Każd].ego można zastąpić. Ojciec wpajał mu to od zawsze - że nie jest niezastąpiony. Że w tej organizacji było miejsce dla wielu istot, a na pewno nie było takiej, której nie można się pozbyć w imieniu "większego dobra". Dlatego należy się pilnować. Uważać. Dlatego Sauriel przyzwyczaił się do chodzenia na palcach, przemykania jak najciszej przez rezydencję Rookwoodów, a cisza była największym błogosławieństwem. Niedobrze robiło się tylko wtedy, kiedy słychać było czyjeś kroki na korytarzu. To nie było życie. Jako wampir nie powinien się przejmować, przecież i tak był już martwy. Im więcej lat minęło tym głębiej wpadał w te sidła i zostawało mu tylko tyle, co teraz - być grzecznym psem, którego paradoksalnie ozwano Kotem. I jedyne, co zostało, to skrzywienie na ustach, skrzywienie niezadowolenia na słowa, jakie padły i oglądnięcie się na ciało, nad którym przeszedł. Samotne, pozbawione ducha ciało. Jeszcze ciepłe. Jeszcze z policzkami mokrymi od łez i oczami wypełnionymi wygaszonym teraz bólem. Oczy martwych były jak oczy ryby. Bezmyślne. W przeciwieństwie jednak do ryb zapisywały w sobie ten ostatni moment przed ostatnim oddechem, jak pieczątkę na przygotowanym liście pożegnalnym. W tych oczach zapisało się niedowierzanie, że to już i strach. Emocje wtuliły się w siebie w objęcia i tak się ostały - w kimś dla nim obcym, a dla Mulcibera najwyraźniej krewnym. Jakiekolwiek relacje ich łączyły - znali się.
Śledziłeś ruch Roberta, jak odległość przed chwilą zwiększona od ich celu, teraz się pomniejszyła. Jak się pochylił nad tym ciałem, jak wykonał ten gest dłonią, jakby czegoś żałował. Nie, to złe słowo - nie żałował. Jakby przeszyło go jakieś wspomnienie, całkiem pozytywne, które wiązał z tym, który już nie stąpał wśród żywych. Było na to takie mądre słowo... nostalgia. Robert wygląd przez moment, jakby ogarnęła go nostalgia. Ułożyła mu dłonie na ramionach i może nawet wbrew jego woli poruszyła jego mięśniami, żeby był bardziej ludzki w obliczu Śmierci niż chciał być. A Panienka na zgniłym koniu mogła jeszcze chwilę poczekać, nim wprawi kosę w ruch naturalnego biegu rzeczy.
Sprowadzenie Nevana była kwestią otworzenia drzwi, zrobienia kilku kroków, złapania za kołnierz trzęsącego się jak osika jegomościa i zawleczenia go z powrotem. Czy raczej - ściągnięcia z krzesła, żeby sam szedł. Paskudne w tym świecie było to, że silniejsi zawsze dyktowali zachowania innych. Ci na samej górze dyktowali zachowanie Czarnego Kota, a Czarny Kot w swojej frustracji przelewał to potem na innych. I tak się kręcił ten popierdolony glob, nakręcany kołem niezadowolenia - ale naturalnej sprawiedliwości. Ktoś o wiele mądrzejszy od nas ustanowił kiedyś, że na Ziemi panować będzie prawo dżungli i to według niego będą wszelkie stworzenia żyły i funkcjonowały. Nevan zaplątał prawie własne nogi o siebie (i to bez żadnego zaklęcia), podparł się dłońmi ziemi i wyprostował, grzecznie tuptając do przodu, przed Saurielem. Równie grzecznie wszedł do pomieszczenia.
Było coś absolutnie pojebanego w tym, jak Robert się poruszał. Jak mówił, kiedy Sauriel wyszedł po jegomościa. Jak tu przekładał rzeczy obok tego trupa. To był tak abstrakcyjny i niepokojący jednocześnie obraz, że mimo wzbraniania się i budowania murów w takich sytuacjach Sauriela bardzo mocno przeniknął na wskroś chłód. Uderzyło go to. Jakby dopiero teraz dotarło do niego, co się wydarzyło, co tutaj robili i jak bardzo chore to było. Bo w zasadzie - dotarło. Tylko że nie miało to żadnego znaczenia. Wprawiało tylko w gorsze samopoczucie i... nie. Nie mógł tego roztrząsać. Nie chciał tego roztrząsać.
- T-tak? - Przerażony Nevan drżał, patrząc wielkimi oczami na trupa, to na Roberta, który wprowadzał tutaj swój własny ład. Fizycznie. Bez najmniejszego użycia czarów.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.