21.01.2025, 02:51 ✶
Rozpoczynając ten rok, Ambroise nigdy nie pomyślałby, że dosłownie cały jego światopogląd odnośnie bądź co bądź naprawdę istotnego aspektu życia w przeciągu kilku chwil całkowicie się rozpadnie. A on nawet tego nie skomentuje, nie mając nawet najmniejszego poczucia, że jest to coś złego. Wręcz przeciwnie - że będzie czerpać tak niezmąconą satysfakcję ze świadomości bycia czyimś.
Możliwe, że chwilowo wyłącznie do świadomości własnej i jego Geraldine. Wejście na ścieżkę oficjalnego debiutu było dopiero przed nimi. Na ten moment nawet o tym nie dyskutowali, nie zaprzątając sobie głowy zbyt wieloma myślami o konwenansach czy tradycji.
Gdyby mieli to robić, prawdopodobnie tkwiliby teraz w zupełnie innym miejscu. Siedzieliby na jakiejś nie do końca wygodnej kanapie, niezręcznie trzymając się za ręce albo zajmowaliby dwa nieco oddalone od siebie krzesła, nie dotykając się, by nie być nieprzyzwoici. Poddawaliby się ocenie wpierw jednej, później drugiej rodziny.
Oczywiście zaraz po tym jak on udałby się do swojego ojca po zgodę na podjęcie takiego a nie innego przedsięwzięcia. Gdyby już ją dostał, równie prawdopodobne byłoby, że odbyliby dwa przedstawienia za jednym zamachem. Nie mając zbyt wiele do powiedzenia, bo to nie oni byliby tu decyzyjni.
A przecież obojgu raczej nie brakowało języka w gębie, gdy chodziło o własne sprawy i wygłaszanie opinii. Nie brakowało im także żarliwości i ognia, co udowodnili niemal od razu, gdy tylko wyjaśnili sobie jak bardzo nie powinni się już tylko i wyłącznie przyjaźnić. Ukradkowe opuszczenie przyjęcia miało swój jeden nadrzędny cel i nie było nim spacerowanie pod rękę po dzikiej plaży.
Wszystko, co do tej pory sądził na temat zaangażowania emocjonalnego nagle wydało mu się może nie tyle głupie (za nic w świecie nie skrytykowałby swojej wieloletniej opinii, nawet takiej), co pozbawione większego sensu, gdy nagle stawało się oko w oko z właściwą osobą.
Wiedząc, po prostu wiedząc, że to właśnie była ta właściwa osoba. Mogąc stanąć tuż obok niej, choć teraz wyjątkowo nie patrząc jej w twarz, tylko obejmując ją powyżej pasa. Wdychać zapach morskiej soli i jej włosów.
Delikatnie papierosową nutę, mydlaność szamponu, woń leśnego poszycia i tą nadal lekko wyczuwalną nutę agrestu i bzu, która musiała pochodzić z perfum Geraldine, bo nie była do końca naturalna. Miała lekko (ale to naprawdę lekko; tak lekko, że niemal niewyczuwalnie nawet dla wprawionego nosa) chemiczny podton. Może nie taki wskazujący na pochodzenie z wielkiej manufaktury, raczej od wprawionego rzemieślnika, jednak wciąż mógł wyczuć silnie skondensowane olejki. Nie naturalny zapach taki jak wtedy na jej kwiatowej sukience czy ten leśno-żywiczny w kosmykach jej włosów świadczący o profesji jego dziewczyny.
Rzecz jasna nie zamierzał jej o tym mówić. Było dużo małych rzeczy, które dostrzegał w niej już od bardzo dawna. Zwracał uwagę na te wszystkie pozornie nieistotne detale jak kształt warg, układ piegów w okolicach nosa, sposób, w jaki mrużyła oczy czy marszczyła czoło.
