że wolał ją w sportowym stroju szukającej z boiska. Oh jak grubo się wtedy pomylił. Wykrzywił usta w poirytowany grymas kiedy dym z papierosa trafił w jego nozdrza. Brudna zagrywka. Nie pozostawał dłuższy, dlatego wykonał krok w przód, niby niechcący nadeptując na palce u stopy w tych jej okropnych szpilkach, zmuszając ją do ustąpienia mu miejsca. Dobrze wiedział, że szpilki pasują do niej jak jemu BUMowska odznaka na marynarce, więc gracji w jej krokach, w takim obuwiu, było tyle co pod paznokciem. Wiedział, że to nie dla niego się tak wystroiła, nie mniej jednak miał ochotę zakpić sobie z niej i z tej szopki którą tutaj odstawiała, Matkie wie po co.
Złapał ją pod łokciem, gdyby miała stracić równowagę na tych szczudłach, bo jak żył nie widział jej jeszcze w czymś takim. Buty klauna jeśli miał być szczery. Jedyny obcas jaki jej pasował to ten z policyjnego buta, bądźmy szczerzy. Wyrwał jej tego papierosa z ręki, albo nawet z ust grubiańskim ruchem. Skoro była już coraz bliżej jego poziomu, nieco wyższa niż zwykle, nie było to znowu takie trudne. Przyjął na płuco jeden większy buch, tylko po to żeby tego samego papierosa złamać między palcami i strzelić niedopałkiem w szybę nadjeżdżającego samochodu. Iskry z żary posypały się jak rzucane garścią po krawężniku. To nie ta sama dynamika między dwojgiem chaotycznych kochanków co wcześniej. - Tu nie wolno palić. Rzucił ochryple, nawet nie łudząc się na okraszenie tego jakimś dowodem na swoje twierdzenie. W koło żadnego znaku, ani zakazu, ale w tym momencie jego słowo było prawem. Bo nie, że nie wolno było palić w ogóle. Nie wolno było jej, przy nim. Bardzo dobrze wyczuwał słabości i w żadnym wypadku nie zamierzał jej tego odpuścić. - To te twoje nowe zniewieściałe towarzystwo cię tak urządziło? Dopytał zerkając ukradkiem na ołówkową spódnicę, szukając znajomych mu kształtów, zwabiony myślami na jej drobną sugestię nagości. W niczym tak dobrze nie wyglądasz, jak w niczym. Pomyślał ślisko i nawet uśmiechnął się ironicznie na ten wyraz w głowie. I tak pamiętał z kim widział ją na weselu, co bardzo go rozczarowało. Nie żeby był znowu jakoś wielce zazdrosny, po prostu powierzchownie oceniał ją po dobieranym towarzystwie.