23.01.2025, 23:19 ✶
Może patrzył na świat przez różowe okulary. Być może utracił w tej chwili te resztki racjonalności, jakich usilnie trzymał się przez te wszystkie lata. Zawsze starał się twardo stąpać po ziemi, nie pozwalać sobie na to, by bujać w obłokach. Czy może raczej należałoby powiedzieć: unosić się na falach?
Może było lodowate. Naprawdę przejmująco zimne. Tylko zupełny masochista czerpałby satysfakcję z zanurzania się w taki sposób, w który oni wpadli teraz razem w morską kipieć. Gwałtownie i bez głębszego zastanowienia. Bez chwili namysłu wpadł do wody, trzymając swoją dziewczynę na rękach i mając wrażenie, że lodowata woda wdziera mu się nie tylko wszędzie, nawet w rowek w dupie, lecz także do wnętrza mózgu. Mrozi dosłownie wszystko, każdą nawet najmniejszą komórkę w ciele.
A jednak było warto. Z tych wszystkich rzeczy, które zrobił w ostatnim czasie to też było warte chwilowego przecierpienia. Wszystko dla tej wręcz szczeniackiej radości. Dla czepiania satysfakcji z chwili, która w jego oczach była kolejnym momentem wartym zapamiętania. Czymś, co nawet po długich latach miało przywoływać uśmiech na twarzy Greengrassa.
Tym bardziej, że może był zaślepiony. Nawet nie próbował tego teraz wykluczać. Być może rzeczywiście nie myślał tak jak jeszcze przed kilkoma chwilami. Nie zachowywał się tak jak zawsze, ale skrycie miał wrażenie, że nic już takie nie będzie.
Wszystko uległo zmianie wraz z tym wrażeniem, że i światopogląd, jaki miał do tej pory, zaczął całkowicie się wywracać. Ba, on już stanął na głowie. Potrzebowała zaledwie kilku miesięcy patrzenia na niego tymi przejmująco niebieskimi oczami. Jego omphalodes verna. Ułudka wiosenna. Nie. Aconitum napellus - przecież już to ustalili. Albo artemisia absinthium - to też do niej pasowało.
W gruncie rzeczy nie było to aż tak istotne. Nie wobec tego najistotniejszego faktu: że była jego, miała być jego. Przez kolejne dni, miesiące, nie miał problemu, by widzieć ją ze sobą za długie lata. Nie, gdy jeszcze nigdy nie był czegokolwiek lub kogokolwiek tak bardzo pewien jak jej. Tego, że on chciał być jej.
Wszystko, co wydawało mu się tak niesamowicie istotne - wolność, niezależność i brak zobowiązań nagle przestały być czymś, dla czego pożądał nader wszystko. To nie było nic, przed czym miałby jakiekolwiek opory, choć przecież jeszcze jakiś czas temu wydawało mu się, że to nigdy nie będzie go dotyczyć.
Tymczasem nagle znalazł się w sytuacji, w którym pierwszą myślą, jaką miał o poranku było nie to, co powinien zrobić tego dnia. Nie. To ona była jego pierwszą myślą. Pierwszą z rana i ostatnią przed zaśnięciem. Tygodniami całkowicie w samotności, bo jakże miałby próbować swoich wcześniejszych sztuczek, gdy nie było to, czego pragnął.
Nie pożądał Geraldine. Pragnął jej. To było coś głębszego. Nie działała na niego wyłącznie fizycznie. To było inne, znacznie głębsze a on nadal nie do końca wiedział jak powinien reagować na cześć kwestii. Tyle tylko, że na jego szczęście obecnie wcale nie musiał. Mógł dać się ponieść tej chwili, temu całkowitemu poczuciu szczęścia i lodowatym falom pchającym go co rusz w stronę głębi a potem nagle do brzegu.
W tej chwili dosłownie upajał się momentem. Światłem księżyca nad ich głowami odbijającym się we wzburzonych falach. Znacznie mocniejszych niż kiedykolwiek by założył, stojąc na brzegu. A jednak woda rzeczywiście bywała zwodnicza i morskie prądy okazały się całkiem silne. Tak mocne, aby znieść go z toru i oddalić ich od siebie. Przynajmniej na chwilę, bo Ambroise zdecydowanie nie zamierzał oddalać się od Geraldine.
