22.01.2025, 21:59 ✶
Gdy pojawił się w pomieszczeniu, miał wrażenie że poruszył ciężkie powietrze - rozdarł tę kotarę, przedarł się przez nią i pozwolił, by na moment w pokoju zapanowała świeżość. Świeżość pozorna, bowiem gdy tylko cząsteczki wokół niego się ustabilizowały, ciężki zapach oplótł go z każdej strony. Wdarł się w nozdrza, powodując nieprzyjemne kręcenie w nosie. Zapach ciężki, uderzająco słodki: mieszający w zmysłach. Nic dziwnego, że Mulciber mówił o sukienkach, skoro przebywał w zamknięciu z tak zdradliwą wonią. Rzuciła mu się, jak nic, na mózg.
Nie przybył tu niczym rozjuszony byk, który miał zamiar ruszyć i zacząć tratować wszystko wokół siebie na oślep. On nie działał w ten sposób. Przede wszystkim, a to było najważniejsze - chciał się upewnić, że Mulciber nie zrobi nic głupiego. Szukanie Malfoya z pewnością było idiotyzmem, który by mu odradzał. Ba, nie ruszyłby za nim, by go chronić. Ostrzegłby tylko Lorraine, skoro to był jej krewny, żeby nie polała się krew. Szkoda by było, gdyby ich nowy, świeży narybek skończył w rynsztoku tak wcześnie.
- Skłamałeś - zauważył spokojnie, robiąc dwa kroki w bok, w stronę stolika kawowego. Odłożył tam różdżkę, bo nie była mu potrzebna. Nie lubił, gdy ktoś z nim pogrywał - co było bardziej niż zrozumiałe, bo sam mącił ludziom w głowach częściej, niż powinien. - Sądziłem, że mieszkanie będzie puste i będę musiał czekać na twój powrót, by pomóc ci wylizać rany.
Kącik ust uniósł się lekko, złośliwie. Nie, nie wierzył, że Charles wróciłby z tarczą z wyprawy na Nokturn. Wróciłby na tarczy lub nie wrócił wcale. Lestrange ściągnął czarną marynarkę, którą miał zwykle na sobie. Odpiął górny guzik koszuli, a potem mankietów. Wszystko robił w ciszy, w spokoju. Na Charlesa patrzył zaledwie kątem oka. Podwijając lewy rękaw białej koszuli, na przedramieniu zamajaczył wyzierający się powoli spod zaklęcia maskującego mroczny znak. Nie zdążył rzucić zaklęcia - i nie musiał, siedzieli w tym razem. Mulciber w końcu dorobi się swojego.
Nie przybył tu niczym rozjuszony byk, który miał zamiar ruszyć i zacząć tratować wszystko wokół siebie na oślep. On nie działał w ten sposób. Przede wszystkim, a to było najważniejsze - chciał się upewnić, że Mulciber nie zrobi nic głupiego. Szukanie Malfoya z pewnością było idiotyzmem, który by mu odradzał. Ba, nie ruszyłby za nim, by go chronić. Ostrzegłby tylko Lorraine, skoro to był jej krewny, żeby nie polała się krew. Szkoda by było, gdyby ich nowy, świeży narybek skończył w rynsztoku tak wcześnie.
- Skłamałeś - zauważył spokojnie, robiąc dwa kroki w bok, w stronę stolika kawowego. Odłożył tam różdżkę, bo nie była mu potrzebna. Nie lubił, gdy ktoś z nim pogrywał - co było bardziej niż zrozumiałe, bo sam mącił ludziom w głowach częściej, niż powinien. - Sądziłem, że mieszkanie będzie puste i będę musiał czekać na twój powrót, by pomóc ci wylizać rany.
Kącik ust uniósł się lekko, złośliwie. Nie, nie wierzył, że Charles wróciłby z tarczą z wyprawy na Nokturn. Wróciłby na tarczy lub nie wrócił wcale. Lestrange ściągnął czarną marynarkę, którą miał zwykle na sobie. Odpiął górny guzik koszuli, a potem mankietów. Wszystko robił w ciszy, w spokoju. Na Charlesa patrzył zaledwie kątem oka. Podwijając lewy rękaw białej koszuli, na przedramieniu zamajaczył wyzierający się powoli spod zaklęcia maskującego mroczny znak. Nie zdążył rzucić zaklęcia - i nie musiał, siedzieli w tym razem. Mulciber w końcu dorobi się swojego.