20.01.2025, 20:20 ✶
- Wyśmienicie - odmruknął w szyję dziewczyny, przyciskając do niej wargi, dłońmi także nie przestając obejmować miękkiego ciała towarzyszki.
Zdecydowanie nie zamierzał jej puszczać. Przynajmniej jeszcze nie teraz, bowiem w jego głowie bardzo powoli klarował się plan na kolejne minuty. Kwadrans? Nie dłużej. Ich sielanka dopiero się zaczynała, mieli przed sobą jeszcze wiele godzin, naprawdę dużo dni, które mogli wypełniać dokładnie w taki sposób, jakiego oboje pragnęli.
Mimo to nie sądził, aby był w stanie rozproszyć się czymkolwiek innym, jeśli nie jej obecnością. Działała na niego w ten sposób od wielu tygodni. Miesięcy. Jeśli nie powinien być ze sobą trochę bardziej szczery i zwyczajnie dać sobie stwierdzić, że od lat.
Od samego naprawdę zgrabnego i udanego początku, poprzez najlepsze przeboje sześćdziesiątego piątego aż do tego początku lata sześćdziesiątego szóstego, gdy wszystko nareszcie zaczęło układać się w ten dużo bardziej właściwy sposób. Oczywiście, to było dopiero kilkanaście godzin, nawet nie dzień, ale pewne odczucia były niezbywalne.
Miał dziewczynę. Oficjalną dziewczynę, przed którą to deklaracją ani trochę się nie wzbraniał. Zawsze zapierał się rękami i nogami przed przyznaniem, że mogłoby go kiedyś najść na to, by stwierdzić, że stan kawalerski już go nie interesuje. Raczej podchodził do tego z bardzo mocnym przymrużeniem oka. Czasami nawet z cynicznym parsknięciem, teatralnym uniesieniem wzroku w kierunku nieba, machnięciem ręki.
W tym momencie niespecjalnie zastanawiał się nad tym jak zabawnie miało to wyglądać. Ani nad tym jak śmiesznie w istocie to wypadało, bo od wielu tygodni łaził przecież tuż przy boku Geraldine. Może nie latał za nią z wywieszonym językiem jak szczeniak, ale trudno było ukryć, że spędzali ze sobą naprawdę dużo czasu. I nawet jeśli pojawiali się gdzieś osobno, prędzej niż później kończyli w swoim towarzystwie.
Teraz, gdy padły te najistotniejsze słowa i wszystko stało się jasne, z ich interakcji tworzył się całkiem jednoznaczny obraz. Lgnęli ku sobie, ale też nie mieli najmniejszego powodu, aby tego nie robić. Szczególnie, że uzupełniali się w tak wielu zakresach, że sam Ambroise nawet nie miał pojęcia jak bardzo to robili.
To było dla niego naprawdę naturalne. Nie raz zdarzyło mu się łapać upadającego pacjenta. Targać kogoś na oddziale, bo zostali zaskoczeni nagłym omdleniem (a translokacja nie była konikiem Greengrassa, nieważne jak bardzo by się starał) czy podczas mniej oficjalnych zajęć.
Bywało też, że w towarzyskim zakresie pomagał jakiejś rozchichotanej pannie nie umoczyć bucików w kałuży albo uniknąć straszliwego losu związanego z koniecznością przejścia się w szpilkach po mokrych liściach na trawniku. Nigdy nie sprawiało mu to jednak takiej satysfakcji jak teraz.
Lubił się wykazywać, wręcz uwielbiał pokazywać swoje dobre strony a teraz dodatkowo miał jeszcze okazję zrobić to w najbardziej swobodny sposób, jaki istniał. Trochę nieskoordynowany, nieco impulsywny, szalony, ale przecież o to chodziło im w tym weekendzie, prawda?
Geraldine w istocie nie była najlżejsza, ale przecież doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Jego ramiona obejmowały jej zgrabne, cholernie wyrzeźbione ciało a oczy wpatrywały się w twarz dziewczyny. Szczerzył się do niej jak dzieciak, pozwalając na to, by włosy opadały mu przy tym na twarz zaś zęby niemal nie przestawały błyskać w szerokim uśmiechu. Tak, popisywał się.
Gdyby usłyszał, że był pierwszym, któremu z łatwością przyszło coś takiego, zdecydowanie by zatriumfował. Byłby z siebie ze wszech miar zadowolony, jeszcze bardziej podkreślając swoją dedykację byciu turem. Bowiem skoro już był nadwymiarowo wysoki, miał wyłącznie dwie opcje do wyboru: mógł być tyczkowato chudy (cieniutki jak młoda brzózka, chwiejąc się przy tym w porywach wiatru) albo stać się kupą mięśni (w pewnym chłodzie dla rodowych dębów - wielkich i rozłożystych).