Nie miał pojęcia, czemu zauważał te drobnostki. Czy ona też to robiła. Czy było to coś całkowicie zwyczajnego. Domyślał się, że najpewniej tak, bo zakochani ludzie na ogół wydawali mu się trochę oderwani od rzeczywistości. Oczywiście on taki nie był. On był po prostu spostrzegawczy - rzecz jasna.
Wcale nie łaził za nią wszędzie, gdzie sobie tego życzyła. Wcale nie przykładał naprawdę mocnej uwagi do tego, żeby jego dyżury nie przeszkadzały mu widywać ją częściej niż to zazwyczaj robili zwyczajni koledzy. Wcale nie miał zupełnie gdzieś tego, że nawet jeśli pojawiali się gdzieś osobno lub z kimkolwiek innym, wciąż kończyli zajęci swoim własnym towarzystwem.
Znacznie bardziej przyzwoicie niżeli w tej chwili, nawet jeśli w przeciągu ostatnich godzin okazało się, że zdecydowanie nie niewinnie. Gdyby bowiem była w tym dostateczna ilość rzeczywistej powściągliwości i faktycznego ostrożnie rodzącego się zainteresowania, mógł nie wiedzieć tego z doświadczenia, ale raczej nie mieliby aż takiego problemu z dotarciem do sypialni w mieszkaniu przy Horyzontalnej. Po tych wszystkich cholernych schodach przez dwa przeklęte korytarze, niszcząc przy tym tamtą czerwoną kieckę.
W której niezwykłe właściwości zapewne mogła uwierzyć matka Geraldine. Po pierwszym szoku, rzecz jasna. W rzeczywistości był to jednak tak obrzydliwy element garderoby, tak bardzo niepasujący do jego dziewczyny, że Ambroise miał nadzieję nigdy więcej nie oglądać jej w niczym takim.
Jasne, wciąż wyglądała w niej, w tej sukience naprawdę oszołamiająco, jednak zupełnie jak nie ona. Nie w tym sensie, który od pierwszego świadomego momentu wzbudził u niego falę ciepła narastającego do poziomu duszącego gorąca. Nie potrzebowała uciekać się do takich chwytów. Bez dwóch zdań wolał ją w jej rzeczywistej wersji.
Nie tylko w skórzanych spodniach, które tak często przyciągały jego (wtedy jeszcze niewłaściwie) wygłodniałe spojrzenie na opięte nimi pośladki. W tamtej kwiecistej kreacji z gorsetem. W prostej kurtce. W długiej sukience, w którą przebrała się dziś wieczorem na plażę. Nago. Zupełnie. Dokładnie tak jak w tej chwili.
Gdyby odrobinę dłużej zwlekał, pewnie nigdy nie wylądowaliby w lodowatej wodzie. Nieważne od widoku przyciągającego ich wzrok. Mogliby oglądać go z plaży, spoglądając również na bezchmurne niebo, ale przede wszystkim patrząc na siebie nawzajem. Szczególnie, gdy objęła go za szyję, Ambroise miał ochotę porzucić wszystkie naprędce sklecone plany wyłącznie po to, aby opaść z nią na koc na piasku, powracając do zatracania się w sobie nawzajem. Korzystając z jednego z najpiękniejszych wieczorów, jakie mogła im dać natura. Oraz z najpiękniejszego widoku, który nie miał wiele związku z tym miejscem, bo w każdym wyglądałby tak samo obłędnie.
A jednak rzucił się z nią w wodę. Ani przez chwilę nie żałując tego, że zrobił to tak szybko i gwałtownie, bo dzięki temu żadne z nich nie mogło już skapitulować. Powolne wchodzenie w toń sprawiłoby, że oboje mogliby wprost błyskawicznie porzucić ten pomysł. A przecież ostatecznie okazał się całkiem zacny.
