23.01.2025, 23:57 ✶
Teraz czekaj? Teraz proszę pomóż mi? Nie mógł się powstrzymać: przewrócił oczami i wzmocnił uścisk na dłoniach Mulcibera, jakby wcale nie zamierzał go puszczać. Niewdzięczny gówniarz (co z tego, że byli w podobnym wieku) - najpierw go prowokuje, a teraz skamle o pomoc? Ratowało go tylko to, że wyglądał tak absurdalnie pokryty brokatem, którego używał do świeczek, że umysł Rodolphusa wywinął takiego fikoła, o którego w życiu by nikt go nie podejrzewał.
- Nie pluj - prychnął, momentalnie puszczając chłopaka. Zszedł z niego, chociaż wcale nie tak zgrabnie i elegancko, jak by chciał to zrobić. Mimo że ich szarpanina nie trwała długo, to zdążył się zmęczyć - świadczył o tym płytki, urywany oddech i skraplający się na czole pot. Koszula, w której był, nagle zrobiła się cholernie niewygodna: bardziej niż zazwyczaj. Westchnął, próbując podnieść się najpierw na kolana, a potem na nogi. - I nie trzyj, wetrzesz tylko głębiej w oczy.
Kusiło dodać jakiś piękny epitet, ewentualnie kopniaka w żebra na przypomnienie, ale to był Charles: nie jakaśtam męska kurwa z Nokturnu. Przypomnienie sobie, kto przed nim jest i próbuje wydrapać sobie piękne, brokatowe oczy, zajęło mu odrobinę zbyt dużo czasu niż powinno. Czując ciężar ostatnich dni w nogach zbliżył się do stołu, po różdżkę. Zaklęciem chłoszczyść mógł wyczyścić tylko skórę Mulcibera. Jeżeli chodziło o oczy... Nie był pewny, czy powinien używać zaklęć. Nie był uzdrowicielem. No i teraz przydałby się jego pieprzony brat, którego nigdy nie było w tym mieszkaniu!
- Chodź do łazienki, zaprowadzę cię - różdżkę wetknął w tylną kieszeń spodni, całkiem odruchowo. Musiał mieć obie ręce wolne, bo chciał pomóc Charliemu wstać i dojść do łazienki, by tam móc mu zacząć przemywać oczy. - Będziesz musiał iść do Munga albo poczekać na Leonarda. Mogę cię tam przenieść, to musi obejrzeć ktoś, kto wyciągnie wszystkie drobinki.
Nie miał zamiaru brać na siebie odpowiedzialności, jeżeli Charles oślepnie. Mógł mu pomóc w przemywaniu oczu, ale nie mógł dać gwarancji, że nie zostanie tam nic, co potem spowoduje jakąś chorobę. Może i pochodził z rodziny uzdrowicieli i mistrzów eliksirów, lecz sam tego nie potrafił. Jakby złamał nos: mógłby go nastawić, ale tak? Wiedział tylko tyle, że nie powinien tego ruszać magią.
- Nie pluj - prychnął, momentalnie puszczając chłopaka. Zszedł z niego, chociaż wcale nie tak zgrabnie i elegancko, jak by chciał to zrobić. Mimo że ich szarpanina nie trwała długo, to zdążył się zmęczyć - świadczył o tym płytki, urywany oddech i skraplający się na czole pot. Koszula, w której był, nagle zrobiła się cholernie niewygodna: bardziej niż zazwyczaj. Westchnął, próbując podnieść się najpierw na kolana, a potem na nogi. - I nie trzyj, wetrzesz tylko głębiej w oczy.
Kusiło dodać jakiś piękny epitet, ewentualnie kopniaka w żebra na przypomnienie, ale to był Charles: nie jakaśtam męska kurwa z Nokturnu. Przypomnienie sobie, kto przed nim jest i próbuje wydrapać sobie piękne, brokatowe oczy, zajęło mu odrobinę zbyt dużo czasu niż powinno. Czując ciężar ostatnich dni w nogach zbliżył się do stołu, po różdżkę. Zaklęciem chłoszczyść mógł wyczyścić tylko skórę Mulcibera. Jeżeli chodziło o oczy... Nie był pewny, czy powinien używać zaklęć. Nie był uzdrowicielem. No i teraz przydałby się jego pieprzony brat, którego nigdy nie było w tym mieszkaniu!
- Chodź do łazienki, zaprowadzę cię - różdżkę wetknął w tylną kieszeń spodni, całkiem odruchowo. Musiał mieć obie ręce wolne, bo chciał pomóc Charliemu wstać i dojść do łazienki, by tam móc mu zacząć przemywać oczy. - Będziesz musiał iść do Munga albo poczekać na Leonarda. Mogę cię tam przenieść, to musi obejrzeć ktoś, kto wyciągnie wszystkie drobinki.
Nie miał zamiaru brać na siebie odpowiedzialności, jeżeli Charles oślepnie. Mógł mu pomóc w przemywaniu oczu, ale nie mógł dać gwarancji, że nie zostanie tam nic, co potem spowoduje jakąś chorobę. Może i pochodził z rodziny uzdrowicieli i mistrzów eliksirów, lecz sam tego nie potrafił. Jakby złamał nos: mógłby go nastawić, ale tak? Wiedział tylko tyle, że nie powinien tego ruszać magią.