Nie czekał zbyt długo, nie zamierzał wahać się przed tym, by wpaść z Geraldine w wodę, chwilę później tracąc ją z oczu, bo fale nieco go zaskoczyły. Tak samo jak temperatura morza, choć przecież nie powinna.
- O kurwa, o ja pierdolę - to zdecydowanie nie było mruknięcie pod nosem, nie z jego strony.
Jasne, może przez większość czasu lubił podtrzymywać wizerunek twardziela. Prawdę mówiąc uparcie trwając przy zdaniu, że tak właściwie nic nie musiał - w tym utrzymywać pozorów bycia twardym, bo przecież w rzeczywistości właśnie taki był. W swoich oczach nieodmiennie i niezaprzeczalnie, bez dwóch zdań.
Mimo to nie umiał inaczej zareagować na temperaturę otaczającej go wody, której lodowate strużki ściskały mu z włosów po karku i plecach, sprawiając, że jedynym rozsądnym rozwiązaniem było, żeby cały czas po samą szyję zanurzał się w wodzie. Dzięki temu wciąż było mu zimno, ale nie pieruńsko lodowato.
Zdecydowanie spodziewał się, że morze o tej porze roku nie będzie niczym ciepła sadzawka. Prawdę mówiąc, tu nigdy nie było przyjemnie gorące. Nie było nawet letnie. Rzadko kiedy wykraczało ponad stopień od bycia akceptowalnym do kąpieli.
Szczególnie, że gdy Ambroise bywał tu trochę częściej niż aktualnie, raczej nie pojawiał się tu, aby spokojnie pływać. Zazwyczaj towarzyszyły temu wszelkie, często skrajnie nieodpowiedzialne wygłupy, przy których skakanie z samych szczytowych części klifów było raczej niewinną rozrywką.
Nie miał jeszcze okazji poinformować o tym Geraldine. Zresztą nie przybyli tu, aby zwiedzać okolicę i cieszyć oczy widokiem natury. Jednakże w okolicy mieli nawet całkiem ciekawy i przy tym mało znany system podwodnych jaskini.
Najlepiej było korzystać przy nich z dobrodziejstw skrzeloziela, aby dostać się do momentu, w którym dno ponownie wychodziło ponad powierzchnię, ale młodzi, niekoniecznie rozsądni chłopcy rzadko kiedy patrzyli na takie techniczne szczegóły. W efekcie kilka razy niemal się potopili, jednak przeżycia były zgoła niezapomniane.
Wtedy jednak pierwsze wrażenie po zetknięciu z wodą nie było aż tak porażające. Zupełnie, jakby lodowata fala przeszła przez jego ciało, ogarniając Roisa od czubków palców u stóp (i nie tylko) po same koniuszki włosów na głowie. Ponownie wzdrygnął się, gdy kolejna fala niemalże go przykryła.
Rozglądając się dookoła, wreszcie dostrzegł zarys sylwetki Geraldine unoszącej się w wodzie całkiem daleko od niego. Nie miał pojęcia, jakim cudem znalazła się w takiej odległości od jego ramion, skoro jeszcze przed chwilą obejmował ją nimi, wypadając wspólnie w wodę.
Prądy morskie w istocie działały zaskakująco a on nie był żadnym ekspertem w ich zakresie, aby móc przewidzieć kolejne zachowania morza. Jasne - zdawał sobie sprawę z działania przypływów i odpływów. Z wirów wodnych, szczególnie tych rzecznych. Rzeki ogólnie były niebezpieczne, bo występowały tam nie tylko wiry, lecz także wonsze rzeczne. Tu ich chyba nie było. No właśnie - chyba, bo nie był tego aż taki znowu pewny.
Nie miał nawet zielonego pojęcia, czym były te fluorescencyjne punkciki w morskiej toni, w którą ostatecznie ponownie zanurkował, wstrzymując oddech. Skoro ustalili, że zamierzają to zrobić, planował jak najszybciej znaleźć się tam przy Yaxleyównie.
Może nawet wyprzedzić ją w nieoficjalnym wyścigu, który sobie z nią zrobił, nie oznajmiając tego, ale całkiem sprawnie płynąc w kierunku widoku dostrzegalnego w głębi wody. Dzięki intensywnym ruchom nie było mu tak cholernie zimno jak jeszcze chwilę wcześniej. Zrobiło się nawet akceptowalnie, całkiem przyjemnie.