Wręcz przeciwnie. Może obserwował migoczące i błyszczące błękitne punkciki w wodzie. Być może patrzył na bezchmurne niebo pełne migoczących gwiazd. Zdarzało mu się zwrócić uwagę na klify i pojedyncze powyginane drzewa na nich. Na małe sosenki i brzózki, teraz praktycznie nierozpoznawalne w ciemnościach, przynajmniej dla kogoś, kto się na tym nie znał.
Gdy znalazł się odrobinę dalej od plaży, jego wzrok umykał w stronę bladego światła latarni morskiej. A jednak nie to miało dla niego najważniejsze znaczenie. Nie, gdy pod wodą czekał na niego powód, dla którego się tu znalazł.
Oczywiście, że musiał ją dogonić, lecz nie tylko. Zaczepienie Geraldine wydało mu się wręcz naturalną rzeczą. Czymś, co zrobił wręcz bez chwili zastanowienia, bez wahania, choć nie spodziewał się, że sprawi to, że dziewczyna postanowi wynurzyć się na powierzchnię.
Zyskał przewagę. Czy uczciwą? Niekoniecznie, ale darowanej meduzie nie zaglądało się w macki... ...czy coś. Coś zdecydowanie musnęło go po kostkach i nie była to Yaxleyówna. Ona dołączyła do niego po kilku sekundach, podejmując ten nieco nieskoordynowany wyścig do pobliskiej mielizny. Tak płytkiej, by mogli na niej stanąć. Na tyle głębokiej, aby wciąż byli zanurzeni w lodowatej wodzie.
Mimo to, Ambroise czuł ciepło. Przyjemne gorąco rozlewające się po wyziębionym ciele. Stanął pewnie na nogach, wynurzając się ponad taflę wody i kierując wzrok ku Geraldine. Idealnie w momencie, w którym wydobyła te słowa z ust.
Miała rację. Zdecydowanie ją miała. Niebo nad ich głowami błyszczało tysiącem gwiazd.
- Rzeczywiście - ani przez moment nie wpatrywał się w błękitne punkty w morzu.
Zdecydowanie wybierał zupełnie inny odcień niebieskiego. To on był jego ulubionym kolorem z morskiej palety, jaka znajdowała się na wyciągnięcie ręki i w polu widzenia. Uśmiechał się. Jakżeby nie miał?
Może było lodowate. Naprawdę przejmująco zimne. Tylko zupełny masochista czerpałby satysfakcję z zanurzania się w taki sposób, w który oni wpadli teraz razem w morską kipieć. Gwałtownie i bez głębszego zastanowienia. Bez chwili namysłu wpadł do wody, trzymając swoją dziewczynę na rękach i mając wrażenie, że lodowata woda wdziera mu się nie tylko wszędzie, nawet w rowek w dupie, lecz także do wnętrza mózgu. Mrozi dosłownie wszystko, każdą nawet najmniejszą komórkę w ciele.
A jednak było warto. Z tych wszystkich rzeczy, które zrobił w ostatnim czasie to też było warte chwilowego przecierpienia. Wszystko dla tej wręcz szczeniackiej radości. Dla czepiania satysfakcji z chwili, która w jego oczach była kolejnym momentem wartym zapamiętania. Czymś, co nawet po długich latach miało przywoływać uśmiech na twarzy Greengrassa.
Tym bardziej, że może był zaślepiony. Nawet nie próbował tego teraz wykluczać. Być może rzeczywiście nie myślał tak jak jeszcze przed kilkoma chwilami. Nie zachowywał się tak jak zawsze, ale skrycie miał wrażenie, że nic już takie nie będzie.
Wszystko uległo zmianie wraz z tym wrażeniem, że i światopogląd, jaki miał do tej pory, zaczął całkowicie się wywracać. Ba, on już stanął na głowie. Potrzebowała zaledwie kilku miesięcy patrzenia na niego tymi przejmująco niebieskimi oczami. Jego omphalodes verna. Ułudka wiosenna. Nie. Aconitum napellus - przecież już to ustalili. Albo artemisia absinthium - to też do niej pasowało.
