Nie przejmował się ewentualnymi konsekwencjami ich zbyt głośnego wtargnięcia do gabinetu. Jeśli ktoś zainteresuje się tą kwestią, to jedyną osobą, która będzie musiała w jakiś sposób poradzić sobie z zaistniałym problemem, będzie w tej sytuacji Annaleigh. Jeśli nie zdoła z tego wybrnąć, znaczyć to będzie jedynie tyle, że nie była osobą, która mogłaby okazać się przydatną dla sprawy. Niewielka strata. Takich jak ona było wielu.
Kolejne narzędzie, które dało się zastąpić nowym.
- Powinnaś wiedzieć, kiedy należy się ugryźć w język. Dla własnego dobra. - kolejne słowa Roberta zabrzmiały wręcz zadziwiająco łagodnie. Zwłaszcza gdy pod uwagę wziąć to, w jaki sposób odnosiła się do nich kobieta. Niezbyt często reagował w ten sposób. Nie bardzo też to do niego pasowało. Dlaczego więc miało miejsce? Bo nie mieli czasu na bezsensowne spory i przepychanki. Czekało na nich zadanie, z którego Mulciber zamierzał się należycie wywiązać.
Chwilę zastanawiał się, kiedy zadała mu pytanie o sprzęt medyczny. Potrzebowali medyka. Potrzebowali utrzymać cel przy życiu. Musiał też zachować przytomność. Robert średnio się na tym znał, nie była to jego działka, dlatego też nie był w stanie udzielić odpowiedzi z marszu.
- Przede wszystkim cel ma zachować przytomność. Nie może nam też zbyt szybko wyzionąć ducha. - wreszcie padły instrukcje. - Zabierz to, co sama uważasz za przydatne. Jesteś medykiem, ruszże głową. - powstrzymał się przed zwracaniem uwagi na jej płeć, przed pierdoleniem o tym, że ruszenie głową może stanowić dla niej pewien problem. Oczywiście nie znaczy to, iż nie rozumiał; iż o tym szczególe zapomniał. Bo tak nie było. Zwyczajnie miał teraz względem kobiety olbrzymie pokłady cierpliwości.
Albo po prostu starał się je mieć. Na jedno wychodzi.
Spokojnie czekał, aż uporają się z wiadomością. Nie było mu łatwo tak po prostu siedzieć na czterech literach, ale robił to. Walczył przy okazji z pokusą zajęcia się bałaganem panującym na biurku. Palce u spoczywających na udach dłoni, poruszały się nieco nerwowo. Gdyby tylko zainteresowali się ponownie jego osobą, byliby w stanie to dostrzec. To i wiele więcej. Sztywną postawę, napięte mięśnie.
Nie był rozluźniony.
- Skończone? Czas dobiegł końca. - poinformował po kilku minutach.
Kiedy podniósł się z miejsca, w jego dłoni znajdywała się najzwyklejsza papierośnica. Nie tracił czasu jednak z zapoznawaniem się z jej zawartością, na tracił go na wyciąganie papierosa. Nie żeby nie miał ochoty. Nigdy sobie nie odmawiał. Teraz jednak chodziło o coś innego. Gestem przywołał do siebie Annaleigh i Sauriela.
- Dotknijcie. - poinstruował.
Podróż przy wykorzystaniu świstokliku nie była zbyt przyjemnym przeżyciem. Umożliwiała jednak przemieszczanie się tym, którzy nie chcieli lub z jakiś powodów nie mogli skorzystać z innych opcji. W tym momencie stanowiła dla nich w dodatku rozwiązanie wygodne. Mogli się dostać w odpowiednie miejsce, bez zdradzania Annaleigh jego lokalizacji. Robert nie zamierzał zdradzać kobiecie większej ilości informacji niż to było konieczne. Zachowywał ostrożność.
Nudności, które towarzyszyły mężczyźnie przy zwykłej teleportacji, tym razem nie wystąpiły. Nie oznaczało to jednak, iż nie odczuł tego wcale. Pod maską lekko pozieleniał. Szybko jednak zdołał dojść do siebie. Mógł rozejrzeć się po posiadłości, albo raczej po tej części budynku, z której zamierzali korzystać.
Elegancki. Urządzony ze smakiem.
Nieruchomość z pewnością należała do kogoś, kto miał pieniądze.
- Zostaniesz tutaj, wszystko przygotujesz dla naszego gościa. - odezwał się, kierując jednocześnie swoje kroki w stronę pobliskich drzwi. Otwarcie ich nie stanowiło problemu. W środku znajdywał się pokój przeznaczony dla służby. Łatwo to było wywnioskować. Prosty. Wyposażony jedynie w najbardziej podstawowe meble. - Rozgość się. I nie próbuj za dużo węszyć. - ostrzegł. I byłoby tego na tyle.