Naprawdę dobrze płynęło mu się pod wodą. Niemalże minął przy tym dziewczynę, w niemal ostatniej chwili obracając się przed nią w wodzie i zagradzając jej tor. Tylko po to, by machając nogami w celu utrzymania się w miejscu, wyciągnąć ku niej rękę i trącić czubek nosa. Nic więcej. Moment później ponownie podjął próbę dopłynięcia do światełek, choć tlen powoli kończył mu się w płucach.
Możliwe, że chwilowo wyłącznie do świadomości własnej i jego Geraldine. Wejście na ścieżkę oficjalnego debiutu było dopiero przed nimi. Na ten moment nawet o tym nie dyskutowali, nie zaprzątając sobie głowy zbyt wieloma myślami o konwenansach czy tradycji.
Gdyby mieli to robić, prawdopodobnie tkwiliby teraz w zupełnie innym miejscu. Siedzieliby na jakiejś nie do końca wygodnej kanapie, niezręcznie trzymając się za ręce albo zajmowaliby dwa nieco oddalone od siebie krzesła, nie dotykając się, by nie być nieprzyzwoici. Poddawaliby się ocenie wpierw jednej, później drugiej rodziny.
Oczywiście zaraz po tym jak on udałby się do swojego ojca po zgodę na podjęcie takiego a nie innego przedsięwzięcia. Gdyby już ją dostał, równie prawdopodobne byłoby, że odbyliby dwa przedstawienia za jednym zamachem. Nie mając zbyt wiele do powiedzenia, bo to nie oni byliby tu decyzyjni.
A przecież obojgu raczej nie brakowało języka w gębie, gdy chodziło o własne sprawy i wygłaszanie opinii. Nie brakowało im także żarliwości i ognia, co udowodnili niemal od razu, gdy tylko wyjaśnili sobie jak bardzo nie powinni się już tylko i wyłącznie przyjaźnić. Ukradkowe opuszczenie przyjęcia miało swój jeden nadrzędny cel i nie było nim spacerowanie pod rękę po dzikiej plaży.
Wszystko, co do tej pory sądził na temat zaangażowania emocjonalnego nagle wydało mu się może nie tyle głupie (za nic w świecie nie skrytykowałby swojej wieloletniej opinii, nawet takiej), co pozbawione większego sensu, gdy nagle stawało się oko w oko z właściwą osobą.
Wiedząc, po prostu wiedząc, że to właśnie była ta właściwa osoba. Mogąc stanąć tuż obok niej, choć teraz wyjątkowo nie patrząc jej w twarz, tylko obejmując ją powyżej pasa. Wdychać zapach morskiej soli i jej włosów.
Delikatnie papierosową nutę, mydlaność szamponu, woń leśnego poszycia i tą nadal lekko wyczuwalną nutę agrestu i bzu, która musiała pochodzić z perfum Geraldine, bo nie była do końca naturalna. Miała lekko (ale to naprawdę lekko; tak lekko, że niemal niewyczuwalnie nawet dla wprawionego nosa) chemiczny podton. Może nie taki wskazujący na pochodzenie z wielkiej manufaktury, raczej od wprawionego rzemieślnika, jednak wciąż mógł wyczuć silnie skondensowane olejki. Nie naturalny zapach taki jak wtedy na jej kwiatowej sukience czy ten leśno-żywiczny w kosmykach jej włosów świadczący o profesji jego dziewczyny.
Rzecz jasna nie zamierzał jej o tym mówić. Było dużo małych rzeczy, które dostrzegał w niej już od bardzo dawna. Zwracał uwagę na te wszystkie pozornie nieistotne detale jak kształt warg, układ piegów w okolicach nosa, sposób, w jaki mrużyła oczy czy marszczyła czoło.
Nie miał pojęcia, czemu zauważał te drobnostki. Czy ona też to robiła. Czy było to coś całkowicie zwyczajnego. Domyślał się, że najpewniej tak, bo zakochani ludzie na ogół wydawali mu się trochę oderwani od rzeczywistości. Oczywiście on taki nie był. On był po prostu spostrzegawczy - rzecz jasna.