W gruncie rzeczy nie było to aż tak istotne. Nie wobec tego najistotniejszego faktu: że była jego, miała być jego. Przez kolejne dni, miesiące, nie miał problemu, by widzieć ją ze sobą za długie lata. Nie, gdy jeszcze nigdy nie był czegokolwiek lub kogokolwiek tak bardzo pewien jak jej. Tego, że on chciał być jej.
Wszystko, co wydawało mu się tak niesamowicie istotne - wolność, niezależność i brak zobowiązań nagle przestały być czymś, dla czego pożądał nader wszystko. To nie było nic, przed czym miałby jakiekolwiek opory, choć przecież jeszcze jakiś czas temu wydawało mu się, że to nigdy nie będzie go dotyczyć.
Tymczasem nagle znalazł się w sytuacji, w którym pierwszą myślą, jaką miał o poranku było nie to, co powinien zrobić tego dnia. Nie. To ona była jego pierwszą myślą. Pierwszą z rana i ostatnią przed zaśnięciem. Tygodniami całkowicie w samotności, bo jakże miałby próbować swoich wcześniejszych sztuczek, gdy nie było to, czego pragnął.
Nie pożądał Geraldine. Pragnął jej. To było coś głębszego. Nie działała na niego wyłącznie fizycznie. To było inne, znacznie głębsze a on nadal nie do końca wiedział jak powinien reagować na cześć kwestii. Tyle tylko, że na jego szczęście obecnie wcale nie musiał. Mógł dać się ponieść tej chwili, temu całkowitemu poczuciu szczęścia i lodowatym falom pchającym go co rusz w stronę głębi a potem nagle do brzegu.
W tej chwili dosłownie upajał się momentem. Światłem księżyca nad ich głowami odbijającym się we wzburzonych falach. Znacznie mocniejszych niż kiedykolwiek by założył, stojąc na brzegu. A jednak woda rzeczywiście bywała zwodnicza i morskie prądy okazały się całkiem silne. Tak mocne, aby znieść go z toru i oddalić ich od siebie. Przynajmniej na chwilę, bo Ambroise zdecydowanie nie zamierzał oddalać się od Geraldine.
Wręcz przeciwnie. Może obserwował migoczące i błyszczące błękitne punkciki w wodzie. Być może patrzył na bezchmurne niebo pełne migoczących gwiazd. Zdarzało mu się zwrócić uwagę na klify i pojedyncze powyginane drzewa na nich. Na małe sosenki i brzózki, teraz praktycznie nierozpoznawalne w ciemnościach, przynajmniej dla kogoś, kto się na tym nie znał.
Gdy znalazł się odrobinę dalej od plaży, jego wzrok umykał w stronę bladego światła latarni morskiej. A jednak nie to miało dla niego najważniejsze znaczenie. Nie, gdy pod wodą czekał na niego powód, dla którego się tu znalazł.
Oczywiście, że musiał ją dogonić, lecz nie tylko. Zaczepienie Geraldine wydało mu się wręcz naturalną rzeczą. Czymś, co zrobił wręcz bez chwili zastanowienia, bez wahania, choć nie spodziewał się, że sprawi to, że dziewczyna postanowi wynurzyć się na powierzchnię.
Zyskał przewagę. Czy uczciwą? Niekoniecznie, ale darowanej meduzie nie zaglądało się w macki... ...czy coś. Coś zdecydowanie musnęło go po kostkach i nie była to Yaxleyówna. Ona dołączyła do niego po kilku sekundach, podejmując ten nieco nieskoordynowany wyścig do pobliskiej mielizny. Tak płytkiej, by mogli na niej stanąć. Na tyle głębokiej, aby wciąż byli zanurzeni w lodowatej wodzie.
Mimo to, Ambroise czuł ciepło. Przyjemne gorąco rozlewające się po wyziębionym ciele. Stanął pewnie na nogach, wynurzając się ponad taflę wody i kierując wzrok ku Geraldine. Idealnie w momencie, w którym wydobyła te słowa z ust.
Miała rację. Zdecydowanie ją miała. Niebo nad ich głowami błyszczało tysiącem gwiazd.
- Rzeczywiście - ani przez moment nie wpatrywał się w błękitne punkty w morzu.
Zdecydowanie wybierał zupełnie inny odcień niebieskiego. To on był jego ulubionym kolorem z morskiej palety, jaka znajdowała się na wyciągnięcie ręki i w polu widzenia. Uśmiechał się. Jakżeby nie miał?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down