Zdecydowanie nie zamierzał jej puszczać. Przynajmniej jeszcze nie teraz, bowiem w jego głowie bardzo powoli klarował się plan na kolejne minuty. Kwadrans? Nie dłużej. Ich sielanka dopiero się zaczynała, mieli przed sobą jeszcze wiele godzin, naprawdę dużo dni, które mogli wypełniać dokładnie w taki sposób, jakiego oboje pragnęli.
Mimo to nie sądził, aby był w stanie rozproszyć się czymkolwiek innym, jeśli nie jej obecnością. Działała na niego w ten sposób od wielu tygodni. Miesięcy. Jeśli nie powinien być ze sobą trochę bardziej szczery i zwyczajnie dać sobie stwierdzić, że od lat.
Od samego naprawdę zgrabnego i udanego początku, poprzez najlepsze przeboje sześćdziesiątego piątego aż do tego początku lata sześćdziesiątego szóstego, gdy wszystko nareszcie zaczęło układać się w ten dużo bardziej właściwy sposób. Oczywiście, to było dopiero kilkanaście godzin, nawet nie dzień, ale pewne odczucia były niezbywalne.
Miał dziewczynę. Oficjalną dziewczynę, przed którą to deklaracją ani trochę się nie wzbraniał. Zawsze zapierał się rękami i nogami przed przyznaniem, że mogłoby go kiedyś najść na to, by stwierdzić, że stan kawalerski już go nie interesuje. Raczej podchodził do tego z bardzo mocnym przymrużeniem oka. Czasami nawet z cynicznym parsknięciem, teatralnym uniesieniem wzroku w kierunku nieba, machnięciem ręki.
W tym momencie niespecjalnie zastanawiał się nad tym jak zabawnie miało to wyglądać. Ani nad tym jak śmiesznie w istocie to wypadało, bo od wielu tygodni łaził przecież tuż przy boku Geraldine. Może nie latał za nią z wywieszonym językiem jak szczeniak, ale trudno było ukryć, że spędzali ze sobą naprawdę dużo czasu. I nawet jeśli pojawiali się gdzieś osobno, prędzej niż później kończyli w swoim towarzystwie.
Teraz, gdy padły te najistotniejsze słowa i wszystko stało się jasne, z ich interakcji tworzył się całkiem jednoznaczny obraz. Lgnęli ku sobie, ale też nie mieli najmniejszego powodu, aby tego nie robić. Szczególnie, że uzupełniali się w tak wielu zakresach, że sam Ambroise nawet nie miał pojęcia jak bardzo to robili.
To było dla niego naprawdę naturalne. Nie raz zdarzyło mu się łapać upadającego pacjenta. Targać kogoś na oddziale, bo zostali zaskoczeni nagłym omdleniem (a translokacja nie była konikiem Greengrassa, nieważne jak bardzo by się starał) czy podczas mniej oficjalnych zajęć.
Bywało też, że w towarzyskim zakresie pomagał jakiejś rozchichotanej pannie nie umoczyć bucików w kałuży albo uniknąć straszliwego losu związanego z koniecznością przejścia się w szpilkach po mokrych liściach na trawniku. Nigdy nie sprawiało mu to jednak takiej satysfakcji jak teraz.
Lubił się wykazywać, wręcz uwielbiał pokazywać swoje dobre strony a teraz dodatkowo miał jeszcze okazję zrobić to w najbardziej swobodny sposób, jaki istniał. Trochę nieskoordynowany, nieco impulsywny, szalony, ale przecież o to chodziło im w tym weekendzie, prawda?
Geraldine w istocie nie była najlżejsza, ale przecież doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Jego ramiona obejmowały jej zgrabne, cholernie wyrzeźbione ciało a oczy wpatrywały się w twarz dziewczyny. Szczerzył się do niej jak dzieciak, pozwalając na to, by włosy opadały mu przy tym na twarz zaś zęby niemal nie przestawały błyskać w szerokim uśmiechu. Tak, popisywał się.
Gdyby usłyszał, że był pierwszym, któremu z łatwością przyszło coś takiego, zdecydowanie by zatriumfował. Byłby z siebie ze wszech miar zadowolony, jeszcze bardziej podkreślając swoją dedykację byciu turem. Bowiem skoro już był nadwymiarowo wysoki, miał wyłącznie dwie opcje do wyboru: mógł być tyczkowato chudy (cieniutki jak młoda brzózka, chwiejąc się przy tym w porywach wiatru) albo stać się kupą mięśni (w pewnym chłodzie dla rodowych dębów - wielkich i rozłożystych).