Wcale nie łaził za nią wszędzie, gdzie sobie tego życzyła. Wcale nie przykładał naprawdę mocnej uwagi do tego, żeby jego dyżury nie przeszkadzały mu widywać ją częściej niż to zazwyczaj robili zwyczajni koledzy. Wcale nie miał zupełnie gdzieś tego, że nawet jeśli pojawiali się gdzieś osobno lub z kimkolwiek innym, wciąż kończyli zajęci swoim własnym towarzystwem.
Znacznie bardziej przyzwoicie niżeli w tej chwili, nawet jeśli w przeciągu ostatnich godzin okazało się, że zdecydowanie nie niewinnie. Gdyby bowiem była w tym dostateczna ilość rzeczywistej powściągliwości i faktycznego ostrożnie rodzącego się zainteresowania, mógł nie wiedzieć tego z doświadczenia, ale raczej nie mieliby aż takiego problemu z dotarciem do sypialni w mieszkaniu przy Horyzontalnej. Po tych wszystkich cholernych schodach przez dwa przeklęte korytarze, niszcząc przy tym tamtą czerwoną kieckę.
W której niezwykłe właściwości zapewne mogła uwierzyć matka Geraldine. Po pierwszym szoku, rzecz jasna. W rzeczywistości był to jednak tak obrzydliwy element garderoby, tak bardzo niepasujący do jego dziewczyny, że Ambroise miał nadzieję nigdy więcej nie oglądać jej w niczym takim.
Jasne, wciąż wyglądała w niej, w tej sukience naprawdę oszołamiająco, jednak zupełnie jak nie ona. Nie w tym sensie, który od pierwszego świadomego momentu wzbudził u niego falę ciepła narastającego do poziomu duszącego gorąca. Nie potrzebowała uciekać się do takich chwytów. Bez dwóch zdań wolał ją w jej rzeczywistej wersji.
Nie tylko w skórzanych spodniach, które tak często przyciągały jego (wtedy jeszcze niewłaściwie) wygłodniałe spojrzenie na opięte nimi pośladki. W tamtej kwiecistej kreacji z gorsetem. W prostej kurtce. W długiej sukience, w którą przebrała się dziś wieczorem na plażę. Nago. Zupełnie. Dokładnie tak jak w tej chwili.
Gdyby odrobinę dłużej zwlekał, pewnie nigdy nie wylądowaliby w lodowatej wodzie. Nieważne od widoku przyciągającego ich wzrok. Mogliby oglądać go z plaży, spoglądając również na bezchmurne niebo, ale przede wszystkim patrząc na siebie nawzajem. Szczególnie, gdy objęła go za szyję, Ambroise miał ochotę porzucić wszystkie naprędce sklecone plany wyłącznie po to, aby opaść z nią na koc na piasku, powracając do zatracania się w sobie nawzajem. Korzystając z jednego z najpiękniejszych wieczorów, jakie mogła im dać natura. Oraz z najpiękniejszego widoku, który nie miał wiele związku z tym miejscem, bo w każdym wyglądałby tak samo obłędnie.
A jednak rzucił się z nią w wodę. Ani przez chwilę nie żałując tego, że zrobił to tak szybko i gwałtownie, bo dzięki temu żadne z nich nie mogło już skapitulować. Powolne wchodzenie w toń sprawiłoby, że oboje mogliby wprost błyskawicznie porzucić ten pomysł. A przecież ostatecznie okazał się całkiem zacny.
Naprawdę dobrze płynęło mu się pod wodą. Niemalże minął przy tym dziewczynę, w niemal ostatniej chwili obracając się przed nią w wodzie i zagradzając jej tor. Tylko po to, by machając nogami w celu utrzymania się w miejscu, wyciągnąć ku niej rękę i trącić czubek nosa. Nic więcej. Moment później ponownie podjął próbę dopłynięcia do światełek, choć tlen powoli kończył mu się w płucach.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down