Nie czekał zbyt długo, nie zamierzał wahać się przed tym, by wpaść z Geraldine w wodę, chwilę później tracąc ją z oczu, bo fale nieco go zaskoczyły. Tak samo jak temperatura morza, choć przecież nie powinna.
- O kurwa, o ja pierdolę - to zdecydowanie nie było mruknięcie pod nosem, nie z jego strony.
Jasne, może przez większość czasu lubił podtrzymywać wizerunek twardziela. Prawdę mówiąc uparcie trwając przy zdaniu, że tak właściwie nic nie musiał - w tym utrzymywać pozorów bycia twardym, bo przecież w rzeczywistości właśnie taki był. W swoich oczach nieodmiennie i niezaprzeczalnie, bez dwóch zdań.
Mimo to nie umiał inaczej zareagować na temperaturę otaczającej go wody, której lodowate strużki ściskały mu z włosów po karku i plecach, sprawiając, że jedynym rozsądnym rozwiązaniem było, żeby cały czas po samą szyję zanurzał się w wodzie. Dzięki temu wciąż było mu zimno, ale nie pieruńsko lodowato.
Zdecydowanie spodziewał się, że morze o tej porze roku nie będzie niczym ciepła sadzawka. Prawdę mówiąc, tu nigdy nie było przyjemnie gorące. Nie było nawet letnie. Rzadko kiedy wykraczało ponad stopień od bycia akceptowalnym do kąpieli.
Szczególnie, że gdy Ambroise bywał tu trochę częściej niż aktualnie, raczej nie pojawiał się tu, aby spokojnie pływać. Zazwyczaj towarzyszyły temu wszelkie, często skrajnie nieodpowiedzialne wygłupy, przy których skakanie z samych szczytowych części klifów było raczej niewinną rozrywką.
Nie miał jeszcze okazji poinformować o tym Geraldine. Zresztą nie przybyli tu, aby zwiedzać okolicę i cieszyć oczy widokiem natury. Jednakże w okolicy mieli nawet całkiem ciekawy i przy tym mało znany system podwodnych jaskini.
Najlepiej było korzystać przy nich z dobrodziejstw skrzeloziela, aby dostać się do momentu, w którym dno ponownie wychodziło ponad powierzchnię, ale młodzi, niekoniecznie rozsądni chłopcy rzadko kiedy patrzyli na takie techniczne szczegóły. W efekcie kilka razy niemal się potopili, jednak przeżycia były zgoła niezapomniane.
Wtedy jednak pierwsze wrażenie po zetknięciu z wodą nie było aż tak porażające. Zupełnie, jakby lodowata fala przeszła przez jego ciało, ogarniając Roisa od czubków palców u stóp (i nie tylko) po same koniuszki włosów na głowie. Ponownie wzdrygnął się, gdy kolejna fala niemalże go przykryła.
Rozglądając się dookoła, wreszcie dostrzegł zarys sylwetki Geraldine unoszącej się w wodzie całkiem daleko od niego. Nie miał pojęcia, jakim cudem znalazła się w takiej odległości od jego ramion, skoro jeszcze przed chwilą obejmował ją nimi, wypadając wspólnie w wodę.
Prądy morskie w istocie działały zaskakująco a on nie był żadnym ekspertem w ich zakresie, aby móc przewidzieć kolejne zachowania morza. Jasne - zdawał sobie sprawę z działania przypływów i odpływów. Z wirów wodnych, szczególnie tych rzecznych. Rzeki ogólnie były niebezpieczne, bo występowały tam nie tylko wiry, lecz także wonsze rzeczne. Tu ich chyba nie było. No właśnie - chyba, bo nie był tego aż taki znowu pewny.
Nie miał nawet zielonego pojęcia, czym były te fluorescencyjne punkciki w morskiej toni, w którą ostatecznie ponownie zanurkował, wstrzymując oddech. Skoro ustalili, że zamierzają to zrobić, planował jak najszybciej znaleźć się tam przy Yaxleyównie.
Może nawet wyprzedzić ją w nieoficjalnym wyścigu, który sobie z nią zrobił, nie oznajmiając tego, ale całkiem sprawnie płynąc w kierunku widoku dostrzegalnego w głębi wody. Dzięki intensywnym ruchom nie było mu tak cholernie zimno jak jeszcze chwilę wcześniej. Zrobiło się nawet akceptowalnie, całkiem przyjemnie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down